11 stycznia 2012, 12:57po południu
OZE:
by grzegorzwisniewski

leave a comment

Odnawialne jubileusze, czyli never solve a good problem

Przychodzi niestety taki moment kiedy jubileusze i przeszłość zaczynają dominować nad myśleniem o przyszłości. Tam gdzie wydaje się że za przyszłość nikt nie odpowiada, tak jak w Polsce, łatwiej o „powrót do przeszłości”. Zawsze interesowała mnie przyszłość nawet ta odległa, a teraźniejszość tylko wtedy gdy mogła na przyszłość wpłynąć. Dzisiaj teraźniejszość dla krajowej energetyki odnawialnej nieodłącznie związana jest z projektem ustawy o odnawialnych źródłach energii i której przyszłość jest dalej niejasna, a wraz z tym niepewna jest przyszłość OZE w Polsce. W spóźnionym noworocznym wpisie pozwolę sobie na chwilę słabości, a nawet odrobinę sentymentalizmu i skupienie się na tym co jest wiadome, czyli przeszłości i teraźniejszości i na tym czego (i czy?) uczy nas historia OZE.

Urodziłem się 50 lat temu, w czasie kiedy prezydent Kennedy rozpoczął realizacje programu Apollo, i już w pierwszej klasie szkoły podstawowej widziałem jak Neil Armstrong z załogą lądował na Księżycu (tak, to się udało w okresie krótszym niż dekada!). Wydawało się że wszystko jest możliwe i możemy oderwać się od historycznych trendów.

Kiedy 25 lat temu, zaraz po trzecim kryzysie energetycznym (dokładnie „naftowym”), kończyłem politechnikę przeczytałem w Przeglądzie Technicznym (wychodzi do dzisiaj) że za kilka lat OZE będą konkurencyjne na rynku, a one dalej się tylko dobrze zapowiadają…

10 lat temu, współtworzyłem Instytut Energetyki Odnawialnej widząc konieczność budowy wyspecjalizowanych w OZE i niezależnych instytucji oraz koncentracji wiedzy w tym obszarze aby możliwe było wywarcie wpływu na zmiany, też w sferze regulacji i aby szybciej poprawiać konkurencyjność OZE.

W końcu były ku temu podstawy; choć nie byliśmy jeszcze w UE, ale stamtąd już wiał „wiatr odnowy”. W 2001 roku Sejm RP przyjął „Strategię rozwoju energetyki odnawialnej” w opracowaniu której aktywnie uczestniczyłem i sporo czasu poświęciłem przeprowadzenie jej przez rząd i Sejm. Już w 2002 roku w zespole którym kierowałem powstał, na zamówienie ministerstwa środowiska, projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii (dokładnie o „gospodarowaniu odnawialnymi zasobami energii i promocji energetyki odnawialnej”), link -treść ówczesnego projektu. Teraz myślę, ze był to bardzo dobry projekt, bo … nikomu z uczestników rynku w pełni się nie podobał :) . Projekt, nie został jednak skierowany przez rząd do Laski Marszałkowskiej (nie miejsce tu i czas by szczegółowo pisać o tym dlaczego sprawy OZE zaczęły grzęznąć w bieżącej polityce i w rosnących wpływach na nią firm energetycznych).

Dlatego po 25 latach pracy zawodowej poświęconej wyłącznie OZE – pewnie czas na jakiś „artystyczny” benefis ?:)- znowu często czytam, że … „za kilka lat OZE będą konkurencyjne”.

