Morski Wiatr Kontra Atom – koniec dyskusji w mediach nad raportem czy początek szerszej dyskusji politycznej nad programem jądrowym?

Ktoś w końcu powie że odnawialny blog wykazuje zbyt silne (chorobliwe?) inklinacje w kierunku atomu i z całej palety „odnawialnych” alternatyw od dwu miesięcy pisze tylko o morskiej energetyce wiatrowej, a zaniedbuje bardziej dojrzałe i mniej scentralizowane technologie OZE. Zaryzykuję dzisiaj jeszcze raz wątek jądrowy i potem obiecuję poprawę. Przyznam, że rynek na którym mają funkcjonować morskie farmy wiatrowe (MFW) i elektrownie jądrowe (EJ) nie jest naprawdę aż tak spolaryzowany i liczy się caly, zielony, wspierający wzajemnie mix energetyczny, z wieloma rodzajami i technologiami OZE. Ale czasami trzeba problem nieco sztucznie wyizolować aby jakiekolwiek analizy i dyskusje/rozmowy były w ogóle możliwe i aby służyły one ogólnemu podniesieniu wiedzy w rzeczowej, merytorycznej debacie. Niech zatem nieopierzone MFW jeszcze troche powalczą o miejsce OZE na przyszlym rynku z mającym za sobą silne poparcie polityczne i medialne pretendentem do nie lada udziałów w rynku energii i rosnacym apetycie na srodki finansowe na inwestycje.

Niemalże dokładnie 2 miesiącach, kiedy to na konferencji prasowej w Gdańsku został zaprezentowany raport znany jako „Morski Wiatr Kontra Atom” (MWKA), w dn. 15 września odbyła się na jego temat debata zorganizowana przez Gdański Park Naukowo- Technologiczny w ramach inicjatywy (programu) Forum Energia i Samorządność. Pierwsze spotkanie w tej sprawie 2 miesiące temu (też w Gdańsku) glównie z dziennikarzami (konferecnja prasowa) oraz zainteresowanymi środowiskami wywołało żywy i szeroki odzew w mediach zagranicznych, krajowych i regionalnych, której towarzyszył brak reakcji ze strony środowisk energetyki jądrowej. Byly setki doniesien i milczenie ze strony srodowisk związanych z EJ. Teraz, choć niezwykle konfrontacyjnie pomyślana debata była b. ciekawa, obecne na niej media zachowały dużą powściągliwość w nadaniu jej priorytetu, za to głośno (częściowo „prewencyjnie”?) wypowiedziały się środowiska energetyki jądrowej.

Dokładnie w dniu debaty w mediach pojawił się krytyczny wobec raportu wywiad z prof. Strupczewskim nt. rzekomych błędów w raporcie przy porównywaniu obu technologii. Bardzo chętnie korzystam z krytycznych uwag w szczególności takich osób jak prof. Strupczewski i skrupulatnie je zbieram aby raport MWKA zaktualizować, ale niestety w tym momencie prawie wszystkie argumenty mojego szanowanego adwersarza są chybione. W szczególności raport MWKA właśnie w calach porównawczych nie zakłada ŻADNEGO wsparcia ze środków publicznych dla MFW (tak jak i EJ) i „wyłudzania kosztów od społeczeństwa” (jak nie bez niepotrzebnych tu negatywnych emocji stwierdza prof. Strupczewski), nie dotyczy lądowej energetyki wiatrowej tylko morskiej (ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku współczynników wykorzystania mocy), ale przede wszystkim nie dotyczy koszów z przeszłości (kiedy krzywe kosztów energii z nowych EJ (tych prawie nie było) i MFW (te się „uczyły”) jeszcze się nie przecięły, tylko sytuacji na rok 2020 i dalsze. Nieprawdzie są też nieudokumentowane stwierdzenia prof. Strupczewskiego, że Polska ma stosukowo słabe warunki wiatrowe (to nieprawda, zwłaszcza w odniesieniu do Bałtyku), że jednak koszty energetyki jądrowej spadają (nie ma na to, żadnych dowodów, a na tezę przeciwną wiele). Zastanawia też całkowite przemilczanie i uparte bagatelizowanie istnienia jakiegokolwiek „efektu Fukushimy” jeśli chodzi o koszty finansowe (koszty kapitału, koszty ubezpieczenia) po stronie EJ, tym bardziej że jak pokazuje raport MWKA inwestycje EJ są niezwykle na nie wrażliwe. Nie miałem przyjemności polemizować tym razem z prof. Strupczewskim w Gdańsku , ale jego argumenty warto przytoczyć bo są znamienne, tak jak i czas ukazania się wywiadu.

