Morski Wiatr Kontra Atom – koniec dyskusji w mediach nad raportem czy początek szerszej dyskusji politycznej nad programem jądrowym?

Ktoś w końcu powie że odnawialny blog wykazuje zbyt silne (chorobliwe?) inklinacje w kierunku atomu i z całej palety „odnawialnych” alternatyw od dwu miesięcy pisze tylko o morskiej energetyce wiatrowej, a zaniedbuje bardziej dojrzałe i mniej scentralizowane technologie OZE. Zaryzykuję dzisiaj jeszcze raz wątek jądrowy i potem obiecuję poprawę. Przyznam, że rynek na którym mają funkcjonować morskie farmy wiatrowe (MFW) i elektrownie jądrowe (EJ) nie jest naprawdę aż tak spolaryzowany i liczy się caly, zielony, wspierający wzajemnie mix energetyczny, z wieloma rodzajami i technologiami OZE. Ale czasami trzeba problem nieco sztucznie wyizolować aby jakiekolwiek analizy i dyskusje/rozmowy były w ogóle możliwe i aby służyły one ogólnemu podniesieniu wiedzy w rzeczowej, merytorycznej debacie. Niech zatem nieopierzone MFW jeszcze troche powalczą o miejsce OZE na przyszlym rynku z mającym za sobą silne poparcie polityczne i medialne pretendentem do nie lada udziałów w rynku energii i rosnacym apetycie na srodki finansowe na inwestycje.

Niemalże dokładnie 2 miesiącach, kiedy to na konferencji prasowej w Gdańsku został zaprezentowany raport znany jako „Morski Wiatr Kontra Atom” (MWKA), w dn. 15 września odbyła się na jego temat debata zorganizowana przez Gdański Park Naukowo- Technologiczny w ramach inicjatywy (programu) Forum Energia i Samorządność. Pierwsze spotkanie w tej sprawie 2 miesiące temu (też w Gdańsku) glównie z dziennikarzami (konferecnja prasowa) oraz zainteresowanymi środowiskami wywołało żywy i szeroki odzew w mediach zagranicznych, krajowych i regionalnych, której towarzyszył brak reakcji ze strony środowisk energetyki jądrowej. Byly setki doniesien i milczenie ze strony srodowisk związanych z EJ. Teraz, choć niezwykle konfrontacyjnie pomyślana debata była b. ciekawa, obecne na niej media zachowały dużą powściągliwość w nadaniu jej priorytetu, za to głośno (częściowo „prewencyjnie”?) wypowiedziały się środowiska energetyki jądrowej.

Dokładnie w dniu debaty w mediach pojawił się krytyczny wobec raportu wywiad z prof. Strupczewskim nt. rzekomych błędów w raporcie przy porównywaniu obu technologii. Bardzo chętnie korzystam z krytycznych uwag w szczególności takich osób jak prof. Strupczewski i skrupulatnie je zbieram aby raport MWKA zaktualizować, ale niestety w tym momencie prawie wszystkie argumenty mojego szanowanego adwersarza są chybione. W szczególności raport MWKA właśnie w calach porównawczych nie zakłada ŻADNEGO wsparcia ze środków publicznych dla MFW (tak jak i EJ) i „wyłudzania kosztów od społeczeństwa” (jak nie bez niepotrzebnych tu negatywnych emocji stwierdza prof. Strupczewski), nie dotyczy lądowej energetyki wiatrowej tylko morskiej (ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku współczynników wykorzystania mocy), ale przede wszystkim nie dotyczy koszów z przeszłości (kiedy krzywe kosztów energii z nowych EJ (tych prawie nie było) i MFW (te się „uczyły”) jeszcze się nie przecięły, tylko sytuacji na rok 2020 i dalsze. Nieprawdzie są też nieudokumentowane stwierdzenia prof. Strupczewskiego, że Polska ma stosukowo słabe warunki wiatrowe (to nieprawda, zwłaszcza w odniesieniu do Bałtyku), że jednak koszty energetyki jądrowej spadają (nie ma na to, żadnych dowodów, a na tezę przeciwną wiele). Zastanawia też całkowite przemilczanie i uparte bagatelizowanie istnienia jakiegokolwiek „efektu Fukushimy” jeśli chodzi o koszty finansowe (koszty kapitału, koszty ubezpieczenia) po stronie EJ, tym bardziej że jak pokazuje raport MWKA inwestycje EJ są niezwykle na nie wrażliwe. Nie miałem przyjemności polemizować tym razem z prof. Strupczewskim w Gdańsku , ale jego argumenty warto przytoczyć bo są znamienne, tak jak i czas ukazania się wywiadu.

W czasie debaty w Gdańsku, w szczegolnosci środowiska inżynierskie, akademickie i managerskie skupione wokół planów wielkiej inwestycji typu socjalistycznego i używały podobnych argumentów. Doszły jeszcze dodatkowe, konserwatywne, związane ze stereotypem że aby była MFW musi być EJ do „pracy ciągłej w podstawie” systemu energetycznego (ma to skutki też dla ocen ekonomicznych, bo wygodnie było do tej pory zakładać, że EJ pracuje 8000 h/rok i cały czas zarabia, niezależnie od potrzeb energetycznych i innych źródeł wytwarzania energii w systemie). Uczestnicy debaty są bardzo silnie przywiązani do tych dobrze ugruntowanych w XX wieku poglądów i bardzo sceptycznie przyjmują informacje o już w praktyce dokonanej zmianie paradygmatu i przykładach z Niemiec, Danii czy Hiszpanii gdzie operator sieci tak zarządza generacją, ze w podstawie są „niestabilne OZE”, a jak moc jest za duża, wyłączane są elektrownie węglowe i jądrowe.
W sumie pomimo momentami konfrontacyjnego i zbyt szerokiego charakteru spotkanie w Gdańsku uważam za potrzebne. Raport MWKA sam w sobie nie zmieni polityki energetyczej z dnia na dzień i nie wszyscy sie z nim zgodzą, ale upewniłem się, że stawia własciwy problem używając poprawnej metody. Nie chcę jednostronnie szerzej oceniać (tudno ze srodka) i streszczać tej ponad dwugodzinnej debaty, być może jej organizatorzy to zrobią. Uwagi panelistow i uczestnikow debaty sporo wniosły do mojego myslenia o zalozeniach i wynikach pracy, ale mam takie wrażenie, że raport MWKA się obronił, tak jak i jego zasadnicze tezy i wnioski. Drobne korekty jakie bym teraz, po kilku miesiącach, wprowadził poprawiłyby ekonomikę MFW kosztem EJ. Byłem wobec MFW zbyt asekurancki przy wyborze metody analiz (sprzyjającej EJ) i doborze danych wejsciowych (zbyt zachowawczych w stosunku do MFW), a z drugej strony czas i argumenty z zewnatrz dzialają na niekorzysć atomu. Mam też takie pozytywne -moim zdaniem -odczucie, że w zwartych do tej pory szeregach zwolenników energetyki jądrowej zaczynają pojawiać się wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o stronę ekonomiczną,finansową i kosztową pierwszej inwestycji. Nie chodzi tu o radosć z powodu ew. „pękniecie” monolitu interesariuszy EJ i o rozbijanie „jedności robotniczo-chłopskiej” (wytworzonego układu, nie lubię tego słowa, polityczno- biznesowego) ale o to, że okazało się, że w sprawie wyniów pojedynku EJ i MFW (jako wystawionego do zawodów jednak stosunkowo drogiego zawodnika z dużej drużyny OZE) można już rozmawiać. A jeżeli można rozmawiać o alternatywie dwu inwestycji (EJ i MFW) tzn. że można też rozmawiać o alternatywie szerokiego programu rozwoju OZE (obejmujacego rozne technologie) w stosunku do trafiającego już na problemy Programu Polskiej Energetyki Jądrowej PPEJ. Wspomnę tu tylko na opóźnienia związane np. z zakończeniem procedury konsultacji międzynarodowych prognozy oddziaływania na środowisko (opory ze strony Niemiec, Austrii, Szwecji) i niemożność przyjęcia PPEJ przez rząd tej kadencji. Słuchając szerszych wypowiedzi przedstawicieli rządu, zwłaszcza MRiRW i w pewnym zakresie MŚ, też można doszukać się pierwszych „ale”. Tu jestem optymistą jeśli chodzi o możliwość moim zdaniem koniecznej weryfikacji PPEJ, bo nie jest to dobrze przygotowany program, a dynamiczne otoczenie ekonomiczne czyni go z dnia na dzień coraz bardziej anachronicznym. Ryzyko braku, tylko z powodów ekonomiczno-finansowych (pozyskanie srodkow na inwestycje i ryzyko, że energia z EJ bedzie za droga na rynku aby ja sprzedać), realizacji PPEJ i w terminie pierwszej EJ jest tak duże, że trzeba w tym samym tempie rozwijać MFW i postawić wyższy cel niż w obencym KPD na wszystkie OZE. Tę alteratywę trzeba pilnie rozwijać i chodz tu o prawdziwy zwrot w polityce energeycznej.