Po 10 latach od zakończenia pracy nad pierwszym projektem ustawy o OZE, w przededniu Wigilii, ministerstwo gospodarki zaprezentowało grubo ponad rok „wyglądany”(używając bożonarodzeniowej frazeologii) nowy projekt ustawy o OZE. Odbyło to się w formie widowiskowej noworocznej szopki w której zamiast Trzech Króli, dar w postaci projektu ustawy OZE przyniosło trzech ministrów: ustępujący wiceminister Maciej Kaliski (do końca roku ubiegłego odpowiedzialny za energetykę), nowy wiceminister (pochodzący tradycyjnie ze Śląska) od br. odpowiedzialny za energetykę – Tomasz Tomczykiewicz i sam minister gospodarki – premier Pawlak. W zasadzie do odnowionej sali ministerstwa „Pod Kopułą” przyniesiono nie tylko projekt ustawy o OZE ale trzy projekty (w trójpaku są też nowelizacje ustaw związanych z OZE: Prawo energetyczne i Prawo gazowe). Wśród mędrców z darami nie było też od dawna wyglądanego ale ostatecznie przez Premiera nie powołanego pełnomocnika rządu ds. OZE. Dopiero kilka dni później okazało się, ze za OZE odpowiadać będzie sekretarz stanu Mieczysław Kasprzak (patrz zarządzenie ministra gospodarki , § 4, p.3). To znamienne, że w końcu kompetencyjnie OZE odseparowano od “energetyki ale trudno odgadnąć czy chodzi o ich wzmocnienie, czy ochroną przed przejęciem przez korporacje czy też może pozbycie się kłopotu i skierowanie na boczny tor polityki energetycznej. To też trudne i wydaje się że wewnętrznie sprzeczne zadanie, bo minister Kasprzak jest już nowym pełnomocnikiem rządu ale … ds. deregulacji gospodarczych. W sprawie dodatkowego “odnawialnego” zadania przyjdzie mu natomiast ostro regulować, i to w sytuacji gdy zapisy oddanego w jego ręce projektu ustawy o OZE są (przez zmodyfikowany ale jeszcze bardziej zagmatwany system zielonych certyfikatów) silnie zbiurokratyzowane.
Pozytywne może być to, że ma doświadczenie we współpracy ze organizacjami samorządowymi (ZPP) promującymi generację rozproszoną i związkami rolników ZRKiOR (w Niemczech 21% mocy zainstalowanej w systemach PV jest w rękach rolników i ponad 11% całości zielonej mocy, łącznie z energetyką wiatrową, zlokalizowana niemalże w 100% w gospodarstwach rolnych) i być może uda mu się odejść od zgubnej polityki traktowania rolnictwa jako zaplecza do produkcji rzepaku i biopaliw i marnowania jego areałów na współspalanie…

Jubileuszowych paradoksów jest więcej, dodam np., że 10 lat temu za OZE w strukturze rady ministrów był odpowiedzialny nie minister gospodarki, ale środowiska, a w jego imieniu działał m.in. wiceminister środowiska Radosław Gawlik, który po ponad 10 latach został właśnie w tym samym czasie – w grudniu ‘2011 wybrany na szefa opozycyjnej i ciągle pozaparlamentarnej partii zielonych – Zieloni2004, która jako jedyna (paradoks historii, bo to koalicja rządząca uznaje ustawę o OZE za priorytet) silnie, głośno i konsekwentnie promuje OZE. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej z zawodem mówi m.in.: „…rząd i parlament przyjęły trzy ustawy dotyczące energetyki jądrowej w rok, a nie są w stanie od 15 lat przyjąć ustawy o energii odnawialnej…”. Fakt, 20 lat temu zdecydowaliśmy (nb. też głosem Posła Gawlika) że energetyki jądrowej nie będziemy rozwijać, a 10 lat temu był juz gotowy projekt ustawy o OZE… Czy w takich meandrach jest jakaś logika czy tylko cichy chichot historii?

Z okazji jubileuszu 10-lecia próbowaliśmy w zespole Instytutu Energetyki Odnawialnej opowiedzieć meandry rozwoju OZE w ostatniej dekadzie oraz popatrzeć z większą dozą optymizmu na przyszłość i przygotować grunt (historyczny kontekst) pod dyskusję nad nową ustawą o OZE. Zainteresowanych odsyłam na stronę Instytutu i ew. zachęcam do komentarzy i wspomnień.

Historia OZE w Polsce jest pełna paradoksów i wymaga dużo cierpliwości i determinacji aby ją zrozumieć, a nawet przeczytać. Odsylam do dłuższych rozważań na portalu Wyborczej. Czy z tej historii OZE można się czegoś nauczyć i jak się ona zakończy? Czy w końcu bodziemy mięli ustawę o OZE która coś zmieni, czy też trzeba będzie trochę już tylko dłużej poczekać aż OZE, bez oglądania się na pozorne wsparcie prawne, same staną się konkurencyjne?

Wygląda na to, że jeśli chodzi o ustawę o OZE, to niestety nie ma mowy o “końcu historii” tworzenia skutecznych i efektywnych regulacji. Dlatego zostawię na następy wpis ocenę tego daru który przynieśli „trzej królowie” w postaci ustawy o OZE i przekazali, czy podrzucili (?) “temu czwartemu” (minister Kasprzak) do wdrożenia. Nb.PSEW, widząc że energetyce wiatrowej projekt może bardziej zaszkodzić niż pomóc, pisze z przekąsem o „prezencie pod choinkę”:).

