Dlaczego nie spadają ceny świadectw pochodzenia za energię z OZE?
Mowa będzie o cenie notowanych na Towarowej Giełdzie Energii (TGE) praw majątkowych do świadectw pochodzenia (ŚP) wydawanych przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE) za energię wyprodukowaną w odnawialnych źródeł energii (OZE). Jedno ŚP to 1 MWh zielonej energii elektrycznej, której szybko przybywa. Czy rzeczywiście spada cena ŚP, czy spadnie w wyniku ich spodziewanej nadpodaży w stosunku do obowiązku (określone minimum na dany rok) wynikającego z rozporządzenia? Wybór ”tematu” sam w sobie może być kontrowersyjny bo ktoś może powiedzieć „kracz a wykraczesz” lub skoro jest zaskakująco „cicho nad tą trumną” (tu nota bene z napisem “ŚP”) to pewnie jakieś powody muszą być. Można np. postawić tezę, że w sprawie ryzyka nadpodaży ŚP część bardziej świadomych uczestników rynku ma powody do zachowania dyskrecji, a część nie wie jeszcze o co chodzi? Ale wtedy, jak twierdzi ekonomista Joseph Stiglitz, nie ma symetrii informacyjnej i nie ma też rynku. System ŚP jako instrument wsparcia OZE – w swej wersji ortodoksyjnej stosowny jest w zasadzie już tylko w Polsce – nie jest przejrzysty, a ryzyko skutków nadpodaży ŚP nie wszystkich jednakowo dotyczy.
O tym, że wobec zatrzymania wzrostu obowiązku ilościowego energii z OZE – w latach 2010-2012 pozostaje on na stałym poziome 10,4% – oraz dużej dynamice wzrostu energii elektrycznej z OZE (głównie ze współspalnia oraz energetyki wiatrowej) ceny ŚP mogą spaść już w pierwszej połowie 2012 roku pisał Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) w opracowaniach z końca 2011 roku dla Ministerstwa Gospodarki (MG) oraz dla PSEW dotyczących także analizy skutków wystąpienia nadpodaży ŚP na sektor OZE. Wyniki tych opracowań były omawiane/komentowane w mediach. IEO informował, że trwała nadpodaż ŚP będzie bardzo niekorzystna zwłaszcza dla małych, niezależnych wytwórców energii z OZE, tych którzy sprzedają ŚP poprzez giełdę (nie w tzw. kontraktach długoterminowych – obecnie większość) oraz, że na rynku zwiększa się koncentracja dużych firm energetycznych które dyktują warunki funkcjonowania rynku ŚP, zarówno od strony podaży (10 największych producentów obejmuje ponad 50% rynku) jak i popytu (2 największych sprzedawców energii odbiorcom końcowym).
Kluczowe rekomendację IEO to:
• podniesienie w rozporządzeniu Ministra Gospodarki celów ilościowych dla OZE na lata 2012-2020, co najmniej do poziomu produkcji energii elektrycznej z OZE zakładanego w KPD
• w ustawie o OZE: wyłączenie z systemu wsparcia świadectwami pochodzenia inwestycji zamortyzowanych (oddanych przed 1997 rokiem) oraz wprowadzenie współczynników korekcyjnych wiążących ilość wydawanych świadectw pochodzenia z ilością wyprodukowanej energii, uwzględniających uzasadnione koszty produkcji energii z OZE (w szczególności ograniczenie wsparcia dla współspalania w postaci wprowadzenia współczynnika korekcyjnego w wysokości nie większej niż 20% oraz ograniczanie spalania drewna pełnowartościowego)
• wyłączenie małych źródeł energii odnawialnej z systemu świadectw pochodzenia i objęcie ich mechanizmem stałych cen (z możliwością korekt uwzględniających stan rozwoju danej technologii), na okres 15 lat,
• zapewnienie równego dostępu do informacji dla wszystkich interesariuszy, jasny przekaz odnośnie założeń towarzyszących wprowadzeniu ww. działań i nowego systemu wsparcia OZE.
Rekomendacje te zostały wzięte pod uwagę przez MG przy opracowywaniu projektów aktów prawnych, w tym rozporządzenia o OZE oraz ustawy o OZE (dla porządku link do pierwszej wersji projektu). Choć od strony „psychologicznej” działania takie, nawet jak silnie spóźnione, powinny ustabilizować rynek, to jednak regulacji tych formalnie nie ma (nie wiadomo czy będą w tym roku). Przyjmując zatem że IEO w swoich analizach ma rację, „fizyczne” przekroczenie minimalnego udziału energii z OZE (10,4%) ma właśnie miejsce co powinno mieć potwierdzenie w ilości wydanych ŚP i rynek („o ile rynek jest”, niezawodna Agnieszka Osiecka zawsze pomocna) powinien zareagować właśnie spadkiem cen na ŚP. Przynajmniej tak się dzieje z tzw. czerwonymi certyfikatami z kogeneracji (węglowej) od lipca ub. roku – 3-krotny spadek ceny nadmiarowych w stosunku do zobowiązania praw majątkowych, por. raport TGE).
Póki co (dane do końca marca) informacje z TGE dot. OZE nie wskazują na istotny spadek cen praw majątkowych do zielonych ŚP (oznaczanych obecnie indeksem PM OZE – linia czerwona na wykresie).
Źródło: TGE
W ciągu roku („rok do roku”, od kwietnia 2011 do marca 2012) średnia ważona cena ŚP liczona indeksem PMOZE spadła zaledwie o ok 1,5 zł (z 279,1 do 277,7 zł/MWh). Widać co prawda w ostatnich miesiącach styczeń-marzec 2012 nieco bardziej trend spadkowy, ale spadek wynosi zaledwie 2% (z 283,5 do 277,7 zł/MWh). Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w lutym 2012 zrewaloryzowana została przez Prezesa URE opłata zastępcza (w praktyce ustalająca dotychczas cenę ŚP) z 274,92 (w 2011 r.) do 286,74 zł/MWh, czyli o ok. 4,6% to i tak względne odchylenie ceny ŚP poniżej 7% nie stanowi jeszcze większego problemu. Powstaje jednak pytanie co się będzie dalej?
Pewne światło na niejasną i dość zawiłą sytuację na rynku zmielonych ŚP rzuca opublikowane właśnie „Sprawozdanie z działalności Prezesa URE w 2011 roku”. Choć znaleźć w nim można wiele informacji o kontroli wypełnienia przez podmioty zobowiązane (głównie sprzedawców energii) obowiązku udziału energii z OZE to skorzystanie z umieszczonych w sprawozdaniu danych na potrzeby analizy rynku ŚP nie jest proste. Wynika to z faktu, że sprawozdanie obejmuje tylko rok kalendarzowy działalności, a wydawanie i umarzanie (spełnienie zobowiązania) ŚP odbywa się w okresie od marca do marca. W calach porównawczych, aby lepiej zobrazować aktualną sytuację na rynku ŚP wykonane zostały w IEO zestawienia z ubiegłych lat (w latach kalendarzowych) – wykres poniżej.
Źródło: IEO na podstawie sprawozdań Prezesa URE
W 2011 roku wydano „tylko” 8 487 840,494 ŚP (poniżej 8,5 TWh), czyli tylko 2/3 oczekiwanej; szacowanej po 3 kwartałach (15% wzrost w stosunku do 2010 r.) i prognozowanej przez różne ośrodki np. ARE czy IEO produkcji energii OZE – ok. 12,5 TWh. To był kolejny dobry rok dla energetyki wiatrowej, która wyprzedziła energetykę wodna (2011 rok był słaby meteorologicznie dla energetyki wodnej, ale też mijają lata a nowych inwestycji nie ma) i stała się drugim producentem energii z OZE . Technologia współspalania, choć zdobyła wg wszystkich prognoz ponad 50% udział w rynku, ma za 2011 r. stosunkowo i wyjątkowo na tle innych lat mało już wydanych ŚP. Prezes URE w swoim sprawozdaniu tłumaczy że w 14 przypadkach wydał postanowienia o odmowie wydania zielonych ŚP i podaje ogólne przyczyny odmowy – niedotrzymywanie terminów przedłożenia i występowanie z wnioskiem o świadectwa przed uzyskaniem koncesji lub przed dokonaniem zmiany w koncesji już udzielonej.
Można się tylko domyślać że w tej drugiej sprawie chodzi tu m.in. o “innowacyjność” w wyszukiwaniu przez instalacje współspalające po całym świecie biomasy typu „agro” (wymaganej rozporządzeniem MG, aby ograniczyć „spalanie lasów”) i przekraczanie ram koncesyjnych (i racjonalnych granic) co do wielkości jej udziału w strumieniu paliwa. Przerosło to zapewne zdolnosci URE do kontroli formalnej i choćby wyrywkowych inspekcji “on site”. Sprawy o duże zapewne pieniądze toczą się w sądzie. W praktycznym stosowaniu ŚP doprowadziliśmy do sytuacji, gdy o tym czy energia jest zielona czy nie decydować musi URE i sąd, jak nawet wiemy że zielona nie jest. Wszystko jednak wskazuje na to, ze istnieje znacznie większa niż zazwyczaj (wynika to wprost z wykresu) pula niewydanych ŚP -zwłaszcza dla współspalania, która w każdej chwili może znaleźć się na rynku i wpłynąć na ceny ŚP. Druga hipoteza, bardziej makiaweliczna, to celowe opóźnianie przedstawiania do wydawania i umarzania ŚP przez uczestników rynku, aby nie dopuścić do zbyt szybkiego i zbyt gwałtownego spadku ceny lub korekty prawa. Tylko w 2011 roku wartość rynku zielonych ŚP można było szacować na ok 3,4 mld zł (przyjmując wstępnie, że produkcja energii z OZE wyniosła ok 12,5 TWh) jest więc o co grać. Jeżeli nie zostanie podniesiony cel na 2012 rok albo nie znajdzie się rozwiązania prawnego na ograniczenie praw nabytych w przypadku współspalnia i zamortyzowanej dużej energetyki wodnej) do spadku ceny wcześniej czy później musi dojść.
Bezradni wobec tego faktu pozostaną mali, niezależni (od korporacji) uczestnicy rynku na TGE. Ci więksi w obecnym systemie mogą prowadzić grę, która niekoniecznie pasuje do modelu rynku o jakim np. pisze Stiglitz. System wsparcia ŚP nie tylko że nie sprawdza się wtedy gdy jest ich niedobór – wysokie i nieuzasadnione (jak np. w przypadku współspalania) koszty w systemie, gdy „rynkowość” jest pozorna bo to administracyjnie ustalana opłata zastępcza a nie rynek wyznacza de facto cenę, ale także wtedy gdy jest nadpodaż ŚP; oberwą ci co tworzą realny, zdywersyfikowany i konkurencyjny rynek, a skorzystają i przewagę zdobywają ci którzy prą do jego monopolizacji i rozliczają się w grupach energetycznych (brak wdrożenia zasady tzw. unbundlingu), gdzie trudno rozróżnić kto jest zobowiązanym a kto producentem zielonej energii. Rośnie dodatkowe ryzyko i niestety uzasadnione pytanie czy energia ze współspalania jest rzeczywiście zielona, a to nie jest ryzyko tylko dla wspołspalających(tu koncerny nie ryzykują, rozliczając proporcjonalnie niewielkie koszty także w systemie ETS) ale w systemie zobowiązań ilościowych dla reszty “prawdziwego” rynku OZE. Tak czy inaczej system wsparcia OZE w Polsce zielonymi certyfikatami się degeneruje i jest do remontu (kapitalnego).