Ale w tym wszystkim jest też groźba “zabetonowania” sytuacji i zwarcia szeregów zwolenników EJ (nie tak dawno furorę robiło „ściąganie cugli” i skutki tego także dla energetyki nie były dobre), i pójścia zarówno „w zaparte” jak i „na całość”. Nawet jak z pewną przesadą to nie bez powodu porównuję budowę EJ w Żarnowcu (w ramach nie najlepszej jakości centralnego planowania) do budów realnego socjalizmu gdzie koszty nie grały roli, gdyż dojść do głosu może też znana „zasada” z tego okresu teza że „„w miarę rozwoju socjalizmu, walka klas zaostrza się” i inna równe szaleńcza i chyba dalej atualna – „kto ma media ten ma władzę”. Takie właśnie myśli miałem rozmawiając po gdańskiej debacie z paroma nieco zagubionymi „linią wydawców” dziennikarzami, takie mam patrząc na niezwykle skromny tym razem odzew w mediach po debacie, np. Radio Gdańsk , czytając polemikę prof. Strupczewskiego ukazującą się chyba w nieprzypadkowym momencie (?) i czytając (przy braku przyjęcia PPEJ przez rząd i braku wyboru doradcy inwestycyjnego oraz zatwierdzenia lokalizacji EJ) o rozpoczęciu przez PGE negocjacji rozmów z dostawcami technologii. To wszystko, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych i moim zdaniem istniejącego jednak „embarga politycznego” na wątpliwości w sprawie wcześniejszej decyzji nie wróży dobrze racjonalnej w sensie ekonomicznym i bezpiecznej realizacji PPEJ (ew. próba skrócenia procedur i desperackiego obniżenia kosztów nie będą sprzyjać poprawie bezpieczeństwa). Czy opiniotwórcze media, owładnięte poprawnością politycznej większosci oraz liczące na sponsoring wokół inwestycji i wspieranej przez rząd kampanii na rzecz energetyki jądrowej, nie są nadmiernie powściągliwe w sprawie PPEJ?

Grzegorz Wiśniewski

O emocjach wokół decyzji Niemiec o całkowitej rezygnacji z energetyki jądrowej do 2022 roku i jej doniosłości

Decyzja z 30 maja niemieckiej prawicowo-liberalnej koalicji rządowej, uzgodniona z zielono-lewicową opozycją o całkowitej i jak się zdaje już definitywnej rezygnacji z energetyki jądrowej już od 2022 roku przedstawiana jest w Polsce jako efekt nieracjonalnych emocji po Fukushimie, w wyniku których „zieloni pchnęli (romantycznych i nieświadomych konsekwencji?) Niemców przeciw energii nuklearnej” (cytat za Europosłem PIS Konradem Szymańskim jest tylko przykładem setek takich komentarzy ze strony krajowej energetyki „zatroskanej” ostatnio konsumentami energii, polityków i krajowych decydentów). Na tle przedstawianej jako nad Wisłą nieracjonalną decyzji niemieckiego rządu, jako niezwykle pragmatyczne uznawane są wypowiedzi firm energetycznych, że to bardzo dobrze dla Polski (podobnie wypowiada się czeski CEZ) bo otwiera drogę do eksportu energii do Niemiec z obecnych elektrowni węglowych. A już za szczyt racjonalizmu w naszym zascianku uchodzi szeroko cytowane także w świecie oświadczenie Premiera Tuska dla WSJ o zbawiennych skutkach dej decyzji za naszą granica otwierającej wrota i renesans (polskiego) węgla na dłużej. Cytat za EurActive: “From Poland’s point of view, this is a good thing,” he said. It means coal-based power will be back on the agenda.” Opatrzone zresztą stosownym komentarzem: “Polish Prime Minister Donald Tusk saw an opportunity for Poland’s dirty coal plants“. Komentarz to reakcja spwodowana raczej niepotrzeną, cynicznie brzmiącą wypowiedzią szefa naszego rządu, która chluby na swiecie nam niestey nie dodaje, a w Polsce wzmacnia i tak duży zamęt wokól energetyki.

Wygląda tak jakby polski Premier stoickim spokojem dawał nauczkę mającej zbyt gorącą głowę Kanclerz Merkel. Tylko pogratulować Premierowi dobrego i -działającej razem z nim “w poczuciu odpowiedzialności za kraj i konsumentów energii” – energetyce, dobrego samopoczucia. Nie sądzę, że poparte jest to jakąkolwiek analizą ale strachem lub brakiem wyczucia chwili i obraźni. Bo czyż nie może wywołać popłochu wśród krajowych energetyków niemieckie założenie, że jeżeli zostanie jakaś/jakies (jedna najlepsza, max 3 z obecnych 17) elektrownia jądrowa w Niemczech po 2020 roku to będzie ona ew. pracować jako tzw. “szczytowa”, a nie będzie pracować w tzw. „podstawie” (termin z XX-wiecznej elektroenergetyki uzasadniający, że OZE niestabilne mogą być tylko marginesem). Jeszcze trudniej niż dotychczas wobec decyzji Niemiec uzasadnić dalszy rozwój polskiego programu jądrowego, skoro nawet gospodarcze strony gazet takich jak Financial Times co najwyżej stawiają tezę (cytat za DGP) , że „kraje ze słabszym sektorem OZE będą miały problem z porzuceniem energii nuklearnej…”, ale nikt nie pisze że „z jej rozwojem od podstaw”, bo tak na wiecie nikt poza Poslką nie mysli. Decyzja zapadła wbrew interesom niemieckich koncernów energetycznych i nie jest już tak, że co jest dobre dla korporacji energetycznych jest dobre dla kraju (widać procesy dostsosowawcze koncernów, np. Simens wczesniej oglosil wycofanie sie z biznesu jądrowego a stal sie globalnym liderem w morskich elektrownaich wiatrowych), my dalej pozwalany aby rząd byl prowadzony na pasku koncernow energetycznych.

Przypomnę, że chodzi o zamknięcie 17 elektrowni jądrowych dających w 2010 roku niemalże 24% energii elektrycznej (zaraz po Fukishimie 7 z nich zamknięto z dnia na dzien z powodow bezpieczenstwa) w wyniku czego udział energii z atomu w 2023 roku w Niemczech będzie wynosił zero i musi byc wyepelnona szybkim rozwojem OZE. Jestem przekonany, że podstawy tej donioslej decyzji są u nas zbyt pobieżnie analizowane. Jej konsekwencje, nie tylko dla Niemiec, ale dla świata i dla Polski (ale nie w takim duchu jak mówi o tym nasz premier), są zdecydowanie niedocenione, natomiast lekceważąca (chyba już wyborcza) retoryka takich jak ww. wypowiedzi jest szkodliwa dla utrwalania blednego(“obowiązującego”) kierunku myslenia i dalszego rozwoju sytuacji w Polsce.
Przeglądając prasę z całego tygodnia natrafiłem na szereg publicystycznych płycizn, ale jednej a artykułów chciałbym szczególnie polecić; jest to „Jutro bez atomu” Piotra Burasa w weekendowej Gazecie Wyborczej (niestety artykuł nie jest dostępny w wersji elektronicznej). Autor pisze: ”Rezygnując z energii atomowej, Niemcy rozpoczynają wielki społeczny eksperyment. Jak może wyglądać społeczeństwo, które w środku Europy nie korzysta nie tylko z atomu, lecz także z węgla, ropy i gazu? Po tej batalii kurz szybko nie opadnie”. Autor, cytując szefa Fraunhofer Institut – Jurgena Schmida pisze że „dzisiaj dysponujemy już technologiami na pozyskanie całej (100%) energii ze źródeł odnawialnych”. Ale poza technologicznymi zwraca uwagę przede wszystkim na uwarunkowania społeczne, pisze: „Zmiana w polityce, a może doraźna kalkulacja Merkel oraz emocjonalny zryw obywateli otwierają drogę w nieznane, po której przebyciu Niemcy będą zapewne innym państwem i innym społeczeństwem”. I dalej – cytując – jednego z ideologów zmiany paradygmatu – Clausa Leggewie z Instytutu Nauki o Kulturze w Essen) – „Kiedy w Polsce miliony zwolenników Solidarności protestowało przeciw komunizmowi, mało kto wiedział ”.
Zgadzam się także z tym (Piotr Buras to znawca społeczeństwa i kultury niemieckiej) ale nie podzielam wątpliwości związanych z ew. „doraźną kalkulacja Merkel” czy „emocjonalnym zrywem obywateli” (nie zaprzeczając że silniej niż inne nacje reagują na zagrożenia dla środowiska i zagrożenia totalitaryzmami dla których pożywką może być energetyka jądrowa).