Nawiązując do jubileuszu 10-lecia Instytutu Energetyki Odnawianej oraz w ramach przygotowań do dalszej batalii o kształt ustawy o OZE zadedykuję wszystkim „weteranom”, z licznymi kombatanckimi bliznami :) , ale też odpowiednio zahartowanych, piosenkę Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”.

Wszystkim czytelnikom “odnawialnego” życze pomyślności w Nowym Roku.

Autor: Grzegorz Wiśniewski

3 stycznia 2012, 12:41po południu
OZE
by grzegorzwisniewski

leave a comment

Po expose Premiera przyszłość odnawialnych źródeł energii dalej niepewna

Odnawialna źródła energii (OZE) w Polsce nigdy dłużej nie cieszyły się z nawet „małej” stabilizacji, ale skala niepewności i ryzyka inwestycyjnego i rynkowego, które jest pochodna ryzyka regulacyjnego i politycznego rośnie szybko oraz ogólnej koniunktury gospodarczej od paru lat systematycznie rośnie. W najwyżej rangi dokumentach UE (nawet tak zasadniczych i ogólnych jak strategia Europa ‘2020), gdy jest mowa o przyszłości, przywołanie OZE i zielonej gospodarki jest standardem (niemalże tak, jak w epoce minionej już ponad 20 lat temu powołanie na zjazd/uchwalę „Partii” czy KPZR), co daje tak potrzebną obecnie stabilność, bo jest tu wyrazem przyzwolenia wiekszosci z 500 mln obywateli UE.
Przyznam, że nawet nie liczyłem na jakieś specjalne potraktowanie OZE w expose Premiera Tuska. Analiza -na odnawialnym blogu poprzedniego expose- wskazywała na jego pozytywne strony jako na szanse, których nawet w obliczu Pakietu klimatycznego i przed kryzysem gospodarczym nie dało się wyzwolić, a potem było tylko gorzej… Zresztą widać, że same słowa premiera niewiele znaczą, o ile po ew. uzyskaniu dodatkowego realnego wsparcia politycznego (tak było w 2001 po przyjęciu „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”) i regulacyjnego (tak było w 2005 r. po wejściu do UE i wymuszonej Traktatem akcesyjnym implementacji dyrektyw UE) za tym nie pójdzie wyzwolenie ludzkiej aktywności. Ale wsparcie polityczne w expose czy umowie koalicyjnej (której nie znamy) jest potrzebne OZE zwłaszcza w obecnej kadencji, ale pewnie w następnej też, do czasu aż OZE osiągną znaczące udziały i konkurencyjność ekonomiczną nie tylko w wybranych niszach.

Tym razem w expose nie ma bezpośrednich odniesień do OZE (jak i do innych ważnych kwestii, taki był pomysł na expose). Wiadomo tylko że nie są traktowane jako istotny element bieżącej polityki i nie jako obszar gdzie zapowiadana jest zmiana (na lepsze). Gdyby to się okazało prawdą, już na wstępie można zadać sobie pytanie “czy możliwe jest życie”, a tym bardziej rozwój OZE bez specjalnej atencji i wsparcia ze strony rządu. Wegetacja na marginesie rynku pewnie tak, ale rozwój? Dodam, że obecnie dwie grupy technologii energetycznych wymagają w szczególności silnego wsparcia państwa i przyjaznej atmosfery do rozwoju: energetyka odnawialna i jądrowa- jako szczególnie nieopłacalna w racjonalnie skalkulowanym rachunku ekonomicznym. Tylko ta druga cieszy się wsparciem rząd (przynajmniej cieszyła się wsparciem tej samej koalicji dotychczas), co … pogarsza pozycje tej pierwszej.