W czasie debaty w Gdańsku, w szczegolnosci środowiska inżynierskie, akademickie i managerskie skupione wokół planów wielkiej inwestycji typu socjalistycznego i używały podobnych argumentów. Doszły jeszcze dodatkowe, konserwatywne, związane ze stereotypem że aby była MFW musi być EJ do „pracy ciągłej w podstawie” systemu energetycznego (ma to skutki też dla ocen ekonomicznych, bo wygodnie było do tej pory zakładać, że EJ pracuje 8000 h/rok i cały czas zarabia, niezależnie od potrzeb energetycznych i innych źródeł wytwarzania energii w systemie). Uczestnicy debaty są bardzo silnie przywiązani do tych dobrze ugruntowanych w XX wieku poglądów i bardzo sceptycznie przyjmują informacje o już w praktyce dokonanej zmianie paradygmatu i przykładach z Niemiec, Danii czy Hiszpanii gdzie operator sieci tak zarządza generacją, ze w podstawie są „niestabilne OZE”, a jak moc jest za duża, wyłączane są elektrownie węglowe i jądrowe.
W sumie pomimo momentami konfrontacyjnego i zbyt szerokiego charakteru spotkanie w Gdańsku uważam za potrzebne. Raport MWKA sam w sobie nie zmieni polityki energetyczej z dnia na dzień i nie wszyscy sie z nim zgodzą, ale upewniłem się, że stawia własciwy problem używając poprawnej metody. Nie chcę jednostronnie szerzej oceniać (tudno ze srodka) i streszczać tej ponad dwugodzinnej debaty, być może jej organizatorzy to zrobią. Uwagi panelistow i uczestnikow debaty sporo wniosły do mojego myslenia o zalozeniach i wynikach pracy, ale mam takie wrażenie, że raport MWKA się obronił, tak jak i jego zasadnicze tezy i wnioski. Drobne korekty jakie bym teraz, po kilku miesiącach, wprowadził poprawiłyby ekonomikę MFW kosztem EJ. Byłem wobec MFW zbyt asekurancki przy wyborze metody analiz (sprzyjającej EJ) i doborze danych wejsciowych (zbyt zachowawczych w stosunku do MFW), a z drugej strony czas i argumenty z zewnatrz dzialają na niekorzysć atomu. Mam też takie pozytywne -moim zdaniem -odczucie, że w zwartych do tej pory szeregach zwolenników energetyki jądrowej zaczynają pojawiać się wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o stronę ekonomiczną,finansową i kosztową pierwszej inwestycji. Nie chodzi tu o radosć z powodu ew. „pękniecie” monolitu interesariuszy EJ i o rozbijanie „jedności robotniczo-chłopskiej” (wytworzonego układu, nie lubię tego słowa, polityczno- biznesowego) ale o to, że okazało się, że w sprawie wyniów pojedynku EJ i MFW (jako wystawionego do zawodów jednak stosunkowo drogiego zawodnika z dużej drużyny OZE) można już rozmawiać. A jeżeli można rozmawiać o alternatywie dwu inwestycji (EJ i MFW) tzn. że można też rozmawiać o alternatywie szerokiego programu rozwoju OZE (obejmujacego rozne technologie) w stosunku do trafiającego już na problemy Programu Polskiej Energetyki Jądrowej PPEJ. Wspomnę tu tylko na opóźnienia związane np. z zakończeniem procedury konsultacji międzynarodowych prognozy oddziaływania na środowisko (opory ze strony Niemiec, Austrii, Szwecji) i niemożność przyjęcia PPEJ przez rząd tej kadencji. Słuchając szerszych wypowiedzi przedstawicieli rządu, zwłaszcza MRiRW i w pewnym zakresie MŚ, też można doszukać się pierwszych „ale”. Tu jestem optymistą jeśli chodzi o możliwość moim zdaniem koniecznej weryfikacji PPEJ, bo nie jest to dobrze przygotowany program, a dynamiczne otoczenie ekonomiczne czyni go z dnia na dzień coraz bardziej anachronicznym. Ryzyko braku, tylko z powodów ekonomiczno-finansowych (pozyskanie srodkow na inwestycje i ryzyko, że energia z EJ bedzie za droga na rynku aby ja sprzedać), realizacji PPEJ i w terminie pierwszej EJ jest tak duże, że trzeba w tym samym tempie rozwijać MFW i postawić wyższy cel niż w obencym KPD na wszystkie OZE. Tę alteratywę trzeba pilnie rozwijać i chodz tu o prawdziwy zwrot w polityce energeycznej.