Na początku 2007 roku (jeszcze przed polityczną akceptacją Pakietu klimatycznego UE w marcu 2007) spotkałem się z niemieckimi decydentami i politykami (z kilku ugrupowań partyjnych), którzy zaprezentowali mi wyniki opracowanego w instytucie DLR w 2006 r. i zaakceptowanego i wydanego przez niemieckie ministerstwo ds. środowiska i bezpieczeństwa reaktorów (BMU) tzw. „Lead study” dotyczącego prognozy energetycznej Niemiec do 2020 roku, z perspektywą do 2030/2050. Pełniejsza wersja tego studium jest opublikowana w wersji niemieckojęzycznej (była też weryfikowana i aktualizowana w 2008 roku). Z tego stadium dokładnie wynikalo, że w 2023 roku nie będzie ani jednej MWh energii elektrycznej z elektrowni jądrowych i że ten ubytek z nawiązką kompensują OZE. Są też staranie i precyzyjnie policzone koszty energii elektrycznej z paliw kopalnych i OZE, z konkluzją, że w 2025 roku OZE stają się tańsze niż energia elektryczna (to samo dotyczy ciepła) z paliw kopalnych. Są też policzone niezbędne nakłady inwestycyjne, rozważone wymogi w zakresie przesyłu i dystrybucji energii elektrycznej z OZE (głownie generowanej na północy Niemiec) i rozwoju sieci oraz konsekwencje w postaci tworzenia miejsc pracy w OZE w poszczególnych landach, niezbędne działania i ich skutki jeśli chodzi o efektywność energetyczną i emisje CO2. Dokument ten był uznanym już wówczas jako wiodący realistyczny i obowiązujący i w pełni respektujący (nawet przez rządzącą wtedy koalicję prawicową) propozycje „czerwono-zielonej” koalicji pod przewodnictwem Schroedera z 1998 roku o zamknięciu do 2022 roku elektrowni atomowych.

Niedawna decyzja Kanclerz Merkel, sprzed katastrofy w Fukushimie o wydłużeniu okresu użytkowania starych atomówek, była tylko ryzykowanym i jak się okazało chwilowym odejściem od uzgodnionej strategii, ale po Fukushimie, wszystko wróciło do normy. Nie ma tu żadnej „jazdy bez trzymanek”, nie ma tu nieracjonalnych emocji, jest tylko jeszcze silniejsze wsparcie społeczne i od tygodnia także powszechne wsparcie polityczne dla czegoś co już dawno było przemyślane i wpisane w niemiecką strategię. W świetle powyższych spostrzeżeń sądzę, że ten wielki plan przejścia od paliw kopalnych i energii jądrowej (nawet krotkotrwale wbrew polityce klimatycznej UE) do OZE Niemcom się uda. Decyzję można porówanać do ogloszenia dokladnie 50 lat temu programu Apollo, na ktorgo realizację potrzeba bylo Ameryce 9 lat, a ktory byl znacznie prostszym programem bowymagal silnego zaangażowania “tylko” klikudziesieciu kluczowych instytucji rządowych i firm. Tu chodzi o zaangażowanie i aktywne wlączenie calego spoleczenstwa, tysięcy firm i pozyskania do wspólpracy istotnego fragmentu globalnej gospodarki – “zielonej gospodarki”. Ale chyba rzeczywiście tylko Niemcom taka zmiana paradygmatu może się udać, bez większego ryzyka kompromitacji samej idei zmiany, a konsekwencje tego będą wprost niewyobrażalne, w szczególności dla naszych obecnych krajowych włodarzy energetyki.

Oczywiście mieszkając w Polsce i znając z autopsji polskie realia, wiem jak skomplikowane jest to zadanie i jak wielki, wręcz cywilizacyjny jest to projekt. Bardzo podobny do niemieckiego scenariusz przejscia od węgla do OZE (z gazem ale bez energetyki jądrowej, jako etapu poredniego) nie spotkal sie z nawet najmniejszym politycznym zaintreresowaniem rządu. Do takiego projektu, poza dobrą wolą, otwartoscią i wyczuciem trendów są bowiem potrzebne i wiedza, i technologia, i sprawność organizacyjna, i konsekwencja, i odpowiedzialność oraz olbrzymi kapitał społeczny. Są to zasoby skromnie dzisiaj występujące w Polsce, w przeciwieństwie do odnawialnych zasobów energii, które są nawet większe u nas niż w Niemczech i na których możmy bazować. Polacy decydując się na energetykę jądrowa wtedy gdy drożeje i gdy kończy się jej epoka są bardziej „w gorącej wodzie kąpani” (choć nie widać tu ani typowej dla nas odwagi ani rozpalonej wyobraźni, ktora moglaby pokryć choć troche braki w wiedzy) niż Niemcy stawiający na taniejące i niesione globalną falą OZE, bo to jest właśnie racjonalne. Wyzwolane przez polityków lekceważenie i negatywne tylko emocje są demobiliujące, uniemożliwjaą twórcze skorzystanie z wielkiego projektu naszego sąsiada i dzialają ewidentnie na naszą niekorzysć. Emocje sa tu (zarowno w Niemczech jak i w Polsce) przydatne, ale jak są pozytywne. Przez zasciankowosć, anachronicznosć dzialan związanych z budowa elektrowni jądrowych i nierealnymi planami rowoju energetyki węglowej w dalszej persepktywie, przez zamknięcie na “nowe” i brak pozytywnych emocji tracimy mozliwosć glebszej wspólpracy i wspóluczestniczenia w jednym z najwększych projektow cywilizacyjnych naszych czasów, dziejącym sie tu (tuż za miedzą) i teraz.

Autor: Grzegorz Wiśniewski

Czarnobyl to było wspaniałe doświadczenie …

Dzisiejsze zagajenie też nie będzie super optymistycznie… Zbliża się 25-ta rocznica katastrofy w Czarnobylu. Starsi pamiętają te dni dość dobrze i pewnie pamiętają amerykański film science fiction „The day after” (Nazajutrz), pokazujący możliwe scenariusz zachowania ludzi po ataku niekarnym ZSRR na USA. Zespół polskich twórców filmowych, pod patronatem TVP1 i redakcji Teatru Telewizji, z reżyserem Januszem Dymkiem zrealizowali film „Czarnobyl, cztery dni w kwietniu” który można zaliczyć do „filmu faktu”. Opisuje nie tylko „nazajutrz” (następnego dnia po wybychu w Czarnobylu obywatel sowiecki jeszcze nie wiedział co się wydarzylo, to chyba najbardziej odroznia tamta katastrofe od Fukushimy, nawet jak stopien zagrozenia nr 7 jest od dzisiaj ten sam), ale cztery kolejne dni po wybuchu w Polsce i w Rosji. Kilka dni temu odbył się przedpremierowy pokaz filmu, za parę dni będzie jego emisja w telewizji; trochę więcej o samym filmie.

Byłem na pokazie przedpremierowym w kinie Muranów. Bohater filmu, prof. Zbigniew Jaworowski był gościem pokazu przedpremierowego. W znacznej mierze pisał też tekst będący kanwą scenariusza filmu i był dla twórców źródłem danych historycznych. Prof. Jaworowski w czasie katastrofy był pracownikiem Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i odegrał znaczącą rolę w zawiadomieniu władz o niebezpieczeństwie skażenia oraz, wchodząc do zespołu partyjno-rządowego – w podjęciu decyzji o podaniu dzieciom i mieszkańcom płynu „Lugola”, co zapewne pozytywną rolę w ochronie zdrowia (rak tarczycy) ludności zagrożonej akumulacją dużymi dawkami jodu radioaktywnego.

Prof. Jaworowski jest obecnie szefem Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej (SEREN) i słynie, razem z niewielką grupę ludzi w dojrzałym wieku, którzy mają korzenie pierwszej polskiej przygodzie nuklearnej związanej z budową w laatch 80-tych elektrowni jądrowej w Zarnowcu (znaczna część tych osób była na pokazie) i których kariera zawodowa została przerwana w 1986 roku po katastrofie w Czarnobylu, i dziś widzą swoją drugą i ostatnią szansę w związku z reaktywacją programu jądrowego, który z całą determinacją wspierają.

W atmosferze Fukushimy i przy okazji rocznicy katastrofy w Czarnobylu dalej w sposób nieskrępowany promują energetykę jądrową i dyskusja po pokazie filmu też niestety temu służyła. Choć jak mi się jednak wydaje intencją twórców było pokazanie problemów, napięć i dramatów jakie powstają wtedy gdy władza nie informuje obywateli w sprawach ważnych.

Po pokazie Zbigniew Jaworowski, ku łatwo wyczuwalnemu zdziwieniu widzów, a u znacznej części ich konsternacji zaczął od tego że energetyka jądrowa to największy wynalazek ludzkości „porównywalny z wynalezieniem ognia”, Greenpeace to „banda wariatów”, stwierdził ponad wszelką wątpliwość że po wybuchu w Czarnobylu nikt nie zginął a nawet nie zachorował z powodu dawek promieniowania, naprawdę niebezpieczna dla ludzi jest energetyka odnawialna, w tym np. w uznanej za profesora za “najbardziej bezpieczą energetyce wodnej zginęło w nieodleglych katastrofach 265 tys. osób”, a katastrofy w Czarnobylu i w Fukushimie to „jedne z najbardziej wspaniałych doświadczeń bo w ich efekcie dużo się o energetyce jądrowej nauczyliśmy”.