Ale skoro tak, to może warto szukać wszystkich innych odniesień w exposé które można by twórczo(?) wykorzystać jako argument na rzecz OZE w czekającej nas debacie społecznej, gospodarczej i politycznej wokół ustawy dot. OZE (ciągle zaaresztowanej w szufladzie i czekającej na łaskawe oko Pana Premiera). Osobiście, poza obojętnością na „problem” OZE doszukałem się w expose znamion przyszłych kłopotów czy utrudnień ze wsparciem OZE. Np. w związku z (tu ze zrozumiałą silnym powiewem nadchodzącego kryzysu) presją na Tuska i determinacją jego samego na zmniejszanie deficytu budżetowego, co wpłynie na możliwość stosowania takich instrumentów jak dotacje budżetowe (przy braku środków UE. Skutkiem tego kierunku niezmylania jest zapowiedź likwidacji ulg podatkowych „pro-rozwojowych” jak np. na internet. Częściowo tylko to można zrozumieć. Według raportu Ministerstwa Finansów (cytat za FOR) o preferencjach podatkowych w 2009 roku obowiązywało w Polsce 138 preferencji w podatku PIT o łącznej wartości 34 mld oraz 54 preferencje w podatku CIT o łącznej wartości 7,6 mld zł. Ale są wśród tych ulg już niekonieczne czy niepotrzebne i byłoby nierozsądnym gdyby tu zadziałało „prawo siekiery” i wykluczenie aktywnego stosowania instrumentów podatkowych. Nie wiadomo też na ile jest szansa na dyskusję o ulgach w podatku VAT (przynajmniej o podwyżkach stawki VAT nie było mowy) na produkcje urządzeń, ważnych i skutecznych zwłaszcza w przypadku małych, nie prowadzących działalności gospodarczej inwestorów. Dla firm działających w OZE nie wpłynie też dobrze podniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Branża OZE nie bazuje głównie, jak np tradycyjna energetyka, na kosztach surowców tylko na drożejącym kapitale intelektualnym, który będzie proporcjonalne jeszcze droższy. Firmy OZE, w przeciwieństwie do korporacji energetycznych inwestują i nie mają nadwyżek na wzrost obciążeń płacowych. Brak szczególnego ujęcia się premiera za bezrobotnymi i aktywizacją runku pracy, zwłaszcza dla młodych, będzie kolejnym problemem do pokonania przy próbie skutecznej argumentacji na szczeblu rządu, że OZE to trwałe i nowoczesne miejsca pracy. Nie będzie to argument do odrzucenia wprost, ale też wprost Tusk nie odwołuje się do tego i nie będzie w debacie powołać się na prosty fakt (tu nieco złośliwie, z uwagi na niemalże absolutną władzę Premiera do frazeologii poprzedniej epoki) że „pierwszy sekretarz powiedział”. Kwestie klimatyczne, co jest niezrozumiałe, przestały już dawno odgrywać rolę w polskiej polityce wobec OZE, a sam formalny obowiązek wynikający z implementacji dyrektywy 2009/28/WE nie jest tak jak kiedyś silnym imperatywem do konkretnego działania. Po pierwsze nie ma pewności że -wobec poważnej tym razem fali kryzysu gospodarczego w UE – Komisja Europejska będzie w tej sprawie (egzekucji) nieubłagana, a po drugi dlatego że wobec uchybień w ew. wdrożeniu dyrektywy kary mogą być naliczone najwcześniej w… 2022 roku (trzy kadencje do przodu).

Żeby już nie przedłużać litanii żalów, mogą wskazać jeden wątek który mnie zainteresował w kontekście tez stawianych w niniejszym wpisie. Sprawa dotyczy planów rządu wprowadzenia podatku od kopalin, danin pobieranych przez państwo (tzw. royalties). Popieram ten pomysł nie tyle z powodów związanych tylko z wyrównaniem szans dla OZE, ale także z uwagi na szerszy kontekst ekologiczny i gospodarczy oraz społeczny (o czym z a chwilę). Premier wspomniał o miedzi (z tego już wybuchła tzw. afera giełdowa KGHM), srebrze i gazie łupkowym , a ale jeżeli chcemy być konsekwentni to samo powinno dotyczyć węgla, gazu i resztek ropy. Gdyby to był rzeczywisty podatek i powszechny, koszty paliw lepiej oddawałyby ich międzypokoleniową wartość krańcową, poprawiłyby nieco konkurencyjność OZE a wpływy z jego wprowadzenia mogłoby zwolnić środki budżetowe na wsparcie działań innowacyjnych, pro-rozwojowych i aktywne wsparcie w tworzeniu miejsc pracy. Jest to typowy i twórczy postulat zielonych ekonomistów i niektórych liberalnych także. Zany jest pod nazwą „tax what you burn, not what you earn”. Przy okazji dyskusji o podatkach na surowce nieodnawiane kosztem zmniejszenia obciążenia podatkami kosztów pracy ew. zainteresowanych mogę odesłać do artykułu Todda Litmana, który opisuje zjawisko w warunkach amerykańskich (choć głównie z punktu widzenia carbon tax, a nie royalties które bardziej odpowiadają warunkom polskim; zresztą w USA zasoby kopalne są bardziej w rekach właścicieli ziemskich niż państwa). W polityce sloganem tym posluzyl sie w kampanii wyborczej 2008 r. w Kandzie Stephan Dion- poprzedni przywódca Partii Liberalnej, ale przegral wybory…. Więcej na ten temat było też wcześniej na blogu „odnawialnym”, także z perspektywy amerykańskiej na tle UE i PL. W trochę bardziej moralizatorskim tonie (zahaczającym o etykę) pisany był na ten temat inny wpis na odnawialnym.