Co nadaje się do kosza? W ostatnią noc pisania uwag do projektu ustawy o OZE
Jutro mija termin nadsyłania uwag do projektu ustawy o OZE i dzisiaj przypada noc pisania tychże uwag. Przeżyliśmy męki pisania (najpierw czytania!) uwag do projektu Krajowego planu działań w zakresie odnawialnych źródeł energii (KPD). Nie była to wielka literatura. Odnawialny opisywał te męki już niemalże dwa lata temu, a potem skromne tego owoce. Projekt ustawy o OZE, choć i tak o połowę krótszy niż KPD dobrą literaturą narodową nie jest. Niewielka część narodu próbuje pojąć o co chodzi i jakoś to skomentować (na placu pozostało jeszcze dosłownie paru dziennikarzy, aby mętne myśli przekazać dalej). Jaki jest materiał źródłowy i jakie jest zapytanie taka będą też uwagi i odpowiedź. Wszystko to przypomina męki Cześnika dyktującego list Dyndalskiemu i to słynne – jak to zacząć „Mocium Panie…” („Zemsta” Aleksandra Fredry) obrazujące niemoc twórczą wobec niejasno sformułowanego problemu i męki tego ostatniego.
W przypadku projektu ustawy o OZE też ręce opadają i zapewne wiele organizacji branżowych podda się i nic nie napisze do jutra do 16:00 (nb. z odsieczą nie przyjadą i uwag też nie przyślą obywatele Niemiec, którzy zadali sobie dużo trudu aby zrozumieć o co chodzi o OOŚ Programu Polskiej Energetyki Jądrowej i gremialnie zgłosili swoje uwagi w liczbie 30 000
. Inne, większe organizacje, które stać na prawników przyślą opinie kilkudziesięciostronicowe na udostępnionym przez Ministrostwo Gospodarki specjalnym formularzu „lobbysty” (trzymający w ryzach). Organizacje mają się wypowiedzieć konkretnie, co do konkretnych artykułów, a nie filozofować! Problem w tym, że o ile zarówno cele ustawy jak i cześć artykułów nie są aż tak złe, to całość pozostawię bardzo dużo do życzenia. Na jakość projektu regulacji i jakość uwag oraz trwającej już chaotycznej debaty wpływa to, że rząd zdecydował się na procedowanie projektu bez konsultacji założeń do ustawy i bez projektów rozporządzeń. Dalszej pracy nie sprzyjają też powierzchowność uzasadnienia i oceny skutków (zwłaszcza ekonomicznych) tej regulacji.
Szkoda że taka lektura i taka „robota” nie pozwalała odnotować ma blogu wspomnienia po śmierci wielkiej poetki, mistrzyni krótkiej i przejrzystej formy i precyzyjnej treści– Wiesławy Szymborskiej. Rzadko kiedy odnawialny blog wychodzi poza obszar swoich kompetencji (por. wspomnienie o prof. Barbarze Skardze ), ale czasami emocje (tu niezwykle przykre) ponoszą. Szymborska poza błędami młodości nie publikowała niczego co nie byłoby dopracowane. Na pytanie dlaczego napisała tak mało wierszy w długim życiu, poetka odpowiedziała: „bo mam w domu kosz na sieci”. Nasi legislatorzy też częściej o tym starym wynalazku powinni pamiętać zanim ich “proza” trafi do konsultacji społecznych. Wszak wydawać by się mogło że to właśnie niedopracowane ustawy trafiają do kosza, a nie wiersze wielkich poetów. Przyznać też trzeba, że nadprodukcja ustaw (z tym chyba mamy ostatnio do czynienia) tak jak i wierszy nie służy jakości.
W niezwykle ciekawym tekście – wspomnieniu w Gazecie Wyborczej, autorki tak przypominają podejście bohaterki do pisania – cutując jej słowa: „… drukuję niewiele, bo piszę nocą, a we dnie mam paskudny zwyczaj czytania tego co napisała i stwierdzam, że nie wszystko wytrzymuje próbę bodajże jednego obrotu kuli ziemskiej”.
Niech to będzie dedykacja dla legislatorów z Rządowego Centrum Legislacji; niech się pomęczą z czytaniem tego co sami napisali i zastanowią czy dostali dobre założenia z Ministerstwa Gospodarki (zawsze mogli poprosić o lepsze) czy sami robotę spaprali. Dlatego tak chętnie uciekam od tej – kluczowej dla mnie ustawy – do niezobowiazujacej poezji Szymborskiej i jej wspomnień oraz wspomnień o niej. Dzięki jej poezji wiem też, że to co sam piszę pozostawia wiele do życzenia (skróty myślowe i dłużyzny jednocześnie
, o literówkach “starego dyslektyka” nie wspomiając) i różnica pomiędzy mną a legislatorami jest niewielka (no może poza wynagrodzeniem
. Szymborska miała wielką umiejętność skupiania się i koncentracji na szczególe i choć preferowała krótkie formy to jednak to co tak świetnie robiła jest to w znacznej mierze zaprzeczeniem “bylejakiego” życia blogowego…
Jedno z głębszych życiowych przesłań Pani Wiesławy spisane przez Panie Bikont i Szczęsną: „Nie uważam tych lat [aktywności w okresie stalinizmu] za stracone. W rezultacie na zawsze uodporniłam się na wszelkie doktryny zwalniające ludzi z obowiązku samodzielnego myślenia. Wiem jak jest; dostrzegać tylko to co chciałoby się dostrzec, słyszeć tylko to co chciałoby się słyszeć, i skutecznie tłumić wszelkie wątpliwości” (przemianę od człowieka pewnego swoich racji do człowieka wątpiącego opisała we wierszu „Możliwości”).
Za dużo tych wątpliwości we mnie (a za mało możliwości) przy pisaniu uwag do projektu ustawy o OZE i już sam nie wiem czy to projekt ustawy powinien trafić wczesnej do kosza i nie zabierać innym czasu na wiwisekcję mętnej zupy pomidorowej czy moja opinia o nim.
Grzegorz Wiśniewski
Odnawialne jubileusze, czyli never solve a good problem
Przychodzi niestety taki moment kiedy jubileusze i przeszłość zaczynają dominować nad myśleniem o przyszłości. Tam gdzie wydaje się że za przyszłość nikt nie odpowiada, tak jak w Polsce, łatwiej o „powrót do przeszłości”. Zawsze interesowała mnie przyszłość nawet ta odległa, a teraźniejszość tylko wtedy gdy mogła na przyszłość wpłynąć. Dzisiaj teraźniejszość dla krajowej energetyki odnawialnej nieodłącznie związana jest z projektem ustawy o odnawialnych źródłach energii i której przyszłość jest dalej niejasna, a wraz z tym niepewna jest przyszłość OZE w Polsce. W spóźnionym noworocznym wpisie pozwolę sobie na chwilę słabości, a nawet odrobinę sentymentalizmu i skupienie się na tym co jest wiadome, czyli przeszłości i teraźniejszości i na tym czego (i czy?) uczy nas historia OZE.
Urodziłem się 50 lat temu, w czasie kiedy prezydent Kennedy rozpoczął realizacje programu Apollo, i już w pierwszej klasie szkoły podstawowej widziałem jak Neil Armstrong z załogą lądował na Księżycu (tak, to się udało w okresie krótszym niż dekada!). Wydawało się że wszystko jest możliwe i możemy oderwać się od historycznych trendów.
Kiedy 25 lat temu, zaraz po trzecim kryzysie energetycznym (dokładnie „naftowym”), kończyłem politechnikę przeczytałem w Przeglądzie Technicznym (wychodzi do dzisiaj) że za kilka lat OZE będą konkurencyjne na rynku, a one dalej się tylko dobrze zapowiadają…
10 lat temu, współtworzyłem Instytut Energetyki Odnawialnej widząc konieczność budowy wyspecjalizowanych w OZE i niezależnych instytucji oraz koncentracji wiedzy w tym obszarze aby możliwe było wywarcie wpływu na zmiany, też w sferze regulacji i aby szybciej poprawiać konkurencyjność OZE.
W końcu były ku temu podstawy; choć nie byliśmy jeszcze w UE, ale stamtąd już wiał „wiatr odnowy”. W 2001 roku Sejm RP przyjął „Strategię rozwoju energetyki odnawialnej” w opracowaniu której aktywnie uczestniczyłem i sporo czasu poświęciłem przeprowadzenie jej przez rząd i Sejm. Już w 2002 roku w zespole którym kierowałem powstał, na zamówienie ministerstwa środowiska, projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii (dokładnie o „gospodarowaniu odnawialnymi zasobami energii i promocji energetyki odnawialnej”), link -treść ówczesnego projektu. Teraz myślę, ze był to bardzo dobry projekt, bo … nikomu z uczestników rynku w pełni się nie podobał
. Projekt, nie został jednak skierowany przez rząd do Laski Marszałkowskiej (nie miejsce tu i czas by szczegółowo pisać o tym dlaczego sprawy OZE zaczęły grzęznąć w bieżącej polityce i w rosnących wpływach na nią firm energetycznych).
Dlatego po 25 latach pracy zawodowej poświęconej wyłącznie OZE – pewnie czas na jakiś „artystyczny” benefis ?:)- znowu często czytam, że … „za kilka lat OZE będą konkurencyjne”.
Po 10 latach od zakończenia pracy nad pierwszym projektem ustawy o OZE, w przededniu Wigilii, ministerstwo gospodarki zaprezentowało grubo ponad rok „wyglądany”(używając bożonarodzeniowej frazeologii) nowy projekt ustawy o OZE. Odbyło to się w formie widowiskowej noworocznej szopki w której zamiast Trzech Króli, dar w postaci projektu ustawy OZE przyniosło trzech ministrów: ustępujący wiceminister Maciej Kaliski (do końca roku ubiegłego odpowiedzialny za energetykę), nowy wiceminister (pochodzący tradycyjnie ze Śląska) od br. odpowiedzialny za energetykę – Tomasz Tomczykiewicz i sam minister gospodarki – premier Pawlak. W zasadzie do odnowionej sali ministerstwa „Pod Kopułą” przyniesiono nie tylko projekt ustawy o OZE ale trzy projekty (w trójpaku są też nowelizacje ustaw związanych z OZE: Prawo energetyczne i Prawo gazowe). Wśród mędrców z darami nie było też od dawna wyglądanego ale ostatecznie przez Premiera nie powołanego pełnomocnika rządu ds. OZE. Dopiero kilka dni później okazało się, ze za OZE odpowiadać będzie sekretarz stanu Mieczysław Kasprzak (patrz zarządzenie ministra gospodarki , § 4, p.3). To znamienne, że w końcu kompetencyjnie OZE odseparowano od “energetyki ale trudno odgadnąć czy chodzi o ich wzmocnienie, czy ochroną przed przejęciem przez korporacje czy też może pozbycie się kłopotu i skierowanie na boczny tor polityki energetycznej. To też trudne i wydaje się że wewnętrznie sprzeczne zadanie, bo minister Kasprzak jest już nowym pełnomocnikiem rządu ale … ds. deregulacji gospodarczych. W sprawie dodatkowego “odnawialnego” zadania przyjdzie mu natomiast ostro regulować, i to w sytuacji gdy zapisy oddanego w jego ręce projektu ustawy o OZE są (przez zmodyfikowany ale jeszcze bardziej zagmatwany system zielonych certyfikatów) silnie zbiurokratyzowane.
Pozytywne może być to, że ma doświadczenie we współpracy ze organizacjami samorządowymi (ZPP) promującymi generację rozproszoną i związkami rolników ZRKiOR (w Niemczech 21% mocy zainstalowanej w systemach PV jest w rękach rolników i ponad 11% całości zielonej mocy, łącznie z energetyką wiatrową, zlokalizowana niemalże w 100% w gospodarstwach rolnych) i być może uda mu się odejść od zgubnej polityki traktowania rolnictwa jako zaplecza do produkcji rzepaku i biopaliw i marnowania jego areałów na współspalanie…
Jubileuszowych paradoksów jest więcej, dodam np., że 10 lat temu za OZE w strukturze rady ministrów był odpowiedzialny nie minister gospodarki, ale środowiska, a w jego imieniu działał m.in. wiceminister środowiska Radosław Gawlik, który po ponad 10 latach został właśnie w tym samym czasie – w grudniu ‘2011 wybrany na szefa opozycyjnej i ciągle pozaparlamentarnej partii zielonych – Zieloni2004, która jako jedyna (paradoks historii, bo to koalicja rządząca uznaje ustawę o OZE za priorytet) silnie, głośno i konsekwentnie promuje OZE. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej z zawodem mówi m.in.: „…rząd i parlament przyjęły trzy ustawy dotyczące energetyki jądrowej w rok, a nie są w stanie od 15 lat przyjąć ustawy o energii odnawialnej…”. Fakt, 20 lat temu zdecydowaliśmy (nb. też głosem Posła Gawlika) że energetyki jądrowej nie będziemy rozwijać, a 10 lat temu był juz gotowy projekt ustawy o OZE… Czy w takich meandrach jest jakaś logika czy tylko cichy chichot historii?