Ale w tym wszystkim jest też groźba “zabetonowania” sytuacji i zwarcia szeregów zwolenników EJ (nie tak dawno furorę robiło „ściąganie cugli” i skutki tego także dla energetyki nie były dobre), i pójścia zarówno „w zaparte” jak i „na całość”. Nawet jak z pewną przesadą to nie bez powodu porównuję budowę EJ w Żarnowcu (w ramach nie najlepszej jakości centralnego planowania) do budów realnego socjalizmu gdzie koszty nie grały roli, gdyż dojść do głosu może też znana „zasada” z tego okresu teza że „„w miarę rozwoju socjalizmu, walka klas zaostrza się” i inna równe szaleńcza i chyba dalej atualna – „kto ma media ten ma władzę”. Takie właśnie myśli miałem rozmawiając po gdańskiej debacie z paroma nieco zagubionymi „linią wydawców” dziennikarzami, takie mam patrząc na niezwykle skromny tym razem odzew w mediach po debacie, np. Radio Gdańsk , czytając polemikę prof. Strupczewskiego ukazującą się chyba w nieprzypadkowym momencie (?) i czytając (przy braku przyjęcia PPEJ przez rząd i braku wyboru doradcy inwestycyjnego oraz zatwierdzenia lokalizacji EJ) o rozpoczęciu przez PGE negocjacji rozmów z dostawcami technologii. To wszystko, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych i moim zdaniem istniejącego jednak „embarga politycznego” na wątpliwości w sprawie wcześniejszej decyzji nie wróży dobrze racjonalnej w sensie ekonomicznym i bezpiecznej realizacji PPEJ (ew. próba skrócenia procedur i desperackiego obniżenia kosztów nie będą sprzyjać poprawie bezpieczeństwa). Czy opiniotwórcze media, owładnięte poprawnością politycznej większosci oraz liczące na sponsoring wokół inwestycji i wspieranej przez rząd kampanii na rzecz energetyki jądrowej, nie są nadmiernie powściągliwe w sprawie PPEJ?