Brzmiało to tak dogmatycznie i bezdyskusyjnie oraz przynajmniej dla mnie groteskowo jak gombrowiczowskie „Słowacki wielkim poetą był”, ale śmieszne to wcale nie było. Dawno na własne oczy nie widziałem takiej wręcz rewolucyjnej żarliwości i raczej niezwykłej w świecie naukowym gotowości do formułowania wielce ryzykowanych tez. Wiem że prof. Jaworowski ma swoje lata i choć z minionego okresu to z pewnością ma cenne doświadczenia, ale jeżeli osoby tak myślące są obecnie ekspertami (w pewnym sensie naturalnymi i jedynymi) w tworzeniu prawnych warunków bezpieczeństwa pracy elektrowni jądrowych w Polsce, to „strach się bać” nie jest nadmiernie przerysowaną parabolą.

A film, choć jest w nim spora doza subiektywizmu i chyba niedostatek konsultacji, w pewnym stopniu może się próbować obronić sam, bez aktywnego wsparcia swego głównego bohatera. Sprawa Czarnobyla i ówczesnego socjalistycznego kolorytu (energetyka jądrowa i centralizm pasowały do siebie i się wzajemnie wspierały) tkwi bowiem dość głęboko w naszej świadomości, utrwaliła się w pamięci w skutek dużych emocji, a po ćwierć wieku może być przedmiotem znacznie głębszej refleksji niż ta będąca w udziale prof. Jaworowskiego.

Autor: Grzegorz Wiśniewski

Kłamstwa i przepowiednie energetyczne

Politycy lubią używać słowo „kłamstwo” w odniesieniu do wydarzeń z przeszłości:” kłamstwo oświęcimskie”,” kłamstwo katyńskie” i pewnie wiele innych kłamstw. Znaczną część kłamstw historycznych daje się w końcu wyjawić, ale znacznie łatwiej kłamać jest „na wyrost”, zwłaszcza jak chodzi o daleką przyszłość. Kto bowiem pociągnie do odpowiedzialności politycznej czy moralnej tych którzy fałszują przyszłość lub chocby tylko pomylą się co do przyszłości. Nikt, bo co najwyżej o takich “pomyłkach” czy naginanych przeinaczeniach kronikarze, biografowie i historycy będą wspominać tylko w przypadku wybitnych postaci historycznych i to też wybiórczo, a nikt z tego powodu nie będzie rozliczał „drobnych oszustów”. Zresztą mam takie poczucie że obecnie w Polsce nikt za przyszłość nie odpowiada, a to oznacza, że w sprawach przyszłości można mówić dosłownie wszystko, choćby na zasadzie „papier cierpliwy jest…”, bez konieczności uzasadniania.

Takie myśli mnie naszły czytając wywiad w kwietniowym (już post fukushimowskim) numerze miesiecznika Energia Gigawat z Panią Minister Hanną Trojanowską – pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, pt. „Europa dwóch fobii”, skrót w wersji dostępnej elektronicznej pt. „Jeśli nie atom to co?”. Pani Minister pytana o ew. alternatywę dla energetyki jądrowej w Polsce mówi tak: „Po prostu nie stać nas na to, by nie rozwijać energetyki jądrowej. Bo jeśli nie energetyka jądrowa, to co? (…). Potencjał energetyki odnawialnej mimo wspierania jej rozwoju przez państwo jest na tyle niski, że nie może stanowić substytutu czy alternatywy dla dużych systemowych elektrowni”.

Jestem ciekaw na podstawie jakich to, zapewne głębokich analiz, Pani Minister tak twierdzi. Jaka praca badawcza (nie pytam o ew. zanotowaną przez historyków czy biblistów wypowiedzi Kasandry lub Sybili – panie historycznie zawsze miały większe zdolności przewidywania) upoważnia Panią Minister do stwierdzenia, że „potencjał odnawialnych źródeł (w Polsce) energii jest niski …”. I dlaczego OZE muszą być alternatywą dla ‘dużych systemowych elektrowni” i kto powiedział że przyszłość do takich bohemotów należy ? Mógłbym wskazać wiele opracowań na podbudowie naukowej wspartych dodatkowo “zdrowym rozsądkiem” twierdzących coś wręcz przeciwnego, np. „Small is profitable” czy (przepraszam za nieskromność, ale to akurat rzeczywiście znam:), choć z łatwością mogę wskazać wiele innych) „Scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii w perspektywie długookresowej” (z modelu nie chce wyjć inaczej niż ponad 80% udzial zielonej energii elektrycznej w 2050 i obywamy sie bez elektrowni jądrowych) czy oceny potencjalów OZE możliwych do praktycznego wykorzystania już do 2020 r. Można by też zapytać, którą z opcji OZE czy Atom obecnie, wbrew logice “państwo bardziej wspiera” i czy anagazowanie państwa w Atom i jego promocję, choćby poprzez powolanie wlasnie Pani Minister Trojanowiskiej na pelnomocnika (wraz z calym aparatem i budztem) nie swiadczy o czyms wrecz przeciwnym… Dziwnym trafem, pomimo podjętych wysilkow, nie udalo sie zespolowi Pani Minister potwierdzić tezy o niskich kosztach energii jądrowej w Polsce, ale jakiż to problem powiedzieć, że “nie stać nas nas by (jej) nie rozwijać”.

Od razu dodam, że jesli chodzi o kwestie potencjalow to nie sposób też uzasadnić tezy Pani Minister Trojanowskiej jedynie Polityką energetyczną (PEP 2030), co jest tyle wątpliwym co i czesto bedyskusyjnie uzywanym argumentem, gdyż jedynym uzasadnieniem analitycznym co do udziału OZE w zużyciu energii wysokości 15% w 2020 roku był cel UE wyznaczony dla Polski i nikt nie klopotal sie innymi analizami. Z kolei w okresie do 2030 udział OZE (także bez uzasadnienia analitycznego) zostały dalej zheblowane (tłumaczę to chęcią zrobienia miejsca energetyce jądrowej, choć za rękę autora rządowej prognozy nie złapałem) do ok. 16% w bilansie energii finalnej), co jest ewenementem na skalę światową i dlatego cały świat zapewne czeka do tej pory na wyjaśnienie w tej sprawie.

Jeżeli jednak do znanych z historii Pań przepowiadających przyszłość, oprócz ww. Kasandry i Sybili dołączymy Panią Minister Trojanowską i wyjaśnimy śmiałość w formułowaniu hipotez kobiecą intuicją (mam autentyczny respekt to takich tez) to jak wytłumaczyć prognozę Pani Connie Hedegaard – nie mająca póki co dobrej prasy w Polsce – komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, która firmując projekt nowej „Mapy drogowej UE w kierunku niskowęglowej gospodarki do 2050 roku”(nb. z 8 marca …) podpisuję się pod stwierdzeniem, że nie tylko że spadną emisje CO2 w sektorze wytwarzania energii elektrycznej spadną w UE o 54-68% do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku) , to jeszcze zakłada, że w tym okresie udział energii elektrycznej z OZE sięgnie 75-80% (w 2050 roku do 100%). Nawet jeżeli w Polsce Pani Hedegaard traktowana jest jak zla czarownica, to raczej nikt nie podważa istoty jej tez, tylko co najwyżej twierdzi, że nie odpowiadają one naszym bieżcym interesom.

I kto tu zaklina rzeczywistość, a w szczególności przyszłość? Być może obie Panie, ale zdecydowana większosć prac badawczych, analitycznych, a także zdrowy rozsądek jest blizej Pani Hedegaard. Przy dostępnych potencjalach OZE i trednach kosztow atom-OZE oraz obecnym 30-40% tempie wzrostu energetyki odnawialnej (przy systemtycznym ubytku mocy jadrowych), w udział 17,7 % (wynika to z PEP 2030) energii elektrycznej z OZE zużyciu energii w 2030 roku w Polsce (prawie ten sam co w 2020 roku!) mogę uwierzyć tylko wtedy, gdyby w tym samym czasie dla równowagi w innym scenariuszu 80% transportu w naszym kraju miał stanowić transport konny (owies bowiem to w tym przypadku odnawialne paliwo, a Polska z takim udziałem owsa w bilansie energii w transporcie jest tak samo wiarygodna jak z przewidzianym w PEP 2030 udziałem OZE-E).