I teraz, wobec niezwykle skromnej listy możliwości dla wsparcia OZE „politycznymi” argumentami” jakie tym razem mogłem wyłowić (pewnie nie jestem w najlepszej formie :) z kryzysowego, „księgowego” i zachowawczego expose chciałbym poprosić czytelników „ odnawialnego” o komentarze i sugestie jak „sprzedać” OZE na obecnej hermetycznej giełdzie politycznej, jak trafić do ludzi z OZE jako rozwiązaniem a nie kosztem i jak spowodować aby znalazły się one znacznie wyżej niż dotychczas w politycznej agendzie rządu, nie wykluczając też ew. ponadpartyjnego wsparcia ze strony opozycji (to już byłaby niewyobrażalna pełnia szczęścia, niemalże jak poparcie wejścia do NATO!). Czas (albo tylko widmo) kryzysu powoduje, że inwestycje w OZE nazywane są przez złośliwych i koniunkturalnych polityków i publicystów „bańką” (tu nawet nie ma znaczenia, że niesłusznie; wszak innych inwestycji nie ma, deficyt energii się pojawi, a koncerny energetyczne faktycznie mają nadwyżki), społeczne argumenty za ich rozwojem nazywane są próbą „ratowania ludzi za ich własne pieniądze” (też niesłusznie, bo to realny ratunek z czekającej opresji, którego indywidualnie, bez roli państwa, nie da się zorganizować), ale z takimi opiniami sektor OZE musi sobie radzić. Ich ignorowanie i przechodzenia nad nimi do porządku dziennego w debacie publicznej (branża OZE się ożywia tylko wtedy gdy mowa o cenie certyfikatu) niczego dobrego obecnie nie przyniesie.

PS Dopisuje ku pamięci jeszcze jeden wątek z expose: Wśród priorytetów rządu, obok działań antykryzysowych związanych z niepewną sytuacją strefy euro, znajdują się m.in. pozyskanie minimum 300 mld zł z budżetu UE na lata 2014-2020, bo ma ono swój potencjał argumentacji za wykorzystaniem OZE w Polsce, o ile KE przeforsuje swój pomysł przyznania funduszy od pełnego wdrożenia dyrektyw (w tym 2009/28/WE) oraz wymóg minimalnego 20% udziału wydatków na OZE i EE w przyszłych funduszach strukturalnych. To temat “rozwojowy” na dalsze bognotki…

Autor: Grzegorz Wiśniewski

25 października 2011, 12:06po południu
Bez kategorii OZE:
by grzegorzwisniewski

leave a comment

OZE w kampanii wyborczej ‘2011 czyli czarne korporacje i zielone NGO

Świat wcale nie jest zielonoczarny, ale w takich barwach problemy rozwoju energetyki można lepiej przedstawić, niż z szaroburej i mało twórczej perspektywy mdłego polityka z telewizji powtarzającego bezrefleksyjnie lub cynicznie że „potrzebujemy wszystkich źródeł energii”. Dzisiaj pomijając z koniecznosci konkretne przypadki, chciałbym postawić ogólną tezę, że jeśli chodzi o zieloną energię politycy stają się coraz bardziej sceptyczni i coraz bardziej oddalają się od poglądów społeczeństwa i że słabnie wpływ na polityków (i na społeczeństwo) środowisk związanych z OZE, a rośnie wpływ korporacji (zarządów i związków zawodowych). Chciałbym też pokazać przykład dobrej roboty na rzecz zmiany tej szkodliwej spolecznie sytuacji.