Z okazji jubileuszu 10-lecia próbowaliśmy w zespole Instytutu Energetyki Odnawialnej opowiedzieć meandry rozwoju OZE w ostatniej dekadzie oraz popatrzeć z większą dozą optymizmu na przyszłość i przygotować grunt (historyczny kontekst) pod dyskusję nad nową ustawą o OZE. Zainteresowanych odsyłam na stronę Instytutu i ew. zachęcam do komentarzy i wspomnień.
Historia OZE w Polsce jest pełna paradoksów i wymaga dużo cierpliwości i determinacji aby ją zrozumieć, a nawet przeczytać. Odsylam do dłuższych rozważań na portalu Wyborczej. Czy z tej historii OZE można się czegoś nauczyć i jak się ona zakończy? Czy w końcu bodziemy mięli ustawę o OZE która coś zmieni, czy też trzeba będzie trochę już tylko dłużej poczekać aż OZE, bez oglądania się na pozorne wsparcie prawne, same staną się konkurencyjne?
Wygląda na to, że jeśli chodzi o ustawę o OZE, to niestety nie ma mowy o “końcu historii” tworzenia skutecznych i efektywnych regulacji. Dlatego zostawię na następy wpis ocenę tego daru który przynieśli „trzej królowie” w postaci ustawy o OZE i przekazali, czy podrzucili (?) “temu czwartemu” (minister Kasprzak) do wdrożenia. Nb.PSEW, widząc że energetyce wiatrowej projekt może bardziej zaszkodzić niż pomóc, pisze z przekąsem o „prezencie pod choinkę”:).
Nawiązując do jubileuszu 10-lecia Instytutu Energetyki Odnawianej oraz w ramach przygotowań do dalszej batalii o kształt ustawy o OZE zadedykuję wszystkim „weteranom”, z licznymi kombatanckimi bliznami
, ale też odpowiednio zahartowanych, piosenkę Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”.
Wszystkim czytelnikom “odnawialnego” życze pomyślności w Nowym Roku.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Po expose Premiera przyszłość odnawialnych źródeł energii dalej niepewna
Odnawialna źródła energii (OZE) w Polsce nigdy dłużej nie cieszyły się z nawet „małej” stabilizacji, ale skala niepewności i ryzyka inwestycyjnego i rynkowego, które jest pochodna ryzyka regulacyjnego i politycznego rośnie szybko oraz ogólnej koniunktury gospodarczej od paru lat systematycznie rośnie. W najwyżej rangi dokumentach UE (nawet tak zasadniczych i ogólnych jak strategia Europa ‘2020), gdy jest mowa o przyszłości, przywołanie OZE i zielonej gospodarki jest standardem (niemalże tak, jak w epoce minionej już ponad 20 lat temu powołanie na zjazd/uchwalę „Partii” czy KPZR), co daje tak potrzebną obecnie stabilność, bo jest tu wyrazem przyzwolenia wiekszosci z 500 mln obywateli UE.
Przyznam, że nawet nie liczyłem na jakieś specjalne potraktowanie OZE w expose Premiera Tuska. Analiza -na odnawialnym blogu poprzedniego expose- wskazywała na jego pozytywne strony jako na szanse, których nawet w obliczu Pakietu klimatycznego i przed kryzysem gospodarczym nie dało się wyzwolić, a potem było tylko gorzej… Zresztą widać, że same słowa premiera niewiele znaczą, o ile po ew. uzyskaniu dodatkowego realnego wsparcia politycznego (tak było w 2001 po przyjęciu „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”) i regulacyjnego (tak było w 2005 r. po wejściu do UE i wymuszonej Traktatem akcesyjnym implementacji dyrektyw UE) za tym nie pójdzie wyzwolenie ludzkiej aktywności. Ale wsparcie polityczne w expose czy umowie koalicyjnej (której nie znamy) jest potrzebne OZE zwłaszcza w obecnej kadencji, ale pewnie w następnej też, do czasu aż OZE osiągną znaczące udziały i konkurencyjność ekonomiczną nie tylko w wybranych niszach.
Tym razem w expose nie ma bezpośrednich odniesień do OZE (jak i do innych ważnych kwestii, taki był pomysł na expose). Wiadomo tylko że nie są traktowane jako istotny element bieżącej polityki i nie jako obszar gdzie zapowiadana jest zmiana (na lepsze). Gdyby to się okazało prawdą, już na wstępie można zadać sobie pytanie “czy możliwe jest życie”, a tym bardziej rozwój OZE bez specjalnej atencji i wsparcia ze strony rządu. Wegetacja na marginesie rynku pewnie tak, ale rozwój? Dodam, że obecnie dwie grupy technologii energetycznych wymagają w szczególności silnego wsparcia państwa i przyjaznej atmosfery do rozwoju: energetyka odnawialna i jądrowa- jako szczególnie nieopłacalna w racjonalnie skalkulowanym rachunku ekonomicznym. Tylko ta druga cieszy się wsparciem rząd (przynajmniej cieszyła się wsparciem tej samej koalicji dotychczas), co … pogarsza pozycje tej pierwszej.
Ale skoro tak, to może warto szukać wszystkich innych odniesień w exposé które można by twórczo(?) wykorzystać jako argument na rzecz OZE w czekającej nas debacie społecznej, gospodarczej i politycznej wokół ustawy dot. OZE (ciągle zaaresztowanej w szufladzie i czekającej na łaskawe oko Pana Premiera). Osobiście, poza obojętnością na „problem” OZE doszukałem się w expose znamion przyszłych kłopotów czy utrudnień ze wsparciem OZE. Np. w związku z (tu ze zrozumiałą silnym powiewem nadchodzącego kryzysu) presją na Tuska i determinacją jego samego na zmniejszanie deficytu budżetowego, co wpłynie na możliwość stosowania takich instrumentów jak dotacje budżetowe (przy braku środków UE. Skutkiem tego kierunku niezmylania jest zapowiedź likwidacji ulg podatkowych „pro-rozwojowych” jak np. na internet. Częściowo tylko to można zrozumieć. Według raportu Ministerstwa Finansów (cytat za FOR) o preferencjach podatkowych w 2009 roku obowiązywało w Polsce 138 preferencji w podatku PIT o łącznej wartości 34 mld oraz 54 preferencje w podatku CIT o łącznej wartości 7,6 mld zł. Ale są wśród tych ulg już niekonieczne czy niepotrzebne i byłoby nierozsądnym gdyby tu zadziałało „prawo siekiery” i wykluczenie aktywnego stosowania instrumentów podatkowych. Nie wiadomo też na ile jest szansa na dyskusję o ulgach w podatku VAT (przynajmniej o podwyżkach stawki VAT nie było mowy) na produkcje urządzeń, ważnych i skutecznych zwłaszcza w przypadku małych, nie prowadzących działalności gospodarczej inwestorów. Dla firm działających w OZE nie wpłynie też dobrze podniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Branża OZE nie bazuje głównie, jak np tradycyjna energetyka, na kosztach surowców tylko na drożejącym kapitale intelektualnym, który będzie proporcjonalne jeszcze droższy. Firmy OZE, w przeciwieństwie do korporacji energetycznych inwestują i nie mają nadwyżek na wzrost obciążeń płacowych. Brak szczególnego ujęcia się premiera za bezrobotnymi i aktywizacją runku pracy, zwłaszcza dla młodych, będzie kolejnym problemem do pokonania przy próbie skutecznej argumentacji na szczeblu rządu, że OZE to trwałe i nowoczesne miejsca pracy. Nie będzie to argument do odrzucenia wprost, ale też wprost Tusk nie odwołuje się do tego i nie będzie w debacie powołać się na prosty fakt (tu nieco złośliwie, z uwagi na niemalże absolutną władzę Premiera do frazeologii poprzedniej epoki) że „pierwszy sekretarz powiedział”. Kwestie klimatyczne, co jest niezrozumiałe, przestały już dawno odgrywać rolę w polskiej polityce wobec OZE, a sam formalny obowiązek wynikający z implementacji dyrektywy 2009/28/WE nie jest tak jak kiedyś silnym imperatywem do konkretnego działania. Po pierwsze nie ma pewności że -wobec poważnej tym razem fali kryzysu gospodarczego w UE – Komisja Europejska będzie w tej sprawie (egzekucji) nieubłagana, a po drugi dlatego że wobec uchybień w ew. wdrożeniu dyrektywy kary mogą być naliczone najwcześniej w… 2022 roku (trzy kadencje do przodu).
Żeby już nie przedłużać litanii żalów, mogą wskazać jeden wątek który mnie zainteresował w kontekście tez stawianych w niniejszym wpisie. Sprawa dotyczy planów rządu wprowadzenia podatku od kopalin, danin pobieranych przez państwo (tzw. royalties). Popieram ten pomysł nie tyle z powodów związanych tylko z wyrównaniem szans dla OZE, ale także z uwagi na szerszy kontekst ekologiczny i gospodarczy oraz społeczny (o czym z a chwilę). Premier wspomniał o miedzi (z tego już wybuchła tzw. afera giełdowa KGHM), srebrze i gazie łupkowym , a ale jeżeli chcemy być konsekwentni to samo powinno dotyczyć węgla, gazu i resztek ropy. Gdyby to był rzeczywisty podatek i powszechny, koszty paliw lepiej oddawałyby ich międzypokoleniową wartość krańcową, poprawiłyby nieco konkurencyjność OZE a wpływy z jego wprowadzenia mogłoby zwolnić środki budżetowe na wsparcie działań innowacyjnych, pro-rozwojowych i aktywne wsparcie w tworzeniu miejsc pracy. Jest to typowy i twórczy postulat zielonych ekonomistów i niektórych liberalnych także. Zany jest pod nazwą „tax what you burn, not what you earn”. Przy okazji dyskusji o podatkach na surowce nieodnawiane kosztem zmniejszenia obciążenia podatkami kosztów pracy ew. zainteresowanych mogę odesłać do artykułu Todda Litmana, który opisuje zjawisko w warunkach amerykańskich (choć głównie z punktu widzenia carbon tax, a nie royalties które bardziej odpowiadają warunkom polskim; zresztą w USA zasoby kopalne są bardziej w rekach właścicieli ziemskich niż państwa). W polityce sloganem tym posluzyl sie w kampanii wyborczej 2008 r. w Kandzie Stephan Dion- poprzedni przywódca Partii Liberalnej, ale przegral wybory…. Więcej na ten temat było też wcześniej na blogu „odnawialnym”, także z perspektywy amerykańskiej na tle UE i PL. W trochę bardziej moralizatorskim tonie (zahaczającym o etykę) pisany był na ten temat inny wpis na odnawialnym.