Pani Minister Trojanowska, odbiegająca w swoich poglądach znacząco od obecnego stanu wiedzy, jeżeli nie chcę wejść w rolę czarodziejki -od przepowiedni energetycznych lub hochsztaplerki – od klamstwa energetycznego, powinna ujawnić cóż to za nieznana szerzej wiedza tajemna za jej nader skromnymi w stosunku do OZE przepowiedniami stoi…

Kupno Energa przez PGE to też kolejny transfer publicznych zasobów na ATOM kosztem OZE i kolejne pole konfliktu

Poprawność polityczna i szkolne formułki sprawdzają się w poglądzie że „Polska potrzebuje wszystkich źródeł energii” . Blog „odnawialny” stara się nie wchodzić w obszary bardziej odległe od energetyki odnawialnej. Nie zawsze mu wszystko wychodzi, nieprzymierzając jak Kalinie Jędrusik, która wobec zarzutu spowiednika dot. sposobu jej życia towarzyskiego, zadając mu retoryczne pytanie: „Proszę księdza, a co ja jestem Jezus Chrystus?”. Odnawialny blog nie jest też świętoszkiem i, zgadzając się generalnie z tezą że potrzebujemy różnych źródeł energii, ostatnio czepia się i wcześniej czepiał się np. tutaj czy tutaj milutkiego, niewinnego oseska, ba, jeszcze nawet nienarodzonego, jakim jest w Polsce energetyka jądrowa. Odnawialny blog ma też na sumieniu (nie jest to bynajmniej powód do specjalnej dumy) krytykę matki (PGE) upragnionego i dobrze zapowiadającego się dziecka (niekwestionowanym ojcem jest tu rząd) i jej koleżanek (Tauron, Enion, Energa), ale na blogu i w dyskusji blogowej przeciwstawiane były sobie PGE i Energa, jeżeli chodzi o podejście do koncepcji rozwoju korporacji i miejsca w niej dla energetyki rozproszonej. Energa od strony deklaracji i np. ostatniej kampanii SmartEco, przynajmniej teoretycznie, do swojego modelu biznesowego energetyki rozproszonej (decentralizacja wytwarzania) i inteligentnej (tu nietety nic poza licznikami z możliwością zdalnego odczytu nie dostrzegłem) próbowała wprowadzić OZE. Patrząc na nieco abstrakcyjną (dla klienta) ofertę miałem wątpliwości czy to tylko PR przed prywatyzacją, ale generalnie można było to przyjąć jako dobrą monetę i za trochę powiedzieć ”sprawdzam”.

Ostatnia stricte polityczna decyzja rządu o „sprzedaży”, pomimo ostrzeżeń UOKiK, grupy Energa w ręce maga grupy PGE, pod hasłem … dalszych ułatwień w realizacji programu budowy energetyki jądrowej, w zasadzie skazuje ide takie jak SmartEco, nawet jeżeli to był tylko PR, na niebyt. Oznacza to też, że z rynku ubędzie trochę środków na inwestycje OZE, a przybędzie zasobów (infrastrukturalnych i organizacyjnych ale też finansowych, w postaci np. zwiększonej zdolności kredytowej) na inwestycje w energetykę jądrową. Mało tego, budowie programu energetyki jądrowej sprzyjać będzie też to, że odbiorcy energii obsługiwani w przyszłości przez nowego giganta nie będą mieli praktycznej możliwości zmiany (z pewnością z powodu budowy elektrowni jądrowych jeszcze bardziej drogiego) sprzedawcy energii i także w ten sposób „opodatkowany dodatkowym monopolem” cały naród będzie budował elektrownie jądrowe i w “atomowych taryfach” splacal zaciagniete kredyty. Jak za “dobrych czasów” socjalizmu i poprzedniej próby budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu w latach 80-tych.

Za całkowicie nielogiczną uważam wypowiedź Ministra Grada mówiącego że w efekcie przejęcia Energii przez PGE, odbiorcy energii mogą liczyć na … niższe ceny prądu, bo jeżeli „polskie” (podkr. aut.) podmioty będą w stanie zrealizować inwestycje w nowe moce wytwórcze, to będzie więcej prądu, a jak będzie więcej prądu, to będą niższe ceny” . Nie traktuję też poważnie zapowiedzi Ministra, który chcąc uspokoić pomorskich polityków zaniepokojonych zniknięciem jednej z największych firm regionu, powiedział, że Energa zachowa swoją siedzibę i odrębność organizacyjną, PGE ma też zainwestować w nią 5 mld zł i wprowadzić jej akcje na giełdę”. Moim zdaniem nie tylko na wchłonięciu grupy Energa przez PGE, ale i na całej koncepcji budowy na Pomorzu (tak zasobnym w odnawialne zasoby energii) elektrowni jądrowej (jądrowych) region tylko będzie tracił. Nie miejsce tu na rozwodzenie się na ten temat, odsyłam tylko do materiałów z jednego seminariów IEO na ten temat. Co do “korzyści z siedziby”, to zbytnią trywialnością byłoby tez powoływanie się na zapowiedzi PGE z czasów konsolidacji i planowania swojej siedziby w Lublinie. Śmiem jednak twierdzić, że Energa sama mogłaby się bowiem wprowadzić na giełdę i nawet z bardziej atrakcyjna ofertą i bardziej atrakcyjnym wizerunkiem. A skoro ma być zachowana rzekomo odrębność organizacyjna, to połączenie tylko zwiększy koszty a nic nie wniesie, ani rozwiązań organizacyjnych ani nowych technologii, etc.

Zainteresowanych ogólną analizą sytuacji po decyzji rządu odsyłam do krótkiego i moim zdaniem b. dobrego artykułu Konrada Niklewicza i Rafała Zasunia „Rząd na prąd”.

Wracając do OZE, to nie mam pewności na ile silna w sektorze energetyki odnawialnej jest świadomości faworyzowania przez rząd energetyki jądrowej kosztem OZE i wypaczania idei Pakietu klimatycznego UE wspartego na dyrektywie 2009/28/WE a nie na programach budowy elektrowni jądrowych, ale moim zdaniem tu już na spokojną argumentację nie ma czasu. Red. Niklewicz i Zasuń, komentując sam fakt sprzedaży jednej państwowej grupy innej, stwierdzili: „w starciu logiki z polityką zazwyczaj, niestety, wygrywa ta ostatnia”. Biorąc pod uwagę jak kontrowersyjnie i niesprawiedliwie rząd prowadzi sprawy OZE i ATOMU, dodam że to stwierdzenie może mieć zastosowanie też do moim zdaniem nieuchronnej konfrontacji energetyki jądrowej i odnawialnej w walce o te same, będące w ręku rządu i przedsiębiorstw energetycznych, zasoby. Warto mieć świadomość, że pomimo pakietu klimatycznego i jasnej strategii UE w sprawie OZE, w Polsce logika i ekonomika mogą przegrać z polityką po raz kolejny.

Program Polskiej Energetyki Jądrowej : naród poznał wstępne koszty ale dalej nie zna pełnych i wie dlaczego ma płacić

Ministerstwo Gospodarki przedstawiło Program Polskiej Energetyki Jądrowej, który w skrócie nazwało „Program PEJ”. Jako żem człowiek czepliwy będę go dalej nazywał Programem „PAY”, nie tylko dlatego że w Programie jest wiele słów anglojęzycznych i kalek językowych i że angielskie „pay” wymawia się jak „pei” i nie tylko dlatego że skoro w programie wszystko ma być importowane (aby ulżyć podatnikowi rząd liczy na wsparcie kredytami eksportowymi „z obcych państw”) to i tak na końcu za program będę musiał „pay”, ew. „paye” (ta sama wymowa, ale za to po francusku, co tu akurat nie jest bez znaczenia…). Takie znaczenie skrótu (może się przyjmie :) łatwo będzie też zapamiętać, bo w Programie rząd po raz pierwszy wystawił krajowemu podatnikowi wstępny (niektóre koszty jak towarzyszące często kredytom eksportowym rządowe gwarancje na inwestycje są tu pominięte, inne ukryte lub ulokowane w innych budżetach np. ministra nauki i szkolnictwa wyższego) rachunek : ponad 700 mln zł do 2020 roku, (w tym prawie 160 mln zł do 2012 roku) i wskazał na co, ale tak, że naród dalej nie wie po co te wydatki. Pierwsza większa transza będzie do zapłaty już w tym roku, bo do 3 września rząd czeka na oferty na „jądrową kampanię informacyjną” a tylko na to zarezerwowane jest łącznie 62 mln zł (do tego jeszcze wrócę).