Grzegorz Wiśniewski

Polskie piekło czyli jak dotacje do kolektorów słonecznych budzą śpiące demony

Mógłbym zacząć wprost, że „każde stowarzyszenie społeczne, a zwłaszcza niedoinwestowane stowarzyszenie OZE, reprezentuje głównie interesy swojego założyciela i głównego sponsora, a nie interesy ogółu…”, ale zaczną inaczej.
Kolektory słoneczne do podgrzewania wody użytkowej jako najprostsza i będąca w zasięgu w zasadzie każdego gospodarstwa domowego technologia OZE, odpowiadają indywidualizmowi i wrodzonej przedsiębiorczości Polaków i mają bardzo dobrą prasę. Także poprzez szeroko promowany ostatni program dotacji NFOŚiGW adresowany bezpośrednio dla osób fizycznych (wczesnej program polotowy tzw. projektów grupowych) i programy UE, społeczeństwo dowiaduje się coraz więcej o możliwościach samej energetyki słonecznej i tworzy się masowy rynek wart parę miliardów złotych w najbliższych kilku latach. Masowy rynek to też szansa na obniżkę kosztów i innowacje.
Istnieje jednak sporo zagrożeń. Dotacje psują rynki i w branżach gdzie nie ma silnej konkurencji wpływają na podniesienie cen. Wydaje się jednak, że w sektorze termicznej energetyki słonecznej w Polsce panuje silna konkurencja i to zagrożenie można ominąć. Dobrze byłoby jednak gdyby dzięki dotacjom na rynku pojawiły się nowi gracze, nowe technologie. Inne zagrożenie to brak, mimo dotacji, poprawy jakości urządzeń, a zwłaszcza jakości i ich montażu. Rynek termicznej energetyki słonecznej w Polsce rozwijał się do tej pory w sposób organiczny, był otwarty na rynek światowy (nie tylko w sensie importu, ale także eksportu!) i należy wierzyć że dostawcy technologii i usług nie doprowadzą, przy przejściowo szerszym niż dotychczas dostępie do dotacji i bezpardonowej czasami walce o klientów, do obniżenia jakości, jak to miało np. miejsce w Hiszpanii przy wprowadzeniu powszechnego (na dużą skalę) tzw. „obowiązku solarnego”. Można i tu także być optymistą, ale wypada zdawać sobie sprawę z faktu, że odbiorcy końcowi w Polsce mają ciągle zbyt małą wiedzę nt. technologii, jej użytkowania i rynku, a w zasadzie zbyt mało informacji na ten temat i to stwarza największą okazję dla amatorów szybkiego dorobienia się na „słonecznych dotacjach” i do ew. psucia rynku oraz podważania głębokiej sensowności zaoferowanych programów wsparcia budowy kolektorów słonecznych.
Paradoksalnie największe zagrożenie dla sektora termicznej energetyki słonecznej stwarza dla siebie sama branża w bezpardonowej walce o bieżące udziały na rynku, bez patrzenia na bardziej długookresowe cele. Walka na rynku wzmaga się wraz ze skalą oferowanych dotacji i odbywa się pod różnymi hasłami. Najczęściej, przy określonej polityce cenowej (niestety rynek kolektorów słonecznych do w Polsce dalej głównie rynek ceny), chodzi o „jakość”, znacznie rzadziej o „efektywność”, a najrzadziej o pełną wartość dodaną dla klienta – odbiorcy końcowego (w całym cyklu użytkowania produktu) oraz dla podatnika (koszty i efekty ekologiczne) i gospodarki (konkurencyjność i innowacyjność).
Skoro firmy posługują się argumentem „jakości”, to warto zauważyć, że nie ma w tej chwili obiektywnych kryteriów oceny jakości słonecznych systemów ogrzewania cwu. Dotychczas przyjęte normy światowe, a w szczególności nas obowiązujące normy UE (np. PN-EN 12975-1:2007 Słoneczne systemy grzewcze i ich elementy. Kolektory słoneczne: cz. 1: Wymagania ogólne (oraz cz. 2: Metody badań) dotyczą najbardziej banalnego elementu instalacji słonecznej – samego kolektora słonecznego. Efektywność inwestycji (uzysk) znacznie bardziej zależy od prawidłowego doboru elementów i sposobu użytkowania instalacji. Kolektory słoneczny są produkowane seryjnie, a jeden egzemplarz podlega badaniom na stanowisku badawczym (zgodnie z normą, niestety niektóre z rodzajów kolektorów słonecznych, np. koncertujących energię promieniowania słonecznego, śledzących, itp. nie mają „swojej” normy) i to staje się podstawą do wydawania certyfikatu, który wobec klienta/inwestora użytkownika jest świadectwem „jakości”. Można powiedzieć „dobre i to”, ale problem polega na tym, że to tylko jeden z elementów instalacji, badany w określonych/umownych warunkach, a wyniki badań dostarczają odbiorcy jeszcze mało praktyczną informacją. Jej odpowiednikiem w języku kierowców jest np. informacja o zużyciu paliwa przez dany silnik, w „uogólnionym” samochodzie, bez informacji jaki to samochód i jakie są jego inne cechy, np. liczba pasażerów, amortyzacja, pojemność bagażnika itp.. Jeszcze większy problem jest z interpretacją przez klientów wyników badań przedstawionych w postaci tzw. znormalizowanej i zlinearyzowanej charakterystyki cieplnej kolektora słonecznego. Wynika z faktu, że jedyny „łatwy” do odczytania parametr takiej charakterystyki to punkt jej przecięcia z osią pionową, zwany (maksymalną) sprawnością optyczną kolektora słonecznego. Interpretacja w języku kierowców brzmiałaby tak: jakie zużycie paliwa miałbym „uogólniony” samochód z danym/przebadanym w laboratorium silnikiem, gdyby jechał bez obciążenia, ze stałą prędkością, po poziomej autostradzie, na idealnym paliwie, bez wiatru itd., a wiadomo że w praktyce 90% jeździmy w ruchu miejskim, wożąc dzieci do przedszkola. Klient i użytkownik kolektora słonecznego sprawnością optyczną nie powinien się w ogóle zajmować ani przejmować. Dodatkowym problemem jest też to, czy zdaniem uczestników rynku wystarczające są badania zgodnie z ww. normami potwierdzonymi przez krajową jednostkę certyfikująca, czy też rzeczywiście niezbędny jest np. znak handlowy Solar Keymark dotyczący przede wszystkim charakterystyki cieplnej samego kolektora słonecznego.