I teraz, wobec niezwykle skromnej listy możliwości dla wsparcia OZE „politycznymi” argumentami” jakie tym razem mogłem wyłowić (pewnie nie jestem w najlepszej formie
z kryzysowego, „księgowego” i zachowawczego expose chciałbym poprosić czytelników „ odnawialnego” o komentarze i sugestie jak „sprzedać” OZE na obecnej hermetycznej giełdzie politycznej, jak trafić do ludzi z OZE jako rozwiązaniem a nie kosztem i jak spowodować aby znalazły się one znacznie wyżej niż dotychczas w politycznej agendzie rządu, nie wykluczając też ew. ponadpartyjnego wsparcia ze strony opozycji (to już byłaby niewyobrażalna pełnia szczęścia, niemalże jak poparcie wejścia do NATO!). Czas (albo tylko widmo) kryzysu powoduje, że inwestycje w OZE nazywane są przez złośliwych i koniunkturalnych polityków i publicystów „bańką” (tu nawet nie ma znaczenia, że niesłusznie; wszak innych inwestycji nie ma, deficyt energii się pojawi, a koncerny energetyczne faktycznie mają nadwyżki), społeczne argumenty za ich rozwojem nazywane są próbą „ratowania ludzi za ich własne pieniądze” (też niesłusznie, bo to realny ratunek z czekającej opresji, którego indywidualnie, bez roli państwa, nie da się zorganizować), ale z takimi opiniami sektor OZE musi sobie radzić. Ich ignorowanie i przechodzenia nad nimi do porządku dziennego w debacie publicznej (branża OZE się ożywia tylko wtedy gdy mowa o cenie certyfikatu) niczego dobrego obecnie nie przyniesie.
PS Dopisuje ku pamięci jeszcze jeden wątek z expose: Wśród priorytetów rządu, obok działań antykryzysowych związanych z niepewną sytuacją strefy euro, znajdują się m.in. pozyskanie minimum 300 mld zł z budżetu UE na lata 2014-2020, bo ma ono swój potencjał argumentacji za wykorzystaniem OZE w Polsce, o ile KE przeforsuje swój pomysł przyznania funduszy od pełnego wdrożenia dyrektyw (w tym 2009/28/WE) oraz wymóg minimalnego 20% udziału wydatków na OZE i EE w przyszłych funduszach strukturalnych. To temat “rozwojowy” na dalsze bognotki…
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Bez kategorii Energia słoneczna energetyka jądrowa: atom wiatr
by grzegorzwisniewski
leave a comment
Morski Wiatr Kontra Atom – koniec dyskusji w mediach nad raportem czy początek szerszej dyskusji politycznej nad programem jądrowym?
Ktoś w końcu powie że odnawialny blog wykazuje zbyt silne (chorobliwe?) inklinacje w kierunku atomu i z całej palety „odnawialnych” alternatyw od dwu miesięcy pisze tylko o morskiej energetyce wiatrowej, a zaniedbuje bardziej dojrzałe i mniej scentralizowane technologie OZE. Zaryzykuję dzisiaj jeszcze raz wątek jądrowy i potem obiecuję poprawę. Przyznam, że rynek na którym mają funkcjonować morskie farmy wiatrowe (MFW) i elektrownie jądrowe (EJ) nie jest naprawdę aż tak spolaryzowany i liczy się caly, zielony, wspierający wzajemnie mix energetyczny, z wieloma rodzajami i technologiami OZE. Ale czasami trzeba problem nieco sztucznie wyizolować aby jakiekolwiek analizy i dyskusje/rozmowy były w ogóle możliwe i aby służyły one ogólnemu podniesieniu wiedzy w rzeczowej, merytorycznej debacie. Niech zatem nieopierzone MFW jeszcze troche powalczą o miejsce OZE na przyszlym rynku z mającym za sobą silne poparcie polityczne i medialne pretendentem do nie lada udziałów w rynku energii i rosnacym apetycie na srodki finansowe na inwestycje.
Niemalże dokładnie 2 miesiącach, kiedy to na konferencji prasowej w Gdańsku został zaprezentowany raport znany jako „Morski Wiatr Kontra Atom” (MWKA), w dn. 15 września odbyła się na jego temat debata zorganizowana przez Gdański Park Naukowo- Technologiczny w ramach inicjatywy (programu) Forum Energia i Samorządność. Pierwsze spotkanie w tej sprawie 2 miesiące temu (też w Gdańsku) glównie z dziennikarzami (konferecnja prasowa) oraz zainteresowanymi środowiskami wywołało żywy i szeroki odzew w mediach zagranicznych, krajowych i regionalnych, której towarzyszył brak reakcji ze strony środowisk energetyki jądrowej. Byly setki doniesien i milczenie ze strony srodowisk związanych z EJ. Teraz, choć niezwykle konfrontacyjnie pomyślana debata była b. ciekawa, obecne na niej media zachowały dużą powściągliwość w nadaniu jej priorytetu, za to głośno (częściowo „prewencyjnie”?) wypowiedziały się środowiska energetyki jądrowej.
Dokładnie w dniu debaty w mediach pojawił się krytyczny wobec raportu wywiad z prof. Strupczewskim nt. rzekomych błędów w raporcie przy porównywaniu obu technologii. Bardzo chętnie korzystam z krytycznych uwag w szczególności takich osób jak prof. Strupczewski i skrupulatnie je zbieram aby raport MWKA zaktualizować, ale niestety w tym momencie prawie wszystkie argumenty mojego szanowanego adwersarza są chybione. W szczególności raport MWKA właśnie w calach porównawczych nie zakłada ŻADNEGO wsparcia ze środków publicznych dla MFW (tak jak i EJ) i „wyłudzania kosztów od społeczeństwa” (jak nie bez niepotrzebnych tu negatywnych emocji stwierdza prof. Strupczewski), nie dotyczy lądowej energetyki wiatrowej tylko morskiej (ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku współczynników wykorzystania mocy), ale przede wszystkim nie dotyczy koszów z przeszłości (kiedy krzywe kosztów energii z nowych EJ (tych prawie nie było) i MFW (te się „uczyły”) jeszcze się nie przecięły, tylko sytuacji na rok 2020 i dalsze. Nieprawdzie są też nieudokumentowane stwierdzenia prof. Strupczewskiego, że Polska ma stosukowo słabe warunki wiatrowe (to nieprawda, zwłaszcza w odniesieniu do Bałtyku), że jednak koszty energetyki jądrowej spadają (nie ma na to, żadnych dowodów, a na tezę przeciwną wiele). Zastanawia też całkowite przemilczanie i uparte bagatelizowanie istnienia jakiegokolwiek „efektu Fukushimy” jeśli chodzi o koszty finansowe (koszty kapitału, koszty ubezpieczenia) po stronie EJ, tym bardziej że jak pokazuje raport MWKA inwestycje EJ są niezwykle na nie wrażliwe. Nie miałem przyjemności polemizować tym razem z prof. Strupczewskim w Gdańsku , ale jego argumenty warto przytoczyć bo są znamienne, tak jak i czas ukazania się wywiadu.
W czasie debaty w Gdańsku, w szczegolnosci środowiska inżynierskie, akademickie i managerskie skupione wokół planów wielkiej inwestycji typu socjalistycznego i używały podobnych argumentów. Doszły jeszcze dodatkowe, konserwatywne, związane ze stereotypem że aby była MFW musi być EJ do „pracy ciągłej w podstawie” systemu energetycznego (ma to skutki też dla ocen ekonomicznych, bo wygodnie było do tej pory zakładać, że EJ pracuje 8000 h/rok i cały czas zarabia, niezależnie od potrzeb energetycznych i innych źródeł wytwarzania energii w systemie). Uczestnicy debaty są bardzo silnie przywiązani do tych dobrze ugruntowanych w XX wieku poglądów i bardzo sceptycznie przyjmują informacje o już w praktyce dokonanej zmianie paradygmatu i przykładach z Niemiec, Danii czy Hiszpanii gdzie operator sieci tak zarządza generacją, ze w podstawie są „niestabilne OZE”, a jak moc jest za duża, wyłączane są elektrownie węglowe i jądrowe.
W sumie pomimo momentami konfrontacyjnego i zbyt szerokiego charakteru spotkanie w Gdańsku uważam za potrzebne. Raport MWKA sam w sobie nie zmieni polityki energetyczej z dnia na dzień i nie wszyscy sie z nim zgodzą, ale upewniłem się, że stawia własciwy problem używając poprawnej metody. Nie chcę jednostronnie szerzej oceniać (tudno ze srodka) i streszczać tej ponad dwugodzinnej debaty, być może jej organizatorzy to zrobią. Uwagi panelistow i uczestnikow debaty sporo wniosły do mojego myslenia o zalozeniach i wynikach pracy, ale mam takie wrażenie, że raport MWKA się obronił, tak jak i jego zasadnicze tezy i wnioski. Drobne korekty jakie bym teraz, po kilku miesiącach, wprowadził poprawiłyby ekonomikę MFW kosztem EJ. Byłem wobec MFW zbyt asekurancki przy wyborze metody analiz (sprzyjającej EJ) i doborze danych wejsciowych (zbyt zachowawczych w stosunku do MFW), a z drugej strony czas i argumenty z zewnatrz dzialają na niekorzysć atomu. Mam też takie pozytywne -moim zdaniem -odczucie, że w zwartych do tej pory szeregach zwolenników energetyki jądrowej zaczynają pojawiać się wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o stronę ekonomiczną,finansową i kosztową pierwszej inwestycji. Nie chodzi tu o radosć z powodu ew. „pękniecie” monolitu interesariuszy EJ i o rozbijanie „jedności robotniczo-chłopskiej” (wytworzonego układu, nie lubię tego słowa, polityczno- biznesowego) ale o to, że okazało się, że w sprawie wyniów pojedynku EJ i MFW (jako wystawionego do zawodów jednak stosunkowo drogiego zawodnika z dużej drużyny OZE) można już rozmawiać. A jeżeli można rozmawiać o alternatywie dwu inwestycji (EJ i MFW) tzn. że można też rozmawiać o alternatywie szerokiego programu rozwoju OZE (obejmujacego rozne technologie) w stosunku do trafiającego już na problemy Programu Polskiej Energetyki Jądrowej PPEJ. Wspomnę tu tylko na opóźnienia związane np. z zakończeniem procedury konsultacji międzynarodowych prognozy oddziaływania na środowisko (opory ze strony Niemiec, Austrii, Szwecji) i niemożność przyjęcia PPEJ przez rząd tej kadencji. Słuchając szerszych wypowiedzi przedstawicieli rządu, zwłaszcza MRiRW i w pewnym zakresie MŚ, też można doszukać się pierwszych „ale”. Tu jestem optymistą jeśli chodzi o możliwość moim zdaniem koniecznej weryfikacji PPEJ, bo nie jest to dobrze przygotowany program, a dynamiczne otoczenie ekonomiczne czyni go z dnia na dzień coraz bardziej anachronicznym. Ryzyko braku, tylko z powodów ekonomiczno-finansowych (pozyskanie srodkow na inwestycje i ryzyko, że energia z EJ bedzie za droga na rynku aby ja sprzedać), realizacji PPEJ i w terminie pierwszej EJ jest tak duże, że trzeba w tym samym tempie rozwijać MFW i postawić wyższy cel niż w obencym KPD na wszystkie OZE. Tę alteratywę trzeba pilnie rozwijać i chodz tu o prawdziwy zwrot w polityce energeycznej.
Ale w tym wszystkim jest też groźba “zabetonowania” sytuacji i zwarcia szeregów zwolenników EJ (nie tak dawno furorę robiło „ściąganie cugli” i skutki tego także dla energetyki nie były dobre), i pójścia zarówno „w zaparte” jak i „na całość”. Nawet jak z pewną przesadą to nie bez powodu porównuję budowę EJ w Żarnowcu (w ramach nie najlepszej jakości centralnego planowania) do budów realnego socjalizmu gdzie koszty nie grały roli, gdyż dojść do głosu może też znana „zasada” z tego okresu teza że „„w miarę rozwoju socjalizmu, walka klas zaostrza się” i inna równe szaleńcza i chyba dalej atualna – „kto ma media ten ma władzę”. Takie właśnie myśli miałem rozmawiając po gdańskiej debacie z paroma nieco zagubionymi „linią wydawców” dziennikarzami, takie mam patrząc na niezwykle skromny tym razem odzew w mediach po debacie, np. Radio Gdańsk , czytając polemikę prof. Strupczewskiego ukazującą się chyba w nieprzypadkowym momencie (?) i czytając (przy braku przyjęcia PPEJ przez rząd i braku wyboru doradcy inwestycyjnego oraz zatwierdzenia lokalizacji EJ) o rozpoczęciu przez PGE negocjacji rozmów z dostawcami technologii. To wszystko, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych i moim zdaniem istniejącego jednak „embarga politycznego” na wątpliwości w sprawie wcześniejszej decyzji nie wróży dobrze racjonalnej w sensie ekonomicznym i bezpiecznej realizacji PPEJ (ew. próba skrócenia procedur i desperackiego obniżenia kosztów nie będą sprzyjać poprawie bezpieczeństwa). Czy opiniotwórcze media, owładnięte poprawnością politycznej większosci oraz liczące na sponsoring wokół inwestycji i wspieranej przez rząd kampanii na rzecz energetyki jądrowej, nie są nadmiernie powściągliwe w sprawie PPEJ?