Początek Programu wcale nie wskazuje, że czytelnik będzie miał niedosyt jeśli chodzi o uzasadnienie, w pewnym sensie i zakresie zrozumiałych, kosztów. Autorzy piszą bowiem górnolotnie, jednoznacznie wskazując na kieszeń podatnika (str. 8): „ Rolą Państwa w rozwoju cywilnej energetyki jądrowej jest przygotowanie wieloaspektowego uzasadnienia jej wdrożenia (…)”, w szczególności „w świetle globalnych wyzwań związanych z ekonomią i ochroną środowiska”. Nie dość że takiego uzasadnienia na kolejnych stronach nie ma, to poza oczywistym wskazaniem na koszty (i płatnika) nie ma w nim postawionego żadnego szerszego celu społecznego i żadnych korzyści jakie owe „Państwo”, jego obywatele, mieszkańcy czy samorządy (tu tylko parę wybranych) mogą z jego realizacji odnieść. Źle to wróży Programowi i przyznam że tu niezwykle inteligentne i zawsze profesjonalne środowisko energetyki jądrowej mnie zawiodło od strony merytorycznej, ale także niechlujną redakcją dokumentu. Czy to tylko slabszy dzień, upaly, czy nadmierna już teraz pewność siebie?

Nie spotkałem się tylko z “zawodem” jeśli chodzi o sposób ujęcia w Programie energetyki odnawialnej. Tu koledzy od Atomu jak zwykle są przewidywalni w swoich tezach. Piszą np. tak (str. 25): „spełnienie wymagań Unii Europejskiej uzyskania przez Polskę (obligatoryjnego) 15% udziału energii odnawialnej w strukturze energii finalnej brutto w 2020 r. spowoduje wysoki wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w tym okresie mimo wysokich kosztów wytwarzania energii elektrycznej”. Jeśli chodzi o elektrownie jądrowe, są znacznie większymi optymistami. Na str. 26 (wykres 4.4), pomimo wczeniejszego przyznania się w mediach, że pierwsza elektrownia nie zacznie działać wcześniej niż po 2022 r., dalej widać, że na obrazkach z bilansami energii elektrycznej znacznie lepiej polska energetyka jądrowa prezentuje się już w 2020 r. oraz przewidują dalszy szybki rozwój technologii i spadek jej kosztów (ani słowa o coraz wyższych kosztach spełnienia przez elektrownie atomowe coraz bardziej wyśrubowanych wymogów bezpieczeństwa). W kwestii kosztów redukcji autorzy Programu posilkują się raczej bezrefelsyjnie wygodną dla energetyki jądrowej krzywą schodkową kosztów redukcji emisji gazów cieplarnianych opracowana z poparciem Ministerstwa Gospodarki i wsparciem finansowym firm energetycznych przez firmę McKinsey. Autorzy, bazując wprost na opracowaniu McKinsey zauważają (str. 27), że „w przedziale wytwarzania energii elektrycznej najbardziej opłacalną drogą redukcji emisji CO2 jest wykorzystanie energetycznych źródeł jądrowych” co podkreślają na czerwono na opracowanym przez McKinsey wykresie 4.5. Problem w tym, że ten wykres McKinsey dla Polski dziwnie i malowiarygodnie wygląda, zarówno jeśli chodzi o stały i niezmiennie niski koszt (wysokosc paska) redukcji emisji CO2 dzieki energetyce jądrowej (nieograniczone zasoby i pełna elastyczność popytu?), jak i jesli chodzi o szerokość paska, który obrazuje zdniem Mckinsey olbrzymi i niczym nie skrępowany, „wolny” potencjał redukcji emisji dzięki wykorzystaniu paliwa jądrowego. Zastanawia, skoro bowiem rzeczywiście paliwo importować mamy po niskim wręcz stałym koszcie aż do 2050 roku (rys. 4.6) i skoro paliwa mamy na świecie pod dostatkiem, to dlaczego McKinsey nie pociągnął paska do końca wykresu i nie wyzerował innych „droższych” technologii w tym głowni OZE? Założeń naród nie zna, bo i po co mu taka wiedza? Doceniam umiar w optymizmie i pragmatyzm (w stylu Młynarskiego „po co babcię denerwować niech się babcia cieszy”) ale jeśli chodzi o niskie koszty i znaczący potencjał redukcji CO2 w Polsce dzięki elektrowniom jądrowym do 2030 roku, nie widzę żadnych podstaw do optymizmu.

Jeśli chodzi o naklady inwestycyjne i koszty energii, ich „ekonomiczne uzasadnienie” to autorzy Programu PAY dalej powołują się na mityczne (por. poprzedni wpis na „odnawialnym”) opracowanie (str. 27) wykonane przez ARE na zlecenie Ministerstwa Gospodarki „Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. To opracowanie (w szczegolnosci jego publicznie nieznane zalozenia szczegolowe i metoda liczenia), podobnie jak raport McKinsey, coraz bardziej mnie intryguje. Autorzy Programu PAY piszą bowiem, że „nie rozpatrywano w nim technologii źródeł szczytowych, których koszty wytwarzania zależą od struktury źródeł podstawowych w systemie (jak np. elektrownie wodne szczytowo-pompowe) lub których koszty w dużym stopniu zależą od warunków lokalnych, jak np. elektrownie wodne przepływowe lub małe elektrownie rozproszone na biogaz lub biomasę, dla których koszty wytwarzania istotnie zależą od lokalnych warunków dostaw paliwa”. Czyli jaka to analiza porównawcza, tym bardziej że jak piszą dalej „pojawia się np. potrzeba dostosowań wymogów instrukcji ruchu i eksploatacji sieci przesyłowej IRiESP do specyfiki pracy elektrowni jądrowej w kwestiach związanych z zakresem częstotliwości oraz pracą w nietypowych warunkach”. Czy tu aby nie chodzi też o koszty? Chodzi tu bowiem m.in. o to aby elektrownia jądrowa miała podtrzymanie zasilania z elektrowni szczytowo-pompowowej (najlepiej oczywiście „za darmo”, z takiej istniejącej jak w Żarnowcu). A warto zauważyć że budowa elektrowni jądrowej wpłynie na wspomniane przez autorów „źródła podstawowe w systemie…”. Czyli założenia są przyjęte w sposób wygodny dla Programu PAY (ukrywając – “optymalizując” – niektóre koszty energetyki jądrowej i podrzucajac je innym). Inne założenie: „wyłączono również z porównań elektrociepłownie, gdyż koszty wytwarzania energii elektrycznej w skojarzeniu z ciepłem zależą od lokalnego zapotrzebowania na ciepło i zewnętrznych warunków regulacji cen ciepła sieciowego, co rachunek czyni niedookreślonym”. A czy rynek energii elektrycznej i regulacje w tym zakresie są określone do 2050 roku? Jeśli chodzi o rynek ciepła z kogeneracji to koledzy od Atomu powinni się nim zainteresować także patrząc w sposób ekonomiczny na swój biznes. Jaki jest bowiem sens upierać się przy blokach rzędu 1,5 GW lokalizowanych daleko od punktów odbiory ciepła sieciowego? Pomysły budowy wielkich bloków jądrowych bez możliwości odbioru ciepłą można było tolerować 60 lat temu gdy Francuzi przygotowywali swój program, czy nawet 30 lat temu kiedy przygotowywane było nasze „socjalistyczne” pierwsze podejście do programu jądrowego, ale przyjęcie w 2010 roku założenia że ciepłem z elektrowni jądrowej (i innych elektrowni cieplnych) się nie zajmujemy jest co najmniej dziwne. Świadczy też o swego rodzaju wygodnictwie przyszłego inwestora (PGE) ale może też świadczyć o chęci dalszej centralizacji i monopolizacji w wielkich jednostkach (pomimo np. problemów z chłodzeniem latem wielkich obiektów jądrowych) także sektora jądrowego w Polsce; szykuje nam się czwarty monopol w energetyce, po węglu, gazie i ropie naftowej (przed II wojna z tych stricte energetycznych byl tylko “zapalczany”).

Ale w niektórych innych (niz energetyka jądrowa) przypadkach autorzy programu są bardziej wnikliwi jeśli chodzi o sprawy kosztów. Piszą np., że „rozpatrzono natomiast koszty wytwarzania energii w elektrowniach wiatrowych, które często są przedstawiane, jako reprezentatywne dla źródeł odnawialnych”. Jak zwykle tu zawsze na swoich kolegów mogę liczyć :) . Na str. 28-29 można wyczytać: „z krzywych konkurencyjności (tam gdzie chodzi o niskie dla elektrowni wiatrowych nakłady inwestycyjne – przy aut.) wyłączono elektrownie wiatrowe, które mają z natury ograniczony czas wykorzystania pełnej mocy w systemie i nie mogą być sterowane przez operatora systemu. (…). Elektrownie wiatrowe włączono natomiast do porównania kosztów wytwarzania energii różnych źródeł w typowych dla nich warunkach pracy w systemie”, a w zał. 5 dot. założeń (str. 112) dodano: „dla elektrowni wiatrowych uwzględniono koszty stałe źródeł rezerwowych w systemie, które muszą funkcjonować niezależnie od mocy rezerwowej, która jest potrzebna do bezpiecznej pracy systemu. Przyjęto, że tymi źródłami rezerwowymi będą elektrownie z turbinami gazowymi, alternatywnie rozpatrzono elektrownie wiatrowe z instalacjami akumulacji energii” (bez tych dodatkowych kosztów energetykę wiatrowa uwzględniono tylko do 2020 roku, czyli do momentu gdy nie będzie elektrowni jądrowej i kiedy konkurencja wiatrowa nie jest groźna). Nie wiem czemu sluży to konfrontacyjne i niuprawnione od strony metodycznej podejscie. Pamiętam przygtowania do projektu programu rozwoju energetyki wiatrowej sprzed juz ponad 8 lat (nie zaakceptowanego przez Minisetrstwo Gospodarki) i tam konfrontacji nie bylo i srodki na wdrozenie byly wielkrotnie nizsze a korzysci szczegolowo policzone…