Niestety, walka o kontrakt pod sztandarem niezwykle wąsko rozumianej „jakości” utożsamianej ze współczynnikiem sprawności optycznej i innymi trzeciorzędnymi cechami instalacji słonecznej o praktycznie zerowym znaczeniu dla odbiorcy, mało nie wywróciła pierwszy prawdziwie duży „projekt grupowy” w Szczawnicy, finansowany jako pilotaż przez NFOSiGW. Osoby zainteresowane „walką” odsyłam do rzeczowego (na ile to wydaje się być możliwe) opisu spraw „około przetargowych”. Zwracam tylko uwagę, że dyskusja nie dotyczyła istoty sprawy – największych korzyści; ekonomicznych dla użytkownika i ekologicznych dla podatnika w całym cyklu użytkowania instalacji, ale zabaw słownych (np. „trybu akredytacji” konkurencyjnych wyrobów) i podważania jakości badań którymi posługiwali się różni oferenci. Całego programu mało nie wywróciła, skądinąd bardzo zasłużona w Polsce firma Hewalex, która nie mogła pogodzić się z przegraną w przetargu, a być może także z utratą palmy pierwszeństwa na krajowym rynku. W takich okolicznościach trudno wymagać od instytucji finansującej NFOSiGW ochoczej kontynuacji „programów grupowych”. Na podobne problemy natrafił EkoFundusz w przypadku finansowania dużego, złożonego projektu dla spółdzielni mieszkaniowej w Łodzi i rozstrzygnięcia przetargu na niekorzyść firmy Hewalex. Z obawą należy przyglądać się przetargom na wiele innych grupowych projekty które będą organizowane tym razem w ramach RPO w okresie 2010/2011. Są to bowiem od strony organizacyjnej bardzo skomplikowane projekty, wybór technologii i dostawcy ma skutki wielokrotnie większe niż w przypadku pojedynczej inwestycji, a gra o wysoką wygraną zawsze sprzyja emocjom i budzeniu demonów.
Nie chcę sam demonizować ww. przypadków (rynek i jego uczestnicy to wszak nie „Baranki Boże”), ani też niezadowolonej (raz jednej, raz innej firmy). Chciałbym jednak zwrócić uwagę na nieoczekiwane następstwa „walki”, przeniesionej w niejasny sposób poza bezpośredni rynek na pole instytucji badawczych, certyfikujących, finansujących i administracji publicznej, które moim zdaniem jest zdecydowanie szkodliwe dla całego sektora termicznej energetyki słonecznej. W wyniku przegranej w przetargach „grupowych”, a jeszcze przed uruchomieniem przez NFOSiGW obecnego programu dotacji dla osób fizycznych, firma Hewalex rozpoczęła dwie kampanie. Jedną na rzecz ustanowienia jako powszechnie obowiązującej zasady bezwzględnego wymogu stawianego przez fundusze posiadania przez oferenta instalacji słonecznej znaku handlowego Solar Keymak. Natrafiając na pewien opór w tej sprawie, rozpoczęła kampanię dyskredytacji w mediach i w donosach do instytucji finansujących i do polskiego centrum akredytacji (PCA) na jedyne w Polsce akredytowane laboratorium badań kolektorów i jedynej w Polsce jednostki certyfikującej, które działają jako jednostki organizacyjne w instytutach resortowych IPiEO i IBMER i które prowadziły badania i wydawały zgodnie z prawem i wymogami norm, ale bez dodatkowego certyfikaty Solar Keymark. W tej drugiej sprawie zarzuty Hewalexu dotyczyły, zdaniem tej firmy, zawyżonych wyników badań sprawności kolektorów słonecznych w IPiEO (dowodow na to swiat nie zobaczył) i np. „rolniczego” rodowodu IBMER (argument bez znaczenia), więcej – więcej. Zarówno IBMER jak i IPiEO przechodzą obecnie bardzo trudny czas restrukturyzacji i głębokich zmian organizacyjnych. W efekcie kontroli i audytów PCA oraz koniecznosci odpowiedzi na zarzuty, od marca do chwili obecnej IPiEO nie wykonuje badań kolektorów słonecznych (ponoszac niebagatelne koszty utrzymania laboratorium), a niewiele brakowało, aby IBMER (obecnie ITP) przestał odnawiać wydane wcześniej i wydawać nowe – tak potrzebne obecnie dla krajowych firm wchodzących na rynek – certyfikaty. Pod hasłem walki o „jakość”, na okres „górki dotacyjnej” 2010/2011 znaczna część firm została wyeliminowana, bo certyfikaty są “zwyczajowo” wymagane, a ich zdobycie zagranicą oznacza duży koszt dla krajowej firmy i znaczny czas oczekiwania na dokumenty potwierdzające spełnienie wymogów na same kolektory słoneczne.