Grzegorz Wiśniewski
Bez kategorii OZE: NGO OZE
by grzegorzwisniewski
leave a comment
OZE w kampanii wyborczej ‘2011 czyli czarne korporacje i zielone NGO
Świat wcale nie jest zielonoczarny, ale w takich barwach problemy rozwoju energetyki można lepiej przedstawić, niż z szaroburej i mało twórczej perspektywy mdłego polityka z telewizji powtarzającego bezrefleksyjnie lub cynicznie że „potrzebujemy wszystkich źródeł energii”. Dzisiaj pomijając z koniecznosci konkretne przypadki, chciałbym postawić ogólną tezę, że jeśli chodzi o zieloną energię politycy stają się coraz bardziej sceptyczni i coraz bardziej oddalają się od poglądów społeczeństwa i że słabnie wpływ na polityków (i na społeczeństwo) środowisk związanych z OZE, a rośnie wpływ korporacji (zarządów i związków zawodowych). Chciałbym też pokazać przykład dobrej roboty na rzecz zmiany tej szkodliwej spolecznie sytuacji.
Od 2008 roku blog odnawialny parokrotnie zwracał uwagę że długotrwały, zawiązany już w 2007 roku, atak na pakiet klimatyczny 3 x 20% aliansu krajowych korporacji energetycznych z największymi ugrupowaniami parlamentarnymi (paradoks polega na tym, że tu jest także niecodzienna zbieżność posadów koalicji i opozycji parlamentarnej) musi doprowadzić do osłabienia poparcia obywateli dla OZE.
Jeszcze w połowie 2009 roku zwracałem uwagę (powołując się n badania CBOS), że ciągle ponad 83% Polaków oczekuje od rządu zwiększonego zaangażowania we wsparcie OZE, choć jednocześnie z badań dało się zauważyć, że przeciwstawiamy się wprowadzaniu kar i nakazów administracyjnych oraz że czynnik ekonomiczny decyduje o naszych postawach. Przepowiadałem, że stosunkowo szybko poparcie społeczne dla OZE może spaść, a za tym jeszcze trudniej będzie o poparcie polityczne.
Wygląda na to, że się myliłem jesli chodzi o poparcie społeczne. Pomimo rozpoczętej w 2009 roku kampanii rządowej na rzecz czystej energetyki węglowej i czystego węgla, robione rok później badania KE nt. preferencji obywateli UE, w tym polskich, w zakresie technologii energetycznych w corocznym raporcie dotyczącym rozwoju technologii biotechnologicznych na tle innych wskazały Polacy oczekują że OZE (w szczególności energetyką wiatrowa- 84% badanych i słoneczna – 82%) odegrają kluczową rolę w energetyce naszego kraju, a brak jest tego typu jednoznacznych oczekiwań w przypadku energetyki jądrowej (tylko 46% społeczeństwa miało taką nadzieję). Jeszcze bardziej zaskakujące okazały się wyniki badań CBOS zamówione przez Instytut na rzecz Ekorozwoju z końca 201o roku , z których wynika znacznie bardziej pozytywny stosunek Polaków do rozwoju energii wiatrowej 39% (choć niższy tu entuzjazm niż w badaniu KE) i słonecznej (6%), podczas gdy analogicznie wyniki w przypadku energetyki jądrowej i węglowej – po 7% wydawały się druzgocące dla realizowanej polityki i planów energetyki korporacyjnej.
Wydawało się zatem, że temat energetyki odnawianej będzie można łatwo wprowadzić partiom do kampanii wyborczej jako coś pozytywnego na tle powszechnego narzekania na politykę klimatyczną UE i straszenia jej skutkami. Ale tak się nie stało. Technologie bez poparcia społecznego ale z silnym poparciem korporacji i rządu (energetyka jądrowa i gaz łupkowy), związków zawodowych i rządu (energetyka węglowa) i oponiotorczych mediów (zwłaszcza gospodarczych) uzyskały znacznie (nieprporcjonalnie) większe poparcie polityczne niż OZE i efektywność energetyczna. Warto zauważyć jednak, że w sytuacji ogólnoświatowego kryzysu i coraz bardziej powszechnej dominacji myślenia bardziej krótkookresowego oraz braku skłonności do wspierania technologii bardziej przełomowych, efektywność energetyczna uzyskała wśród polityków bardziej powszechne (choć prawdopodobnie płytkie) wparcie niż OZE.
Można zatem zapytać dlaczego tak się stało. Do refleksji na ten temat zachęciła mnie swoim pytaniem dziennikarka EkoNews i w efekcie pomyslałem że politycy bronią krótkookresowych interesów energetyki konwencjonalnej kosztem odnawialnej w efekcie niejasnej dla większosci społeczeństwa sieci powiązań z korporacjami, ulegając przy tym też nadmiernie branżowym związkom zawodowymi. Chciałbym krótko tę właśnie tezę jako ogólną i dotyczącą wszystkich partii a może i krajów z rozwinętym korporacjonizmem rozwinąć i przytoczyć kilka faktów na potwierdzenie. Wartu tu też wesprzeć się teorią noblisty (choć bynajmniej nie dyżurnego bywalcy salonów ani pupilka mediów ekonomicznych) – ekonomisty Edmunda Phelpsa. Przepytany skutecznie przez Rafała Wosia z DGP (niestety nie mam dostępu do linku/wersji elektrownicznej) stwierdził, że narastający na całym świecie korporacjonizm dławi gospodarkę i innowacyjność i sprowadza się do zabiegów korporacji do wpisywania się w „układ” lobbingu regulacyjnego, zdobywania rządowych subsydiów, kontraktów, taryf oraz do coraz silniejszej gospodarki wymiennej z politykami.
Potwierdzają to nawet dane z USA, gdzie pomimo zielonej retoryki administracji Obamy (wieloekrotnie omawianej na odnawialnym) i koncepcji odnowienia w kryzysie nowego ładu na zielono, pomoc publiczną zgarniają tamtejsze korporacje.
Niejako na zamówienie do ww. postawionej tezy o pajęczynie powiązań korporacji i polityki w Polsce, można przeczytać ostry artykuł Dawida Tokarza w Pulsie Biznesu. To tylko przykład znacznie bardziej ogólnego zajwiska ostatatniego 10-lecia w Polsce, a pewnie i na swiecie (o tym dalej). Zatrudnianie osób związanych z politykami w radach nadzorczych korporacji oraz radach spółek córek i spółek wnuczek wzmacnia swpisty „układ”. Wzmocnione korporacje zaczynają coraz silnej oddziaływać na politykę i regulacje nie tylko w Polsce ale w UE – por. wypowiedź Prezesa PGE po spotkaniu zarządu największego europejskiego lobbysty interesów korporacji energetycznych jakim jest Eurelectric. Próbka walki i regulacje o korzystne regulacje „jako branża potrzebujemy unijnego wsparcia zarówno finansowo-inwestycyjnego jak i operacyjnego w zakresie czystych technologii węglowych i gazowych i … klarownych decyzji dających politycznie zielone światło energetyce jądrowej oraz… wsparcia środkami publicznymi wszystkich czystych technologii produkcji energii elektrycznej. (…) Nie sposób przecież konkurować z energetyką odnawialną skoro jest dotowana na etapie realizacji inwestycji i w fazie eksploatacyjnej, a prąd wytworzony z OZE ma prawne gwarancje zbytu”. Kto by się przejmował tym, że członkowie Eurelectric nie płacą pełnego rachunku za koszty zewnętrzne ani tym, że zasoby paliw kopalnych się systematycznie wyczerpują a ich ceny nieodwolalnie rosną (przekładając się wprost na zyski korporacji i koszty odbiorców energii).
Uwodzicielskie sa własnie bieżące zyski korporacji. Miałem niedawno osobiste spotkanie z czołowymi dziennikarzami z Japonii którzy mówili jak trudno jest zgodnie z prawem w Japonii politykowi lub związanemu z nim urzędnikowi państwowemu znaleźć się w radzie nadwzrocznej koncernu energetycznego (choć przyklad TEPCO raczej przeczy tej tezie). U nas to reguła, niestety. OZE nie mają rad nadzorczych do osnadzenia, dużych kontraktów z sektorem publicznym i tak intratnej oferty dla polityków. Przełamania tej sieci powiązań nie dokona sektor OZE dbając o to aby “zielony certyfikat” miał (odpowiednio?) wysoką cenę i wchodząc jako petent w relacje z korporacjami aby “rubla zarobić i cnoty nie stracić”. W tej sytuacji także lekkie, deklarowane poparcie społeczne nie wystarczy do zmiany sytuacji. Także, a może przede wszystkim w każdym okresie wyborczym potrzeba ruszenia serc i umysłów aby tworzyć z jednej strony masowyo ruch a z drugiej aby poparcie dla OZE było głębsze.
Warto zatem tu i teraz podziękować tym, którzy takie wyzwania – dotarcia z czyms wiecej niż bierna edukacja (na to sie wszyscy godzą) i czyms wiecej niż wąski branżowy lobbing (to jest nieskuteczne) – w ostatnich miesiącach podjęli. Szkoda że nie mogę tu wymienić organizacji branżowych OZE. Nawet jak niektóre z nich próbowały w debacie politycznej nadać rangę OZE, to nie potrafiły przebić się do szerzej do opinii publicznej, a zamknięte we własnym getcie niewiele mogą zrobić. Uważam, że w pełni na wysokości zadania stanęły tylko zielone NGOs. Podobało mi się twarde przepytanie polityków na okoliczność zielonej energii przez Koalicję Klimatyczną, z którego sporo się można dowiedzieć, ale które to odpytywanie zmusiło polityków do refleksji. Zachęcam do zapoznania się z wynikami badania polityków. Te zaznania są często pokrętne i mało przekonujące, ale dobrze że są, bo wiadomo jak dalej, z kim i nad czym pracować. Naciski na polityków różnych maści w tej sprawie konsekwentnie (w wielu akcjach i wydarzeniach) od momentu ogłoszenia wyborów wywierała czy może lepiej wywierała (?) Greenpeace. Polecam wywiad z szefem Greenpeace pt. “Zieloni politycy”. Czytając obydwa teksty o zielonych partiach i zielonych politykach nie mam pewności czy ma tu zastosowanie z pozoru oczywiste powiedzenie „politycy są tacy jak ich wyborcy”. Ludzie są dużo bardziej za OZE i bardziej sceptyczni wobec końcówki ery paliw kopalnych niż politycy. Ale do ludzi trzeba ciągle docierać, umieć do nich trafić i dęte debaty biznesowo-polityczne niewiele tu zmienią. Przykładem dobrej, pozytywnej ale nie nudnej przedwyborczej roboty jest portal stworzony przez Greenpeace pod bliskim mi tytułem MyOdnawialni. Dzięki temu temat i problem dotarły znacznie szerzej oraz zostały przedstawione znacznie szerszym kontekście i perspektywie niż potrafiły to zrobić organizacje sektora OZE. Uczmy się zatem od zielonych NGOsów.