Prawda jest taka, że w tym przypadku kosztami stałymi rezerwowania w systemie trzeba na równi z energetyką wiatrową obciążyć także nieelastyczna energetykę jądrową i uwzględnić w tym jeszcze nowy model rynku (spłaszczenie i uelastycznienie potrzeb wywołanych zmienne taryfy, promowaną pracę urządzeń gospodarstwa domowego, samochody elektryczne, bilansowanie w układzie całej UE itd.). Z drugiej strony autorzy programu domagają się (str. 68) aby na operatora sieci przesyłowej zostanie nałożony obowiązek „dostosowania” Instrukcji Ruchu do wymagań technicznych przyłączenia elektrowni jądrowych”, czyli szukają specjalnych rozwiązań ekonomicznych wymaganych przez UE w stosunku do promowanych OZE. Nie przeszkadza to jednak autorom w nader nieoczywistej konkluzji z przeprowadzonych w ten sposób „analiz” ekonomicznych: „dla zapewnienia sprawności funkcjonowania polskiego sytemu elektroenergetycznego po roku 2020, przy wypełnieniu nałożonych na Polskę obowiązków (określonego w polityce rozwoju odnawialnych źródeł energii i kogeneracji…), niezbędne jest włączenie do jednostek wytwórczych elektrowni jądrowych”. Tylko pogratulować dobrego samopoczucia!

Pomimo tego, że (zdaniem autorów Programu), energetyka jądrowa w Polsce to i konieczność dziejowa i doskonały biznes, wspominają że aż tak łatwo z jej finansowaniem jednak nie będzie. Wśród metod finansowania wymieniają trzy (str. 59): a) „pożyczki gwarantowanych (gdy partnerem dominującym w strukturze własnościowej inwestora jest państwo), b) korporacyjna (w przypadku inwestora niepaństwowego, jeśli dysponuje on wystarczającą wiarygodnością i potencjałem finansowym) oraz c) project finance, choć wiadomo z konteksty całego programu PAY, że chodzi o a) czyli i tu podatnik będzie musiał się dorzucić. Trzeba będzie się dorzucić „tak na wszelki wypadek” także do B+R jeśli chodzi o (rozdz. 12) Narodowe Centrum Badan Jądrowych (NCBJ). Są bowiem podane jego kompetencje ale nie ma zadań badawczych. Generlanie od strony orgnizacyjnej pomysl na Centrym nie jest zly, ale nie wiadomo po co jest powoływane, ani ile będzie kosztować. Można tylko policzyć ew. etaty ale nie widomo dlaczego za etaty nie związane z bezpieczeństwem jądrowym trzeba płacić i co z tego będziemy mieli?

Etatystyczne, nierynkowe, malo innwowacyjne podejście dominuje w całym Programie. Szkodzi Programowi coraz silniejsze podporządkowanie proponowanych instrumentów jedynemu “rozważanemu inwestorowi” (autorzy wprost mowia, ze chodzi to PGE), z którym wszystkie organy władzy i administracji powinny „współdziałać, współpracować”, informować i konsultować…”. Z tego wszystkiego koszty będą z pewnością rosnąć, jak w każdym przypadku wspierania i dalszego budowania pozycji monopolistycznej podmiotu który już bez wątpienia takim jest i któremu już teraz wystarczająco łatwo mówić konsumentom energii PAY, a z biegiem czasu już konkretne żądania i praktyki monopolistyczne sie zapewne nasilą. Moim zdaniem zbyt szybko cala koncepcje programu oparto na PGE. Rzad powinien w sposob niezalezny przygotowac Program z niezależna ocena ekonomiczna i potem (jezeli to mialoby sens) SIWZ na pierwszy projekt inwesytycjny i dopiero wtedy wybrac firme/firmy (inwestora), inaczej koszty jeszcze bardziej poszybują w górę.

Zastanawia mnie nie tylko niska jakość Programy PAY (to pierwszy taki słaby merytorycznie w pełni ujawniony dokument), ale też swego rodzaju arogancja jaka przy poparciu politycznym, potencjale organizacyjnym i zapleczu finansowym PGE, nazbyt szybko pojawiała się w ostatnich dokumentach wychodzących z Ministerstwa Gospodarki. Arogancję dostrzegam w skądinąd bardzo dobrym merytorycznie, niedawno ogłoszonym przetargu na kampanię informacyjną nt. energetyki jądrowej, zresztą ujętą też w programie PAY z niebagatelna kwotą. W SIWZ Ministerstwo przewiduje (słusznie oczywiście) segmentacje grup docelowych. Ale co po slusznej mtodzie jezeli ja sie wykorzystuje instumentalnie, tak ja zalozenia ekonomczne w Programie PAY. Zamawiajacy (Ministerstwo Gospodarki) wyodrębnia m.in.: …środowiska ekologów (organizacje ekologiczne) i dodaje – grupę docelowa powinny stanowic wszystkie środowiska proekologiczne, z pominięciem skrajnych fanatyków, dla której sprzeciw stanowi racje bytu i o jej funkcjonowaniu; (podkreślenie autora). Od razu wyłapano też grupy nieprzychylne: „monitoring mediów nie wykazuje istnienia wyraźnych „ognisk” nieprzychylnych powstaniu elektrowni jądrowych w Polsce. Na tym tle wyjątkiem pozostają jedynie „Radio Maryja” oraz „Nasz Dziennik”. Oba media konsekwentnie na swoich łamach przedstawiają treści, które nie służą budowie pozytywnego wizerunku zagadnienia. Dalej autorzy piszą: „do grup nazywanych „nieprzychylnymi” nalezą: a) ortodoksyjne środowiska ekologiczne; b) cześć lokalnych społeczności w miejscowościach, gdzie ma być planowana inwestycja; c) grupy społeczne i środowiska podatne na wpływy charyzmatycznych jednostek, ich manipulacje i argumenty populistyczne; d) osoby nie należące do organizacji ale sympatyzujące z „ekologami”. (ekolodzy cały czas w cudzysłowu – przyp. aut). Oraz dodaje: „…szczególnie istotna kategorie stanowią tu ci dziennikarze i komentatorzy, którzy z powodu swoich przekonań są przeciwnikami energetyki jądrowej . Przyznam, że brzmi to niezrecznie, a nawet trochę groźnie (pisze to komentator, ktory ma jakies przekonania :) . Powinna to być wszak państwowa (nie branżowa) kampania informacyjna, a nie „wskazywanie w dokumencie rządowym przeciwników (tez politycznych) posunięte do granic czarnego PR na zasadzie „blame and shame”. Rząd powinien informować, a nie zwalczać kogoś czy uprawiać propagandę, w tym pokazywać w Programie PAY propagandę rzekomej (bynajmniej nie potwierdzonej) „opłacalności” energetyki jądrowej. Jest to jeden z wymaganych punktow planowanej kampanii ale jak informować, skoro wczesniej nikt tego rzetelnie nie policzył?

Takie postawy niczym nie uzasadnionej pewności siebie nie wróżą dobrze energetyce jądrowej.
Najbardziej razi jednak olbrzymia dysproporcja w podejściu rządu do energetyki odnawialnej i jądrowej. W omawianym ostatnio na odnawialnym kilkakrotnie słabym i już mocno spóźnionym projekcie programu „KPD” na rzecz OZE rząd wprost pisze że „szkoleń i kampanii na rzecz nowych mocy (30-40 GW) nie ma i nie będzie”, nie wskazuje też żadnych srodków finansowych na jego wdrożenie, a tu dla jedynie paru GW realnych o mimimum dekadę poźniej, uruchamiana wysokobudżetowa kampania i zaanagzowana zostaje biurokratyczna machina państwa polskiego wsparta wieloletnim planem finansowym.

Intymne sprawy energetyki jądrowej w sezonie ogórkowym

Co może być bardziej intymnym tematem w energetyce jądrowej i o czym dżentelmeni nie rozmawiają ? Oczywiście pieniądze i koszty, chciałoby się powiedzieć – pełne koszty w rachunku ciągnionym . Ale w sytuacji gdy chodzi o pieniądze publiczne i o koszty działalności aparatu rządowego , a te w energetyce jądrowej odgrywają znaczącą rolę, o tym nie tylko wypada, ale chyba trzeba rozmawiać.