Ale czy tu naprawdę chodzi o „jakość” z punktu widzenia wartości dla klienta i użytkownika końcowego? Wątpię. Pan Leszek Skiba, prezes firmy Hewalex komentując propozycje programu dotacji NFOSiGW dla właścicieli domów, narzekając że Fundusz nie precyzuje gdzie w instalacjach dotowanych zaleca stosowanie ciepłomierzy, wyśmiewa samą (sprowadza do absurdu i kwituje także w innych, podobnych do wyzej cytowanego artykułu wypowiedzi „jako kompletny bezsens” ) ideę instalowania ciepłomierzy. Podważa też brak precyzji w ramowym opisie programu pomiarów w określenia miejsc gdzie urządzenia pomiarowe mają być zainstalowane tak jakby nie wiedział o dziesiątkach (jeśli nie setkach) konfiguracji budowy domowych instalacji słonecznego podgrzewania wody użytkowej i że tu bardziej chodzi o ideę której praktyczna realizacji zależy od konkretnej lokalizacji, świadomości i wiedzy nabywcy system/użytkownika nt. tego czego może wymagać od dostawcy technologii/instalatora. A chodzi o pomiar który pozwala zweryfikować jakie rzeczywiste efekty energetyczne (pośrednio ekologiczne) i ekonomiczne w dłuższym okresie uzyskuje użytkownik, coś znacznie ważniejszego niż zadeklarowana (i niesprawdzalna w trakcie eksploatacji) sprawność optyczna czy nawet cała charakterystyka cieplna kolektora. Czasami aby się zorientować jak (i czy?) pracuje instalacja słoneczna łatwiej byłoby np. wykonać pomiar dodatkowego zużycia energii z paliw kopalnych na przygotowanie cwu i mierzyć całkowitą energię zużytą, a niekoniecznie dokonywać bezpośredniego pomiaru wkładu energii promieniowania słonecznego w zużycie energii do przygotowania cwu. Ale pomiar/monitoring to jedyna rozsądna metoda dbania o interes odbiorcy końcowego. Zupełnie niezrozumiałe z punktu widzenia interesu odbiorcy końcowego jest podważanie przez Hewalex idei monitorowania wskazań ciepłomierzy (zgodnie z propozycją NFOŚiGW – wyrywkowego) kosztem fetyszyzowania jako jedynego miernika faktu posiadania certyfikatu Solar Keymark ,przyznawanego przez skądinąd także zasłużone w UE stowarzyszenie ESTIF, którego w członkiem (aby zostać członkiem trzeba wnieść stosowną do wielkości firmy składkę członkowską) w tym roku stał się, jako jedyna polska firma, właśnie Hewalex. Chyba dobrze się stało, że jak dotychczas NFOSiGW nie uległ presji i zostawił w swoim najnowszym programie pewną dowolność w tym zakresie.

W całym tym sporze wynikającym z bezpardonowej walki o rynek lub bronienia zdobytej na nim pozycji, nie tylko ginie z oczu interes odbiorcy końcowego, ale też żywotny interes całego sektora energetyki słonecznej w Polsce. Polska jako jedyna w Europie Środkowej miała, zbudowane pod koniec lat 80-tych, w ramach rządowego programu badań podstawowych, laboratorium badań kolektorów słonecznych wyposażone w symulator promieniowania słonecznego. Dysponentem tego laboratorium była Politechnika Warszawska i potem Instytut Podstawowych Problemów Techniki PAN i skądinąd też zasłużone dla początków termicznej energetyki słonecznej osoby związane z Polskim Towarzystwem Energetyki Słonecznej PTES, którego członkiem jest firma Hewalex, a Prezes Skiba członkiem zarządu (jako jedyny, wywodzący się z przemysłu i jedyna z firm „słonecznych” będąca członkiem.
Laboratorium, symulator i włożone w niego środki publiczne zostały zmarnowane. Nie było modernizowane i nikomu nie zależało aby szerzej służyło firmom w rozwoju technologii i badaniom, nie mówiąc już o badaniach w trybie akredytacyjnym” na rzecz uzyskania wymaganych certyfikatów. W 2001 roku IBMER podjął wysiłek budowy najpierw zewnętrznego laboratorium (do badań kolektorów słonecznych w warunkach naturalnego promieniowania słonecznego), a potem IPiEO zbudowało ze środków UE 2004-2006 na badania i rozwój (SPO WKP) za niebagatelną kwotę stanowisko do badań kolektorów słonecznych strumieniem światła symulującym promieniowanie słoneczne wg norm EN (novum nawet jak na kraje „starej UE”). Byłem sam jednym z inicjatorów tej, obliczonej na długookresowy efekt idei, ale myślę że wszystkim łatwo sobie wyobrazić jak trudne jest uruchomienie badań na symulatorze spełniającym normy EN, przy istniejących ograniczeniach budżetowych i jeszcze podówczas ciągle słabym rynku krajowych producentów konkurencji oraz zagranicznych laboratoriów. Osoby i instytucje odpowiedzialne doprowadziły jednak inwestycję do końca w 2007/2008r. W pierwszym okresie eksploatacji mogą pojawić się ew. błędy pomiarowe, ale jeżeli do błędów by doszło, trzeba byłoby je konkretnie określić i wskazać ich przyczyny oraz wyeliminować w zwykłym trybie utrzymania jakości i nadzoru. Zamiast jednak ew. wskazań rzekomych błędów czy wątpliwości pojawiły się donosy do organów administracji państwowej i nieudokumentowane niczym paszkwile prasowe. Prowadzi to wprost do upadku tego unikalnego w skali kraju i Europy Środkowo-wschodniej laboratorium. Wszystko wskazuje na to, że do tego zmierzały zarówno działania Hewalex jak i wspierającego go „w imieniu sektora i odbiorcy końcowego” PTES i że są one niestety bliskie „sukcesu”.