Grzegorz Wiśniewski
energetyka jądrowa: energetyka jądrowa
by grzegorzwisniewski
leave a comment
O emocjach wokół decyzji Niemiec o całkowitej rezygnacji z energetyki jądrowej do 2022 roku i jej doniosłości
Decyzja z 30 maja niemieckiej prawicowo-liberalnej koalicji rządowej, uzgodniona z zielono-lewicową opozycją o całkowitej i jak się zdaje już definitywnej rezygnacji z energetyki jądrowej już od 2022 roku przedstawiana jest w Polsce jako efekt nieracjonalnych emocji po Fukushimie, w wyniku których „zieloni pchnęli (romantycznych i nieświadomych konsekwencji?) Niemców przeciw energii nuklearnej” (cytat za Europosłem PIS Konradem Szymańskim jest tylko przykładem setek takich komentarzy ze strony krajowej energetyki „zatroskanej” ostatnio konsumentami energii, polityków i krajowych decydentów). Na tle przedstawianej jako nad Wisłą nieracjonalną decyzji niemieckiego rządu, jako niezwykle pragmatyczne uznawane są wypowiedzi firm energetycznych, że to bardzo dobrze dla Polski (podobnie wypowiada się czeski CEZ) bo otwiera drogę do eksportu energii do Niemiec z obecnych elektrowni węglowych. A już za szczyt racjonalizmu w naszym zascianku uchodzi szeroko cytowane także w świecie oświadczenie Premiera Tuska dla WSJ o zbawiennych skutkach dej decyzji za naszą granica otwierającej wrota i renesans (polskiego) węgla na dłużej. Cytat za EurActive: “From Poland’s point of view, this is a good thing,” he said. It means coal-based power will be back on the agenda.” Opatrzone zresztą stosownym komentarzem: “Polish Prime Minister Donald Tusk saw an opportunity for Poland’s dirty coal plants“. Komentarz to reakcja spwodowana raczej niepotrzeną, cynicznie brzmiącą wypowiedzią szefa naszego rządu, która chluby na swiecie nam niestey nie dodaje, a w Polsce wzmacnia i tak duży zamęt wokól energetyki.
Przypomnę, że chodzi o zamknięcie 17 elektrowni jądrowych dających w 2010 roku niemalże 24% energii elektrycznej (zaraz po Fukishimie 7 z nich zamknięto z dnia na dzien z powodow bezpieczenstwa) w wyniku czego udział energii z atomu w 2023 roku w Niemczech będzie wynosił zero i musi byc wyepelnona szybkim rozwojem OZE. Jestem przekonany, że podstawy tej donioslej decyzji są u nas zbyt pobieżnie analizowane. Jej konsekwencje, nie tylko dla Niemiec, ale dla świata i dla Polski (ale nie w takim duchu jak mówi o tym nasz premier), są zdecydowanie niedocenione, natomiast lekceważąca (chyba już wyborcza) retoryka takich jak ww. wypowiedzi jest szkodliwa dla utrwalania blednego(“obowiązującego”) kierunku myslenia i dalszego rozwoju sytuacji w Polsce.
Przeglądając prasę z całego tygodnia natrafiłem na szereg publicystycznych płycizn, ale jednej a artykułów chciałbym szczególnie polecić; jest to „Jutro bez atomu” Piotra Burasa w weekendowej Gazecie Wyborczej (niestety artykuł nie jest dostępny w wersji elektronicznej). Autor pisze: ”Rezygnując z energii atomowej, Niemcy rozpoczynają wielki społeczny eksperyment. Jak może wyglądać społeczeństwo, które w środku Europy nie korzysta nie tylko z atomu, lecz także z węgla, ropy i gazu? Po tej batalii kurz szybko nie opadnie”. Autor, cytując szefa Fraunhofer Institut – Jurgena Schmida pisze że „dzisiaj dysponujemy już technologiami na pozyskanie całej (100%) energii ze źródeł odnawialnych”. Ale poza technologicznymi zwraca uwagę przede wszystkim na uwarunkowania społeczne, pisze: „Zmiana w polityce, a może doraźna kalkulacja Merkel oraz emocjonalny zryw obywateli otwierają drogę w nieznane, po której przebyciu Niemcy będą zapewne innym państwem i innym społeczeństwem”. I dalej – cytując – jednego z ideologów zmiany paradygmatu – Clausa Leggewie z Instytutu Nauki o Kulturze w Essen) – „Kiedy w Polsce miliony zwolenników Solidarności protestowało przeciw komunizmowi, mało kto wiedział ”.
Zgadzam się także z tym (Piotr Buras to znawca społeczeństwa i kultury niemieckiej) ale nie podzielam wątpliwości związanych z ew. „doraźną kalkulacja Merkel” czy „emocjonalnym zrywem obywateli” (nie zaprzeczając że silniej niż inne nacje reagują na zagrożenia dla środowiska i zagrożenia totalitaryzmami dla których pożywką może być energetyka jądrowa).
Na początku 2007 roku (jeszcze przed polityczną akceptacją Pakietu klimatycznego UE w marcu 2007) spotkałem się z niemieckimi decydentami i politykami (z kilku ugrupowań partyjnych), którzy zaprezentowali mi wyniki opracowanego w instytucie DLR w 2006 r. i zaakceptowanego i wydanego przez niemieckie ministerstwo ds. środowiska i bezpieczeństwa reaktorów (BMU) tzw. „Lead study” dotyczącego prognozy energetycznej Niemiec do 2020 roku, z perspektywą do 2030/2050. Pełniejsza wersja tego studium jest opublikowana w wersji niemieckojęzycznej (była też weryfikowana i aktualizowana w 2008 roku). Z tego stadium dokładnie wynikalo, że w 2023 roku nie będzie ani jednej MWh energii elektrycznej z elektrowni jądrowych i że ten ubytek z nawiązką kompensują OZE. Są też staranie i precyzyjnie policzone koszty energii elektrycznej z paliw kopalnych i OZE, z konkluzją, że w 2025 roku OZE stają się tańsze niż energia elektryczna (to samo dotyczy ciepła) z paliw kopalnych. Są też policzone niezbędne nakłady inwestycyjne, rozważone wymogi w zakresie przesyłu i dystrybucji energii elektrycznej z OZE (głownie generowanej na północy Niemiec) i rozwoju sieci oraz konsekwencje w postaci tworzenia miejsc pracy w OZE w poszczególnych landach, niezbędne działania i ich skutki jeśli chodzi o efektywność energetyczną i emisje CO2. Dokument ten był uznanym już wówczas jako wiodący realistyczny i obowiązujący i w pełni respektujący (nawet przez rządzącą wtedy koalicję prawicową) propozycje „czerwono-zielonej” koalicji pod przewodnictwem Schroedera z 1998 roku o zamknięciu do 2022 roku elektrowni atomowych.
Niedawna decyzja Kanclerz Merkel, sprzed katastrofy w Fukushimie o wydłużeniu okresu użytkowania starych atomówek, była tylko ryzykowanym i jak się okazało chwilowym odejściem od uzgodnionej strategii, ale po Fukushimie, wszystko wróciło do normy. Nie ma tu żadnej „jazdy bez trzymanek”, nie ma tu nieracjonalnych emocji, jest tylko jeszcze silniejsze wsparcie społeczne i od tygodnia także powszechne wsparcie polityczne dla czegoś co już dawno było przemyślane i wpisane w niemiecką strategię. W świetle powyższych spostrzeżeń sądzę, że ten wielki plan przejścia od paliw kopalnych i energii jądrowej (nawet krotkotrwale wbrew polityce klimatycznej UE) do OZE Niemcom się uda. Decyzję można porówanać do ogloszenia dokladnie 50 lat temu programu Apollo, na ktorgo realizację potrzeba bylo Ameryce 9 lat, a ktory byl znacznie prostszym programem bowymagal silnego zaangażowania “tylko” klikudziesieciu kluczowych instytucji rządowych i firm. Tu chodzi o zaangażowanie i aktywne wlączenie calego spoleczenstwa, tysięcy firm i pozyskania do wspólpracy istotnego fragmentu globalnej gospodarki – “zielonej gospodarki”. Ale chyba rzeczywiście tylko Niemcom taka zmiana paradygmatu może się udać, bez większego ryzyka kompromitacji samej idei zmiany, a konsekwencje tego będą wprost niewyobrażalne, w szczególności dla naszych obecnych krajowych włodarzy energetyki.
Oczywiście mieszkając w Polsce i znając z autopsji polskie realia, wiem jak skomplikowane jest to zadanie i jak wielki, wręcz cywilizacyjny jest to projekt. Bardzo podobny do niemieckiego scenariusz przejscia od węgla do OZE (z gazem ale bez energetyki jądrowej, jako etapu poredniego) nie spotkal sie z nawet najmniejszym politycznym zaintreresowaniem rządu. Do takiego projektu, poza dobrą wolą, otwartoscią i wyczuciem trendów są bowiem potrzebne i wiedza, i technologia, i sprawność organizacyjna, i konsekwencja, i odpowiedzialność oraz olbrzymi kapitał społeczny. Są to zasoby skromnie dzisiaj występujące w Polsce, w przeciwieństwie do odnawialnych zasobów energii, które są nawet większe u nas niż w Niemczech i na których możmy bazować. Polacy decydując się na energetykę jądrowa wtedy gdy drożeje i gdy kończy się jej epoka są bardziej „w gorącej wodzie kąpani” (choć nie widać tu ani typowej dla nas odwagi ani rozpalonej wyobraźni, ktora moglaby pokryć choć troche braki w wiedzy) niż Niemcy stawiający na taniejące i niesione globalną falą OZE, bo to jest właśnie racjonalne. Wyzwolane przez polityków lekceważenie i negatywne tylko emocje są demobiliujące, uniemożliwjaą twórcze skorzystanie z wielkiego projektu naszego sąsiada i dzialają ewidentnie na naszą niekorzysć. Emocje sa tu (zarowno w Niemczech jak i w Polsce) przydatne, ale jak są pozytywne. Przez zasciankowosć, anachronicznosć dzialan związanych z budowa elektrowni jądrowych i nierealnymi planami rowoju energetyki węglowej w dalszej persepktywie, przez zamknięcie na “nowe” i brak pozytywnych emocji tracimy mozliwosć glebszej wspólpracy i wspóluczestniczenia w jednym z najwększych projektow cywilizacyjnych naszych czasów, dziejącym sie tu (tuż za miedzą) i teraz.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Dlaczego nie tylko UE ale i administracja prezydetna Obamy nie rozumieją o co chodzi polskiemu rządowi w energetyce?
Jest taki stary dowcip, zaczynający pytaniem o zwolenników Stanów Zjednoczonych na świecie, z gotową odpowiedzią że – jest ich dwóch: Stany Zjednoczone i Polska, z tym że Polska jest większym. Dowcip swiadczy też o tym ze pomimo olbrzymich roznic dobrze się jako kraje rozumielismy. Po zakonczonej wczoraj wizycie prezydenta Obamy w Warszawie, pojawił się komentarz Zbigniewa Lewickiego dla “Spiegla”: Naszemu rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA (cytat za Gazetą Wyborczą). Odnosząc się tylko do wątków wizyty dotyczących współpracy gospodarczej, a w szczególności energetycznej (oczywiscie najbardziej o OZE – jako obszaru koniecznej wręcz wspolpracy miedzynarodowej- mi w tym wpisie chodzi), zaznaczę że wcale tak nie musiało być, jak zapewne rzeczywiście wyszło. Nie neguję potrzeby innych niz OZE obszarów współpracy w energetyce, ale chce wskazać na niewykorzystaną szansę, niepełne rozpoznanie proporcji, wlasnych mozliwosci i oczekiwan partnera. Dziwić może, że władze RP nie zauważyły, że od paru lat jest inny prezydent i inna polityka w zakresie energetyki w USA i trzeba z nim inaczej rozmawiać niż z poprzednikiem. Inaczej skonczyć się może narzekaniem, że “znowu nikt nas nie rozumie”.