Od 2008 roku blog odnawialny parokrotnie zwracał uwagę że długotrwały, zawiązany już w 2007 roku, atak na pakiet klimatyczny 3 x 20% aliansu krajowych korporacji energetycznych z największymi ugrupowaniami parlamentarnymi (paradoks polega na tym, że tu jest także niecodzienna zbieżność posadów koalicji i opozycji parlamentarnej) musi doprowadzić do osłabienia poparcia obywateli dla OZE.
Jeszcze w połowie 2009 roku zwracałem uwagę (powołując się n badania CBOS), że ciągle ponad 83% Polaków oczekuje od rządu zwiększonego zaangażowania we wsparcie OZE, choć jednocześnie z badań dało się zauważyć, że przeciwstawiamy się wprowadzaniu kar i nakazów administracyjnych oraz że czynnik ekonomiczny decyduje o naszych postawach. Przepowiadałem, że stosunkowo szybko poparcie społeczne dla OZE może spaść, a za tym jeszcze trudniej będzie o poparcie polityczne.
Wygląda na to, że się myliłem jesli chodzi o poparcie społeczne. Pomimo rozpoczętej w 2009 roku kampanii rządowej na rzecz czystej energetyki węglowej i czystego węgla, robione rok później badania KE nt. preferencji obywateli UE, w tym polskich, w zakresie technologii energetycznych w corocznym raporcie dotyczącym rozwoju technologii biotechnologicznych na tle innych wskazały Polacy oczekują że OZE (w szczególności energetyką wiatrowa- 84% badanych i słoneczna – 82%) odegrają kluczową rolę w energetyce naszego kraju, a brak jest tego typu jednoznacznych oczekiwań w przypadku energetyki jądrowej (tylko 46% społeczeństwa miało taką nadzieję). Jeszcze bardziej zaskakujące okazały się wyniki badań CBOS zamówione przez Instytut na rzecz Ekorozwoju z końca 201o roku , z których wynika znacznie bardziej pozytywny stosunek Polaków do rozwoju energii wiatrowej 39% (choć niższy tu entuzjazm niż w badaniu KE) i słonecznej (6%), podczas gdy analogicznie wyniki w przypadku energetyki jądrowej i węglowej – po 7% wydawały się druzgocące dla realizowanej polityki i planów energetyki korporacyjnej.

Wydawało się zatem, że temat energetyki odnawianej będzie można łatwo wprowadzić partiom do kampanii wyborczej jako coś pozytywnego na tle powszechnego narzekania na politykę klimatyczną UE i straszenia jej skutkami. Ale tak się nie stało. Technologie bez poparcia społecznego ale z silnym poparciem korporacji i rządu (energetyka jądrowa i gaz łupkowy), związków zawodowych i rządu (energetyka węglowa) i oponiotorczych mediów (zwłaszcza gospodarczych) uzyskały znacznie (nieprporcjonalnie) większe poparcie polityczne niż OZE i efektywność energetyczna. Warto zauważyć jednak, że w sytuacji ogólnoświatowego kryzysu i coraz bardziej powszechnej dominacji myślenia bardziej krótkookresowego oraz braku skłonności do wspierania technologii bardziej przełomowych, efektywność energetyczna uzyskała wśród polityków bardziej powszechne (choć prawdopodobnie płytkie) wparcie niż OZE.

Można zatem zapytać dlaczego tak się stało. Do refleksji na ten temat zachęciła mnie swoim pytaniem dziennikarka EkoNews i w efekcie pomyslałem że politycy bronią krótkookresowych interesów energetyki konwencjonalnej kosztem odnawialnej w efekcie niejasnej dla większosci społeczeństwa sieci powiązań z korporacjami, ulegając przy tym też nadmiernie branżowym związkom zawodowymi. Chciałbym krótko tę właśnie tezę jako ogólną i dotyczącą wszystkich partii a może i krajów z rozwinętym korporacjonizmem rozwinąć i przytoczyć kilka faktów na potwierdzenie. Wartu tu też wesprzeć się teorią noblisty (choć bynajmniej nie dyżurnego bywalcy salonów ani pupilka mediów ekonomicznych) – ekonomisty Edmunda Phelpsa. Przepytany skutecznie przez Rafała Wosia z DGP (niestety nie mam dostępu do linku/wersji elektrownicznej) stwierdził, że narastający na całym świecie korporacjonizm dławi gospodarkę i innowacyjność i sprowadza się do zabiegów korporacji do wpisywania się w „układ” lobbingu regulacyjnego, zdobywania rządowych subsydiów, kontraktów, taryf oraz do coraz silniejszej gospodarki wymiennej z politykami.
Potwierdzają to nawet dane z USA, gdzie pomimo zielonej retoryki administracji Obamy (wieloekrotnie omawianej na odnawialnym) i koncepcji odnowienia w kryzysie nowego ładu na zielono, pomoc publiczną zgarniają tamtejsze korporacje.