Z początkiem wakacji chyba nawet bardziej niż na „odnawialny KPD” (kilka poprzednich zagajeń na odnawialnym) czekałem na wyniki opracowania “Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. Takie bowiem opracowanie na koniec czerwca 2010 roku zapowiada rządowy harmonogram działań na rzecz energetyki jądrowej z lipca 2009 i byłem przekonany że właśnie to drugie opracowanie wezmę ze sobą na nadbałtycką plażę, razem z książką Jacka Dukaja “Lód” (jak bardzo gorąco i “klimatycznie” ), Jerzego Sosnowskiego „Instalacja Idziego” (jak leniwie, coby z oddali popatrzeć na zostawioną zepsutą “warszafkę”) lub Muraki Hurakami “O czym mówię jak mówię o bieganiu” (jak pogoda taka, że tylko biegać wzluż plaży i powiedzieć sobie: “sprawdzam cię stary”). Co do KPD, to od pewnego już czasu wiedziałem, że raczej nie będzie to wielkie dzieło. Tak naprawdę, to wiedziałem o tym w momencie przeczytania innego “ciężkiego” opracowania jakim jest PEP’2030, z którego wynikało że pisarz – Ministerstwo Gospodarki na opracowania i „grę wstępną” zarezerwowało 350 mln zł do 2012 roku, a na OZE max 0,2 mln zł, co zrazu, jak przystało na właściwą mi i wymaganą przez czytelników (?) „czujność rewolucyjną” oprotestowane zostało na odnawialnym.

Okazało się jednak, że Ministerstwo Gospodarki nie opublikowalo żadnego z zapowiadanych tegorocznych hitów wydawniczych na wakacje. I dalej nie wiemy czy OZE czy ATOM są bardziej opłacalne na 2020, 2030 i 2050 i dalej. Różnica jest taka, że KPD poszło do recenzji (konsultacji społecznych) i póki co nie wrócilo…, a „analiza porównawcza kosztów …” nie. Jedynie fragmenty tej wykonanej jednak analizy zostały „wykradzione przez SEP” i pojawiły się w sieci w postaci podsumowania, z której wynika że koszty wytwarzania energii elektrycznej w EJ „przewidzianej do uruchomienia około 2020 r.” wynoszą ok. 57 Euro/MWh!!! (Komisja Europejska, uwzgledniając takze zamortyzowane jądrówki szacuje te koszty rednio w calej UE na 55-90 Euro/MWh). Szkoda, że cały naród nie może powszechnie cieszyć się z tych niezwykle optymistycznych informacji i wyników na zasadzie “Polak potrafi”. Czyli nici z zajmującej lektury plażowej :) .

Jedyna szansa na ciekawą lekturę w tym, że jako nieświadomy kosztów i z natury sceptyczny obywatel zaraz po wakacjach stanę się tzw. grupą docelową” zapisanej też w cytowanym powyżej „rządowym harmonogramie” kampanii informacyjnej na temat energetyki jądrowej, a w zasadzie korzyści a nawet konieczności dziejowej jej rozwoju w Polsce. Celem tego działania jest bowiem “przedstawienie społeczeństwu wiarygodnej i rzetelnej informacji na temat energetyki jądrowej oraz poprzez działania edukacyjne podniesienie w społeczeństwie wiedzy w tym zakresie”. Jak twierdzi dyrektor departamentu energii jądrowej w Ministerstwie Gospodarki Mirosław Lewiński „za 22 mln zł zadba o to jedna z grup PR-owskich, które wygra przetarg za 22 mln zł do końca 2012 roku (w br. „tylko” 6 mln zł). Widać, że rządowe wydatki na energetykę jądrową są sztywną pozycją z budżecie państwa, niezależnie od kryzysów gospodarczych i deficytów budżetowych i nie wymagają uzasadnienia ekonomicznego. Dodam tylko że w założeniach do projektu KPD ministerstwo napisało, że do 2012 roku, z ww. powodów żadnych nowych instrumentów wsparcie dla OZE nie będzie. Autorzy KPD wyraźnie też napisali że OZE nie może liczyć na rządową kampanię informacyjną, wsparcie organizacyjne szkoleń dla instalatorów OZE czy jakikolwiek program badawczy.

Kończąc z sarkazmem, wszak letnia kanikuła wymaga więcej optymizmu i pozytywnego myślenia, chciałbym krótko odnieść się krótko wlasnie do budżetów na badania naukowe (B+R) w energetyce jądrowej. Tego typu środków, co do zasady, należy zawsze bronić. Wypada tylko patrzeć na sensowność ich wydatkowania. W ww. rządowym harmonogramie jest przewidziane ciekawie pomyślanie (prowadzone ponoć od 2009 roku) działanie na rzecz rozwoju zaplecza naukowo-badawczego, które przewiduj utworzenie Narodowego Laboratorium Badań Jądrowych, „stanowiącego strukturę organizacyjną dla instytutów wyspecjalizowanych w dziedzinach badań i zastosowań jądrowych”, które byłoby finansowane przez dotacje na wspólną infrastrukturę. Niestety, nie wiadomo tu nic nt. kosztów, na które jednak musimy być przygotowani i które (tu słusznie?) nie powinny obciążać (przynajmniej w całości biznes planu na pierwszą polską elektrownię jądrową. Pytanie tylko, czy są to wydatki sztywne i na jakie cele badawcze zostaną przeznaczone. Odwołam się tu do budżetów UE na badania w zakresie energii.
Obecnie środki na B+R w UE są w kwocie 53,2 mld Euro na lata 2007-2013 zgromadzone na koncie tzw. 7 Programu Ramowego. W tym 2,35 mld Euro przeznaczone jest na energetykę (w tym OZE) oraz w oddzielnej linii i na razie tylko do 2011 roku – 2,75 mld Euro w ramach Eurotom, w tym na badania w zakresie fuzji jądrowej (o czym dalej) 1,95 mld euro, tzw. program ITER. Widać, że na poziomie UE budżety B+R na Atom trzymają się dobrze, ale są jednak porównywalne z OZE. Pełniejszy przegląd struktury tych kosztów w ostatnich latach jest tutaj. Jak widać, są to środki niebagatelne, ale okazuje się, że nie wszystkie.

Ostatni The Economist w ciekawym artykule o chwytliwym tytule „Expensive ITERation” odsłania kulisy finansowania prac nad fuzją (syntezą) termojądrową. Dla mniej zorientowanych i dla porządku dodam, że w Polsce planowana jest oczywiście „tradycyjna elektrownia jądrowa bazująca na procesie rozszczepienia a nie syntezy jąder atomowych. Ale poruszony temat jest bardzo ciekawy, nawet jak cześć zawartych w nim informacji jest powszechnie znana. Naukowcy od lat 50-tych ubiegłego wieku w sposób ciągły obiecują że za 20-30 lat uda się opanować i wdrożyć technologię fuzji termojądrowej do produkcji energii elektrycznej i trochę na zasadzie „never solve a good problem” nabijają swoje budżety na badania w tym zakresie. W tej chwili mówią, że jeżeli badania te w sposób ciągły i intensywny będą finansowane to może ok. 2050 roku cel zostanie osiągnięty. Obecnie badania te są prowadzone w ramach programu ITER. UE ponosi ok. 45% tych kosztów i jest tzw. „większościowym sponsorem”; inni donatorzy to: USA, Chiny, Indie Japonia, Rosja, Korea Płd. Ale cierpliwość podatnika europejskiego i instytucji UE (Parlamentu i Komisji -KE) powoli ulega wyczerpaniu. Szacunki kosztów ITER z 2006 r. opiewające na kwotę 10 mld Euro (w tym 5 mld na etapie budowy), zostały już na etapie bodowy 3-krotnie przekroczone. KE zwróciła się do krajów członkowskich o wysupłanie 1,4 mld Euro z własnych kieszeni na ten cel do 2013 roku, a te entuzjazmu nie wykazaly. Pod wpływem już poniesionych kosztów, KE proponuje aby środki na kontynuacje programu zabrać ze wspólnej polityki rolnej (CAP). Jestem ciekaw co na to rząd RP? Koalicją to pewnie nie zatrzęsie, ale :)

Są to pewnie niezbyt reprezentatywne przykłady, ale skłaniają do postawienia tezy, że w procesach planowania w energetyce jądrowej wszystko jest drogie, a w realizacji znacznie bardziej. Dlatego o kosztach i pieniądzach w tej branży należy rozmawiać w sposób ciągły i, inaczej niż w świecie „normalnego” biznesu, od tego zaczynać każdą rozmowę, a nie na tym kończyć. Na każdym etapie trzeba pokazywać wszystkie koszty. Inaczej naszym dzieciom zostawimy niezapłacone rachunki, a fakt że będziemy wyedukowani jak dobry jest ATOM za państwowe pieniądze nic tu nie zmienia, bo jak zwykle tak naprawdę nauczymy się dopiero na własnych błędach czy przemilczeniach. Pewnie też od tego trzebaby zacząć “wiarygodną i rzetelną” kampanię informacyjną.