Blog odnawialny kilkakrotnie sygnalizował że jednak coś się w Ameryce od czasu Busha juniora jednak zmieniło, np. tu i tu i tu. Wydawało się, że zauważyła to Kancelaria Prezydenta RP, w które imieniu Minister Sokołowski z parę tygodni temu tak zarysował możliwy scenariusz przygotowywanej rozmowy prezentów Polski i USA: prezydenci rozmawiać będą o współpracy …. gospodarczej – głównie w kontekście wydobycia gazu łupkowego… Polska jest zainteresowana pozyskaniem jak najlepszych technologii i tym, aby gaz łupkowy rzeczywiście w sposób bezpieczny mógł być jak najszybciej wydobywany – powiedział prezydencki minister. Zaznaczył, że Amerykanie są także zaawansowani jeśli chodzi o tzw. odnawialne źródła energii. – Polityka UE zmierza do redukcji emisji C02, co za tym idzie będziemy musieli modernizować naszą gospodarkę, już to robimy, potrzebujemy nowoczesnych technologii”. Wiedząc że Polska zawsze szuka cudownych rozwiązań nie dziwiłem się gazem łupkowym ale „tzw. „odnawialne źródła energii” wskazywały że jest szansa na współpracę w obszarze na który Ameryka Obamy rzeczywiście postawiła.
Nadzieje te pokładałem też m.in. na jednej z lepszych merytorycznie i organizacyjnie konferencji energetycznych w br., zorganizowanym specjalnie przed wizytą Obamy przez Polską Izbę Energetyki i Ochrony Środowiska i United States Energy Association – Polsko-Amerykańskim Stole Energetycznym, – program można zobaczyć pod tym linkiem. Konferencja, będąca swego rodzju przygotowaniem do wizyty Obamy, skupiła się na tym co jest „na stole” rozmów biznesowych i politycznych w krajach rozwiniętych nt. energii i klimatu czyli energetyki odnawialne, efektywności energetycznej i tego co jest akcentowane w polskiej polityce czyli gazu łupkowego, czystego węgla z CCS i energetyki jądrowej. Proporcje zatem zostały zachowane i żadna z opcji nie została pominięta. Rząd amerykański był reprezentowany przez dwu wiceministrów odpowiadających za współpracę międzynarodową (czytaj ekspert technologii) w energetyce jądrową oraz odnawialnych źródeł energii, inne obszary energetyki były bezpośrednio reprezentowane przez szefów amerykańskich firm energetycznych.
Zrobiło na mnie wrażenie wystąpienie na sesji poświęconej OZE ministra Petera Pereza,z którym mialem przyjmnosc byc w tym samym panelu i który bezposrednio w obecnosci przedstaicieli rzadu RP, w interesujący i przekonujący sposob zaprezentował politykę administracji Baracka Obamy w zakresie zielonych technologii. Mówił m.in. że dla USA i dla wszystkich nowoczesnych gospodarek na świecie to niezwykle atrakcyjny biznes i miejsca pracy dla ludzi; „W najgorszych latach dla światowej gospodarki 2008/2009 (światowy kryzys) energetyka odnawialna jako w zasadzie jedyna branża zanotowała wzrost ok. 10%, a w 2010 roku obroty w tym sektorze gospodarki wyniosły 243 mld USD”. Podkreślił że rząd USA przeznaczył w ramach pakietu stabilizacyjnego 90 mld USA na rozwój OZE, w tym na RTD, wytwarzanie zielonej energii i na produkcję urządzeń dla OZE. Z tego ostatniego był w szczególności rad, bo sam przez wiele lat kierował koncernami wytwarzającymi urządzenia, (ostatnio był szefem najbardziej znanej na świecie wytwórni fortepianów Steinwaya). Wspominając o partnerstwie i współpracy z Polską i współpracy pomiędzy firmami uczciwie mówił, że zależy mu na eksporcie amerykańskich technologii OZE i na pomocy rządu USA w tym zakresie dla Polski (wiadomo że tylko w niektórych obszarach rząd może „pomóc”, na rynkach w pełni rozwiniętych firmy działają samodzielnie). Brzmiało to zachęcająco i wiarygodnie.
Niestety te oferty, zapowiedzi i deklaracje poszły w niwecz i ostatecznie Obama rozmawiał w Warszawie w zasadzie tylko o gazie łupkowym, a byl zaczepiany tylko o energetykę jądrową. W sprawie energetyki jądrowej, co nietrudno było przewidzieć, stwierdził on bez entuzjazmu że „Stany Zjednoczone są gotowe służyć konsultacjami dotyczącymi energii jądrowej, a jej eksploatacja musi się odbywać w sposób bezpieczny i przejrzysty”. Premier Tusk tylko jednostronnie próbował zachować w tej kwestii dobrą minę potwierdzając „pełną wolę strony polskiej do współpracy w sprawie energetyki jądrowej”, dodając „Amerykanie będą dla nas wyjątkowo cennymi partnerami jako kraj doświadczony i z dobrą wolą”…
W sprawie gazu łupkowego Obama poszedł trochę dalej, stwierdzając, że należy go (cytat za WNP) „wykorzystać, a złoża można zbadać i eksploatować w sposób bezpieczny dla środowiska” (ważna wydaje mi się ta druga część zdania Obamy). Pragmatyczni amerykanie nie poruszyli wspolpracy w zakresie CCS, a i Polska po niczym nie uzasadnionej euforii chyba powoli ten temat odpuszcza. Rozumiem, że efektywnsc energetyczna w USA to nie jest jeszcze modny temat, UE jest tu znacznie bardziej zaawansowana.
Ale dziwić powinno to, że przy polityce energetycznej administracji USA nie zaproponowaliśmy współpracy w energetyce odnawialnej, gdyż tu rzeczywiście moglibyśmy współpracując z Ameryką zaproponować też cos co jest jednczesnie w pełni zgodne i z racją stanu Ameryki i z polityką UE, a nie tylko deklaratywne na okolicznosć wizyty.
Co nam zatem zostało po naprawdę potencjalnie ważnej wizycie? Sięgnijmy do oficjalnych komunikatów. Prezydent Barack Obama i premier Donald Tusk podkreślili wagę współpracy obu krajów w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego. Chodzi o współpracę między rządami i firmami prywatnymi związaną z rozwojem niekonwencjonalnych źródeł energii, w tym szczególnie gazu łupkowego [mętene slowotwórstwo kwitnie; po "niskoemisyjnej" zamiast "niskoweglowej" gospodarce mamy "niekonwencjonalne" zasoby energii ktore traktowane sa niemalze jak "innowacyjne i odnawialne", a moze i "niewyczerpalne"? - przyp. aut.]. Wymiana doświadczeń i technologii będzie służyła tworzeniu sektora gazowego na zasadach zrównoważonych i przyjaznych dla środowiska. Donald Tusk nawiązał do kwestii Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości ustanowionego dwadzieścia lat temu przez Kongres Amerykański. Fundusz ten, o wartości 200 milionów dolarów, powstał w celu wspomagania budowy gospodarki rynkowej w Polsce. Teraz, szef polskiego rządu zaproponował powołanie Polsko-Amerykańskiego Funduszu dla Innowacyjności (…). Zadaniem Funduszu byłoby wspieranie współpracy naukowej pomiędzy najlepszymi ośrodkami naukowymi w USA w Polsce. Jak dodaje Bartosz Węglarczyk : „…jesienią odbędzie się okrągły stół, w którym udział wezmą przedstawiciele ministerstw gospodarczych i agend rządowych z obu krajów. Do 1 października uczestnicy tego spotkania otrzymają raport na temat najpotrzebniejszych zmian prawnych i proceduralnych, jakich domagają się biznesmeni w obu krajach; w trakcie spotkania przedyskutowane będą możliwości ściślejszej współpracy obu krajów w sektorze energetycznym, w tym także o kolejnych inwestycjach amerykańskich w Polsce, przede wszystkim w wydobycie gazu łupkowego”.
Moim zdaniem chodzi właśnie o to aby „nie przede wszystkim” o gazie łupkowym, bo niewiele jeszcze na ten temat wiemy i potrzeba dużo badań geologicznych i analiz ekonomicznych i środowiskowych i sporo czasu aby w tej sprawie rozpocząć ew. sensowną współprace. Poza tym jak mówi Piotr Woźniak: „Wiadomo, że właścicielami technologii poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego są amerykańskie prywatne firmy i nawet prezydent USA nie może ich zmusić do dzielenia się swoimi rozwiązaniami z kimkolwiek”.
Cały czas na jakikolwiek gest rządu RP czy inicjatywe międzynarodową czeka sektor energetyki odnawialnej który już dzisiaj może podjąć wspartą także rządowymi (też unijnymi) środkami współpracę, bo jest realnym, istniejącym i tu możemy współpracować bez ryzyka, wręcz na zasadzie non regret. Jest też sektorem rzeczywiscie innowacyjnym – tu nawiązuję do nazwy Funduszu jaki ma powstac (nie warto bowiem tworzyc takiego funduszu dla gazu lupkowego, bo tu problemy leżą gdzie indziej, ani nie czas na bilaterlany funusz badawczy w energetyce jądrowej jezeli nawet z unijnego ITER nie korzystamy, a np. naszych publikacji swiatowych nie dopatrzylem sie). Wlasnie w obszarze OZE moglibysmy też pozytywnie wykorzystać to co premier Tusk ogłosił jako rzekomą szansę dla nadchodzącej polskiej prezydencji w UE: „współpraca z USA [z kontekstu wypowiedzi wynika, że tylko gaz lupkowy ma premier na mysli, niestety] stanowić będzie dobrą okazją do wzmocnienia transatlantyckiego dialogu dotyczącego współpracy i energii”. Coś mi się nie wydaje bowiem, że jakakolwiek współpraca związana z gazem łupkowym polskiej prezydencji i w ogóle wzmocnieniu naszej obecności w UE będzie służyć, ale sprawę prezydencji zostawię na jeden z kolejnych wpisów.
Rację ma zatem cytowany na wstępie p. Lewicki mówiąc że rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA. Dodam, że moim zdaniem naszemu rządowi brakuje nawet trochę więcej – brakuje pomysłu jak rozwijać politykę energetyczną i ekologiczną, a to właśnie powoduje coraz większe problemy we współpracy nie tylko z USA ale i z UE, choć zbliża nas np. do Białorusi. Tu nie chodzi już o Europę dwu predkosci czy rozne predkosci Polski i USA, ale o to, że Polska porusza sie w innym kierunku i na drodze spotyka tylko to co gospodarki rozwinite porzucają (czasami chcą jeszcze na tym parę dolarów zarobic) lub porzucily znacznie wczesniej. Jak sie nie otrząsniemy, niedlugo tylko prezydent Lukaszenka bedzie nas w stanie zrozumiec.
PS. Z Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Srodowiska dostalem zdjęcia ze wzmiankowanego we wpisie Polsko -Amerykańskiego Stolu Energetycznego, który bedzie zgodnie z ustaleniami obu rządów kontynuowany. Zdjęcie z sesji OZE prowadzonej przez Pana Ministra Pereza, którego wystąpienie b. przypadlo mi do gustu i ktore na pamiątkę, za zgoda Izby, publikuję na “odnawialnym”.

Autor: Grzegorz Wiśniewski
Bez kategorii energetyka jądrowa: Czarnobyl
by grzegorzwisniewski
leave a comment
Czarnobyl to było wspaniałe doświadczenie …
Dzisiejsze zagajenie też nie będzie super optymistycznie… Zbliża się 25-ta rocznica katastrofy w Czarnobylu. Starsi pamiętają te dni dość dobrze i pewnie pamiętają amerykański film science fiction „The day after” (Nazajutrz), pokazujący możliwe scenariusz zachowania ludzi po ataku niekarnym ZSRR na USA. Zespół polskich twórców filmowych, pod patronatem TVP1 i redakcji Teatru Telewizji, z reżyserem Januszem Dymkiem zrealizowali film „Czarnobyl, cztery dni w kwietniu” który można zaliczyć do „filmu faktu”. Opisuje nie tylko „nazajutrz” (następnego dnia po wybychu w Czarnobylu obywatel sowiecki jeszcze nie wiedział co się wydarzylo, to chyba najbardziej odroznia tamta katastrofe od Fukushimy, nawet jak stopien zagrozenia nr 7 jest od dzisiaj ten sam), ale cztery kolejne dni po wybuchu w Polsce i w Rosji. Kilka dni temu odbył się przedpremierowy pokaz filmu, za parę dni będzie jego emisja w telewizji; trochę więcej o samym filmie.