Niejako na zamówienie do ww. postawionej tezy o pajęczynie powiązań korporacji i polityki w Polsce, można przeczytać ostry artykuł Dawida Tokarza w Pulsie Biznesu. To tylko przykład znacznie bardziej ogólnego zajwiska ostatatniego 10-lecia w Polsce, a pewnie i na swiecie (o tym dalej). Zatrudnianie osób związanych z politykami w radach nadzorczych korporacji oraz radach spółek córek i spółek wnuczek wzmacnia swpisty „układ”. Wzmocnione korporacje zaczynają coraz silnej oddziaływać na politykę i regulacje nie tylko w Polsce ale w UE – por. wypowiedź Prezesa PGE po spotkaniu zarządu największego europejskiego lobbysty interesów korporacji energetycznych jakim jest Eurelectric. Próbka walki i regulacje o korzystne regulacje „jako branża potrzebujemy unijnego wsparcia zarówno finansowo-inwestycyjnego jak i operacyjnego w zakresie czystych technologii węglowych i gazowych i … klarownych decyzji dających politycznie zielone światło energetyce jądrowej oraz… wsparcia środkami publicznymi wszystkich czystych technologii produkcji energii elektrycznej. (…) Nie sposób przecież konkurować z energetyką odnawialną skoro jest dotowana na etapie realizacji inwestycji i w fazie eksploatacyjnej, a prąd wytworzony z OZE ma prawne gwarancje zbytu”. Kto by się przejmował tym, że członkowie Eurelectric nie płacą pełnego rachunku za koszty zewnętrzne ani tym, że zasoby paliw kopalnych się systematycznie wyczerpują a ich ceny nieodwolalnie rosną (przekładając się wprost na zyski korporacji i koszty odbiorców energii).

Uwodzicielskie sa własnie bieżące zyski korporacji. Miałem niedawno osobiste spotkanie z czołowymi dziennikarzami z Japonii którzy mówili jak trudno jest zgodnie z prawem w Japonii politykowi lub związanemu z nim urzędnikowi państwowemu znaleźć się w radzie nadwzrocznej koncernu energetycznego (choć przyklad TEPCO raczej przeczy tej tezie). U nas to reguła, niestety. OZE nie mają rad nadzorczych do osnadzenia, dużych kontraktów z sektorem publicznym i tak intratnej oferty dla polityków. Przełamania tej sieci powiązań nie dokona sektor OZE dbając o to aby “zielony certyfikat” miał (odpowiednio?) wysoką cenę i wchodząc jako petent w relacje z korporacjami aby “rubla zarobić i cnoty nie stracić”. W tej sytuacji także lekkie, deklarowane poparcie społeczne nie wystarczy do zmiany sytuacji. Także, a może przede wszystkim w każdym okresie wyborczym potrzeba ruszenia serc i umysłów aby tworzyć z jednej strony masowyo ruch a z drugiej aby poparcie dla OZE było głębsze.

Warto zatem tu i teraz podziękować tym, którzy takie wyzwania – dotarcia z czyms wiecej niż bierna edukacja (na to sie wszyscy godzą) i czyms wiecej niż wąski branżowy lobbing (to jest nieskuteczne) – w ostatnich miesiącach podjęli. Szkoda że nie mogę tu wymienić organizacji branżowych OZE. Nawet jak niektóre z nich próbowały w debacie politycznej nadać rangę OZE, to nie potrafiły przebić się do szerzej do opinii publicznej, a zamknięte we własnym getcie niewiele mogą zrobić. Uważam, że w pełni na wysokości zadania stanęły tylko zielone NGOs. Podobało mi się twarde przepytanie polityków na okoliczność zielonej energii przez Koalicję Klimatyczną, z którego sporo się można dowiedzieć, ale które to odpytywanie zmusiło polityków do refleksji. Zachęcam do zapoznania się z wynikami badania polityków. Te zaznania są często pokrętne i mało przekonujące, ale dobrze że są, bo wiadomo jak dalej, z kim i nad czym pracować. Naciski na polityków różnych maści w tej sprawie konsekwentnie (w wielu akcjach i wydarzeniach) od momentu ogłoszenia wyborów wywierała czy może lepiej wywierała (?) Greenpeace. Polecam wywiad z szefem Greenpeace pt. “Zieloni politycy”. Czytając obydwa teksty o zielonych partiach i zielonych politykach nie mam pewności czy ma tu zastosowanie z pozoru oczywiste powiedzenie „politycy są tacy jak ich wyborcy”. Ludzie są dużo bardziej za OZE i bardziej sceptyczni wobec końcówki ery paliw kopalnych niż politycy. Ale do ludzi trzeba ciągle docierać, umieć do nich trafić i dęte debaty biznesowo-polityczne niewiele tu zmienią. Przykładem dobrej, pozytywnej ale nie nudnej przedwyborczej roboty jest portal stworzony przez Greenpeace pod bliskim mi tytułem MyOdnawialni. Dzięki temu temat i problem dotarły znacznie szerzej oraz zostały przedstawione znacznie szerszym kontekście i perspektywie niż potrafiły to zrobić organizacje sektora OZE. Uczmy się zatem od zielonych NGOsów.