Po dwu latach działalności laboratorium, które wsparło przemysł i nadało rangę Polsce na arenie międzynarodowej, byłaby to olbrzymia strata dla krajowej termicznej energetyki słonecznej. To utrata potencjału rozwoju innowacyjności (w badaniach prototypów poza system certyfikacji) i szans na szybkie wprowadzania na rynek urządzeń wchodzących do produkcji seryjnej. To strata środków publicznych na budowę laboratorium i zahamowanie tworzenia konkurencji na rynku oraz znaczące osłabienie szans na wchodzenie na rynek krajowy i zagraniczny nowych rodzimych firm. Zdecydowanie nie służy to ani odbiorcy końcowemu, ani podnoszeniu konkurencyjności gospodarki ani interesowi polskiego podatnika. Trudo wymagać od uczestnika rynku jak Hewalex, że będzie patrzył dalej niż na koniec własnego nosa. Nawet jeśli uznamy destrukcyjne działania medialne uczestnika rynku za „próbę ochrony przed nieuczciwą konkurencją”, oraz że uprzykrzające laboratoriom i jednostkom certyfikującym życie indywidualne donosy do organów administracji i agend płatniczych to dopuszczalna forma dokuczania konkurentom, to dobrze jednak wiedzieć, że o taką właśnie perspektywę chodzi. Można tylko zapytać, co się stało, że jeden z uczestników rynku (zasłużonym historycznie, ale bynajmniej nie największym) może być tak skuteczny w walce o własne cele? Czy ma wsparcie znaczącej części innych uczestników rynku, czy tylko „swojego stowarzyszenia”?

Dlatego gorzej jest z oceną postawy zaangażowanego w jednostrinny loobing (np. pisma do organów administracji) PTES, które odbierane przez organa administracji jako reprezentant całego sektora, powinno patrzeć znacznie dalej, nie być lobbystą na rzecz jednej firmy produkcyjnej, której de facto reprezentuje i nie odreagowywać porażek „badawczych” na członków zarządu i założycieli. Jak pogodzić cel główny stowarzyszenia prezentującego się za naukowe („celem jest wspieranie działalności naukowej i technicznej” z nieponoszeniem odpowiedzialności za negatywne skutki swych działań w tym właśnie priorytetowym obszarze? Bezsensowna, odwieczna wręcz walka założycieli PTES (też mimochodem PW i IPPT) z budującym laboratoria IBMER, potem IPiEO (jako rzekomymi konkurentami) na swoją długie tradycję i niczemu konstruktywnemu obecnie nie służy.

Jest tyle ważnych spraw do rozwiązania w sektorze termicznej energetyki słonecznej jak np. kwestie wdrożenia nowej dyrektywy 2009/28/WE, w tym określenie miejsca energetyki słonecznej w krajowym planie działań w zakresie OZE (por. rozrzut stanowisk w tej sprawie stowarzyszeń OZE i milczenie innych, w tym PTES), szkoleń dla instalatorów zgodnie z wymaganiami dyrektywy (niedługo nie będą mogli instalować systemów, o ile stosownego certyfikatu nie uzyskają), niezbędnych kampanii informacyjnych dla odbiorców końcowych, wsparcia dla krajowego przemysłu, w tym MŚP. Tymczasem w ostatnim wywiadzie dla miesięcznika Czysta Energia, Prezes PTES – Pani Prof. dr hab. inż. Dorota Chwieduk zajmuję się promowaniem Solar Keymark, zrzeszającym obecnie jedyne zagraniczne laboratoria, jako rzekomo jedynym panaceum na „jakość” w Polsce i kwestiami … terminologicznymi energetyki słonecznej (nb. niepoprawnie zresztą używając niektórych z nich, typu: „energia cieplna”). Nie widać w tym żadnej poważniejszej refleksji nad diagnozą sektora termicznej energetyki słonecznej, ani szerszej perspektywy pracy na rzecz tego sektora w Polsce, w tym koniecznych innowacji, których nie da się wdrążać bez własnych laboratoriów. Ostateczna rekomendacja Pani Profesor brzmi: „Konieczne jest … aby cały sektor energetyki słonecznej – cieplnej i fotowoltaicznej – występował wspólnie, tworząc silne lobby „słoneczne”. Moje skromne pytanie brzmi czy o to rzeczywiście chodzi odbiorcom końcowym i czy na tym powinno państwu zależeć?