Byłem na pokazie przedpremierowym w kinie Muranów. Bohater filmu, prof. Zbigniew Jaworowski był gościem pokazu przedpremierowego. W znacznej mierze pisał też tekst będący kanwą scenariusza filmu i był dla twórców źródłem danych historycznych. Prof. Jaworowski w czasie katastrofy był pracownikiem Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i odegrał znaczącą rolę w zawiadomieniu władz o niebezpieczeństwie skażenia oraz, wchodząc do zespołu partyjno-rządowego – w podjęciu decyzji o podaniu dzieciom i mieszkańcom płynu „Lugola”, co zapewne pozytywną rolę w ochronie zdrowia (rak tarczycy) ludności zagrożonej akumulacją dużymi dawkami jodu radioaktywnego.
Prof. Jaworowski jest obecnie szefem Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej (SEREN) i słynie, razem z niewielką grupę ludzi w dojrzałym wieku, którzy mają korzenie pierwszej polskiej przygodzie nuklearnej związanej z budową w laatch 80-tych elektrowni jądrowej w Zarnowcu (znaczna część tych osób była na pokazie) i których kariera zawodowa została przerwana w 1986 roku po katastrofie w Czarnobylu, i dziś widzą swoją drugą i ostatnią szansę w związku z reaktywacją programu jądrowego, który z całą determinacją wspierają.
W atmosferze Fukushimy i przy okazji rocznicy katastrofy w Czarnobylu dalej w sposób nieskrępowany promują energetykę jądrową i dyskusja po pokazie filmu też niestety temu służyła. Choć jak mi się jednak wydaje intencją twórców było pokazanie problemów, napięć i dramatów jakie powstają wtedy gdy władza nie informuje obywateli w sprawach ważnych.
Po pokazie Zbigniew Jaworowski, ku łatwo wyczuwalnemu zdziwieniu widzów, a u znacznej części ich konsternacji zaczął od tego że energetyka jądrowa to największy wynalazek ludzkości „porównywalny z wynalezieniem ognia”, Greenpeace to „banda wariatów”, stwierdził ponad wszelką wątpliwość że po wybuchu w Czarnobylu nikt nie zginął a nawet nie zachorował z powodu dawek promieniowania, naprawdę niebezpieczna dla ludzi jest energetyka odnawialna, w tym np. w uznanej za profesora za “najbardziej bezpieczą energetyce wodnej zginęło w nieodleglych katastrofach 265 tys. osób”, a katastrofy w Czarnobylu i w Fukushimie to „jedne z najbardziej wspaniałych doświadczeń bo w ich efekcie dużo się o energetyce jądrowej nauczyliśmy”.
Brzmiało to tak dogmatycznie i bezdyskusyjnie oraz przynajmniej dla mnie groteskowo jak gombrowiczowskie „Słowacki wielkim poetą był”, ale śmieszne to wcale nie było. Dawno na własne oczy nie widziałem takiej wręcz rewolucyjnej żarliwości i raczej niezwykłej w świecie naukowym gotowości do formułowania wielce ryzykowanych tez. Wiem że prof. Jaworowski ma swoje lata i choć z minionego okresu to z pewnością ma cenne doświadczenia, ale jeżeli osoby tak myślące są obecnie ekspertami (w pewnym sensie naturalnymi i jedynymi) w tworzeniu prawnych warunków bezpieczeństwa pracy elektrowni jądrowych w Polsce, to „strach się bać” nie jest nadmiernie przerysowaną parabolą.
A film, choć jest w nim spora doza subiektywizmu i chyba niedostatek konsultacji, w pewnym stopniu może się próbować obronić sam, bez aktywnego wsparcia swego głównego bohatera. Sprawa Czarnobyla i ówczesnego socjalistycznego kolorytu (energetyka jądrowa i centralizm pasowały do siebie i się wzajemnie wspierały) tkwi bowiem dość głęboko w naszej świadomości, utrwaliła się w pamięci w skutek dużych emocji, a po ćwierć wieku może być przedmiotem znacznie głębszej refleksji niż ta będąca w udziale prof. Jaworowskiego.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Bez kategorii OZE energetyka jądrowa: atom energetyka OZE
by grzegorzwisniewski
leave a comment
Kłamstwa i przepowiednie energetyczne
Politycy lubią używać słowo „kłamstwo” w odniesieniu do wydarzeń z przeszłości:” kłamstwo oświęcimskie”,” kłamstwo katyńskie” i pewnie wiele innych kłamstw. Znaczną część kłamstw historycznych daje się w końcu wyjawić, ale znacznie łatwiej kłamać jest „na wyrost”, zwłaszcza jak chodzi o daleką przyszłość. Kto bowiem pociągnie do odpowiedzialności politycznej czy moralnej tych którzy fałszują przyszłość lub chocby tylko pomylą się co do przyszłości. Nikt, bo co najwyżej o takich “pomyłkach” czy naginanych przeinaczeniach kronikarze, biografowie i historycy będą wspominać tylko w przypadku wybitnych postaci historycznych i to też wybiórczo, a nikt z tego powodu nie będzie rozliczał „drobnych oszustów”. Zresztą mam takie poczucie że obecnie w Polsce nikt za przyszłość nie odpowiada, a to oznacza, że w sprawach przyszłości można mówić dosłownie wszystko, choćby na zasadzie „papier cierpliwy jest…”, bez konieczności uzasadniania.
Takie myśli mnie naszły czytając wywiad w kwietniowym (już post fukushimowskim) numerze miesiecznika Energia Gigawat z Panią Minister Hanną Trojanowską – pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, pt. „Europa dwóch fobii”, skrót w wersji dostępnej elektronicznej pt. „Jeśli nie atom to co?”. Pani Minister pytana o ew. alternatywę dla energetyki jądrowej w Polsce mówi tak: „Po prostu nie stać nas na to, by nie rozwijać energetyki jądrowej. Bo jeśli nie energetyka jądrowa, to co? (…). Potencjał energetyki odnawialnej mimo wspierania jej rozwoju przez państwo jest na tyle niski, że nie może stanowić substytutu czy alternatywy dla dużych systemowych elektrowni”.
Jestem ciekaw na podstawie jakich to, zapewne głębokich analiz, Pani Minister tak twierdzi. Jaka praca badawcza (nie pytam o ew. zanotowaną przez historyków czy biblistów wypowiedzi Kasandry lub Sybili – panie historycznie zawsze miały większe zdolności przewidywania) upoważnia Panią Minister do stwierdzenia, że „potencjał odnawialnych źródeł (w Polsce) energii jest niski …”. I dlaczego OZE muszą być alternatywą dla ‘dużych systemowych elektrowni” i kto powiedział że przyszłość do takich bohemotów należy ? Mógłbym wskazać wiele opracowań na podbudowie naukowej wspartych dodatkowo “zdrowym rozsądkiem” twierdzących coś wręcz przeciwnego, np. „Small is profitable” czy (przepraszam za nieskromność, ale to akurat rzeczywiście znam:), choć z łatwością mogę wskazać wiele innych) „Scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii w perspektywie długookresowej” (z modelu nie chce wyjć inaczej niż ponad 80% udzial zielonej energii elektrycznej w 2050 i obywamy sie bez elektrowni jądrowych) czy oceny potencjalów OZE możliwych do praktycznego wykorzystania już do 2020 r. Można by też zapytać, którą z opcji OZE czy Atom obecnie, wbrew logice “państwo bardziej wspiera” i czy anagazowanie państwa w Atom i jego promocję, choćby poprzez powolanie wlasnie Pani Minister Trojanowiskiej na pelnomocnika (wraz z calym aparatem i budztem) nie swiadczy o czyms wrecz przeciwnym… Dziwnym trafem, pomimo podjętych wysilkow, nie udalo sie zespolowi Pani Minister potwierdzić tezy o niskich kosztach energii jądrowej w Polsce, ale jakiż to problem powiedzieć, że “nie stać nas nas by (jej) nie rozwijać”.
Od razu dodam, że jesli chodzi o kwestie potencjalow to nie sposób też uzasadnić tezy Pani Minister Trojanowskiej jedynie Polityką energetyczną (PEP 2030), co jest tyle wątpliwym co i czesto bedyskusyjnie uzywanym argumentem, gdyż jedynym uzasadnieniem analitycznym co do udziału OZE w zużyciu energii wysokości 15% w 2020 roku był cel UE wyznaczony dla Polski i nikt nie klopotal sie innymi analizami. Z kolei w okresie do 2030 udział OZE (także bez uzasadnienia analitycznego) zostały dalej zheblowane (tłumaczę to chęcią zrobienia miejsca energetyce jądrowej, choć za rękę autora rządowej prognozy nie złapałem) do ok. 16% w bilansie energii finalnej), co jest ewenementem na skalę światową i dlatego cały świat zapewne czeka do tej pory na wyjaśnienie w tej sprawie.
Jeżeli jednak do znanych z historii Pań przepowiadających przyszłość, oprócz ww. Kasandry i Sybili dołączymy Panią Minister Trojanowską i wyjaśnimy śmiałość w formułowaniu hipotez kobiecą intuicją (mam autentyczny respekt to takich tez) to jak wytłumaczyć prognozę Pani Connie Hedegaard – nie mająca póki co dobrej prasy w Polsce – komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, która firmując projekt nowej „Mapy drogowej UE w kierunku niskowęglowej gospodarki do 2050 roku”(nb. z 8 marca …) podpisuję się pod stwierdzeniem, że nie tylko że spadną emisje CO2 w sektorze wytwarzania energii elektrycznej spadną w UE o 54-68% do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku) , to jeszcze zakłada, że w tym okresie udział energii elektrycznej z OZE sięgnie 75-80% (w 2050 roku do 100%). Nawet jeżeli w Polsce Pani Hedegaard traktowana jest jak zla czarownica, to raczej nikt nie podważa istoty jej tez, tylko co najwyżej twierdzi, że nie odpowiadają one naszym bieżcym interesom.
I kto tu zaklina rzeczywistość, a w szczególności przyszłość? Być może obie Panie, ale zdecydowana większosć prac badawczych, analitycznych, a także zdrowy rozsądek jest blizej Pani Hedegaard. Przy dostępnych potencjalach OZE i trednach kosztow atom-OZE oraz obecnym 30-40% tempie wzrostu energetyki odnawialnej (przy systemtycznym ubytku mocy jadrowych), w udział 17,7 % (wynika to z PEP 2030) energii elektrycznej z OZE zużyciu energii w 2030 roku w Polsce (prawie ten sam co w 2020 roku!) mogę uwierzyć tylko wtedy, gdyby w tym samym czasie dla równowagi w innym scenariuszu 80% transportu w naszym kraju miał stanowić transport konny (owies bowiem to w tym przypadku odnawialne paliwo, a Polska z takim udziałem owsa w bilansie energii w transporcie jest tak samo wiarygodna jak z przewidzianym w PEP 2030 udziałem OZE-E).
Pani Minister Trojanowska, odbiegająca w swoich poglądach znacząco od obecnego stanu wiedzy, jeżeli nie chcę wejść w rolę czarodziejki -od przepowiedni energetycznych lub hochsztaplerki – od klamstwa energetycznego, powinna ujawnić cóż to za nieznana szerzej wiedza tajemna za jej nader skromnymi w stosunku do OZE przepowiedniami stoi…