Sądzę, że trudno będzie o integrację sektora w samym sektorze termicznej energetyki słonecznej, bo bieżące interesy uczestników rynku przeważają nad myśleniem o przyszłości. Bezpośrednio można to było zaobserwować przy próbie zainicjowania (zresztą skutecznie storpedowanej) dyskusji nad utworzeniem przemysłowego stowarzyszenia termicznej energetyki słonecznej. Nisko należy oceniać szanse na szersze porozumienie w sektorze termicznej energetyki słonecznej w sprawie uzgodnienia kryteriów formalnej i rynkowej oceny kolektorow słonecznych w instalacjach cwu uwazgledniajacych prawdziwą wartosć dla klienta, Np. wyeliminowanie z walki o klienta poslugiwania się jako kluczowym kryterium optycznej sprawnosci, ktora jest sprawnoscią pozorną, na rzecz rzeczywistych uzysków z 1 m2 instlacji i z zainwstowanej złotówki. To drugie wymaga jednak ciezkiej organicznej pracy, opomiarowania, wziecia na siebie ryzyka, zmiamy modeli (zalecane wzory) umów na montaż instalacji, itp. W komitecie CEN trwają prace nad normami dotyczacymi wymagan dla całosci instalacji nie tylko kolektora słonecznego. Idąc w tym kierunku sami możemy cos sensownego dla krajowego rynku zaproponować. Normy i standarty UE są dla mądrych i przewidujących i aktywnie uczestniczących w ich tworzeniu i stosowaniu (rola PKN, nauki i przemyslu). Ale jak aktywnie uczestniczyć gdy Polska pozostanie krajem bez własnego laboratorium? Bez tego jedyna korzysc dla Polski z normalizacji sprowadzi sie do wierszowek za tłumaczenie norm EN na PN, a reszta będzie kosztem społecznym.

Sądzę zatem, że tymczasem należy skupić się nad rzetelnym informowaniem (nawet nie paternalistycznej edukacji czy tym bardziej “promocji” rozwiązań) odbiorców końcowych o uwarunkowaniach technicznych, ekonomicznych ale i rynkowych termicznej energetyki słonecznej, tak aby klienci wiedzieli o co pytać i czego oczekiwać i wymagać od dostawców usług i urządzeń. Tego typu dyskusje odbywają się na dedykowanych forach internetowych (dobrze jak nie są związane z konkretną ofertą) np. można tam napotkać takie niezwykle rozsądne opinie, np.: „Obecna sytuacja jaka panuje na rynku kolektorów jest bardzo niekorzystna zwłaszcza dla konsumentów. Ciężko przebrnąć przez gąszcz instytucji certyfikujących, certyfikatów, zasad certyfikacji. Każdy producent powołuje się na badanie które są akurat korzystne dla sprzedawanych dla niego produktów… Szkolenia (dla instalatorów) bardziej nastawione jest na propagandę=promowanie firmy niż na fachowe podejście do tematu instalacji solarnej optymalizacji zysków i redukcji kosztów. Dlatego twierdzę że podstawą unormowania tej sytuacji w pierwszej kolejności będzie wprowadzenie minimalnych wymogów/standardów gwarantujących użytkownikowi poprawność działania instalacji. Standardy takie należy wprowadzić oczywiście dla całej instalacji a nie jedynie kolektorów…. Propaganda która idzie od samej góry czyli producentów poprzez dystrybutorów, sprzedawców i instalatorów. Coraz bardziej popularne testowanie kolektorów i certyfikaty SOLAR KEYMARK niewiele tu pomagają. Tego typu praktyki są nagminne gdyż nie ma sprawdzonych systemów kontroli która w przypadku instalacji solarnych nie jest łatwa. Producenci dobrze o tym wiedzą, przecież zawsze można zrzucić winę na warunki atmosferyczne i wiele innych czynników które są niezależne od producenta kolektora. Dodatkowo prawo zbyt słabo chroni w tym przypadku konsumenta nie ma żadnych wypracowanych szybkich mechanizmów dochodzenia swoich praw a wizja wieloletniego i kosztownego procesu sądowego większość skutecznie odstraszy…”

Niezwykle pozytywnie należy ocenić takie kampanie informacyjne jak Kibicuj Klimatowi, oderwane od interesu jednej firmy słonecznej, nawet jeśli związana z interesem dostawcy gazu. Wśród firmowych blogów firm słonecznych, pod względem wartości informacyjnej wyróżnia się SolarBlog firmy Viessmann. Jak zwykle niezależne opinie i komentarze można uzyskać na blogu Solaris. Zrealizowane zostały regionalne kampanie informacyjnej, jak np. na Podkarpaciu, Instytut Energetyki Odnawialnej właśnie uruchomił stronę internetową dla odbiorców końcowych, ale to wszystko kropla w morzu potrzeb i nigdy nie ma pewności na ile najważniejszy jest tu interes społeczny. Potrzebna jest ogólnopolska, rządowa i nie skromniejsza od jądrowej ale uniezależniona od jednego gracza (por. poprzedni wpis) kampania informacyjna aby rynek energetyki słonecznej stał się rzeczywiście rynkiem świadomego użytkownika końcowego. To o i jego długotrwały interes muszą walczyć firmy oraz o niego i interes krajowego przemysłu musi walczyć państwo. W takim otoczeniu na nie będzie demonów, a i polskie piekło będzie bardziej znośne :) .