Grzegorz Wiśniewski

1 czerwca 2011, 9:43przed południem
Bez kategorii OZE:
by grzegorzwisniewski

leave a comment

Dlaczego nie tylko UE ale i administracja prezydetna Obamy nie rozumieją o co chodzi polskiemu rządowi w energetyce?

Jest taki stary dowcip, zaczynający pytaniem o zwolenników Stanów Zjednoczonych na świecie, z gotową odpowiedzią że – jest ich dwóch: Stany Zjednoczone i Polska, z tym że Polska jest większym. Dowcip swiadczy też o tym ze pomimo olbrzymich roznic dobrze się jako kraje rozumielismy. Po zakonczonej wczoraj wizycie prezydenta Obamy w Warszawie, pojawił się komentarz Zbigniewa Lewickiego dla “Spiegla”: Naszemu rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA (cytat za Gazetą Wyborczą). Odnosząc się tylko do wątków wizyty dotyczących współpracy gospodarczej, a w szczególności energetycznej (oczywiscie najbardziej o OZE – jako obszaru koniecznej wręcz wspolpracy miedzynarodowej- mi w tym wpisie chodzi), zaznaczę że wcale tak nie musiało być, jak zapewne rzeczywiście wyszło. Nie neguję potrzeby innych niz OZE obszarów współpracy w energetyce, ale chce wskazać na niewykorzystaną szansę, niepełne rozpoznanie proporcji, wlasnych mozliwosci i oczekiwan partnera. Dziwić może, że władze RP nie zauważyły, że od paru lat jest inny prezydent i inna polityka w zakresie energetyki w USA i trzeba z nim inaczej rozmawiać niż z poprzednikiem. Inaczej skonczyć się może narzekaniem, że “znowu nikt nas nie rozumie”.

Blog odnawialny kilkakrotnie sygnalizował że jednak coś się w Ameryce od czasu Busha juniora jednak zmieniło, np. tu i tu i tu. Wydawało się, że zauważyła to Kancelaria Prezydenta RP, w które imieniu Minister Sokołowski z parę tygodni temu tak zarysował możliwy scenariusz przygotowywanej rozmowy prezentów Polski i USA: prezydenci rozmawiać będą o współpracy …. gospodarczej – głównie w kontekście wydobycia gazu łupkowego… Polska jest zainteresowana pozyskaniem jak najlepszych technologii i tym, aby gaz łupkowy rzeczywiście w sposób bezpieczny mógł być jak najszybciej wydobywany – powiedział prezydencki minister. Zaznaczył, że Amerykanie są także zaawansowani jeśli chodzi o tzw. odnawialne źródła energii. – Polityka UE zmierza do redukcji emisji C02, co za tym idzie będziemy musieli modernizować naszą gospodarkę, już to robimy, potrzebujemy nowoczesnych technologii”. Wiedząc że Polska zawsze szuka cudownych rozwiązań nie dziwiłem się gazem łupkowym ale „tzw. „odnawialne źródła energii” wskazywały że jest szansa na współpracę w obszarze na który Ameryka Obamy rzeczywiście postawiła.

Nadzieje te pokładałem też m.in. na jednej z lepszych merytorycznie i organizacyjnie konferencji energetycznych w br., zorganizowanym specjalnie przed wizytą Obamy przez Polską Izbę Energetyki i Ochrony Środowiska i United States Energy Association – Polsko-Amerykańskim Stole Energetycznym, – program można zobaczyć pod tym linkiem. Konferencja, będąca swego rodzju przygotowaniem do wizyty Obamy, skupiła się na tym co jest „na stole” rozmów biznesowych i politycznych w krajach rozwiniętych nt. energii i klimatu czyli energetyki odnawialne, efektywności energetycznej i tego co jest akcentowane w polskiej polityce czyli gazu łupkowego, czystego węgla z CCS i energetyki jądrowej. Proporcje zatem zostały zachowane i żadna z opcji nie została pominięta. Rząd amerykański był reprezentowany przez dwu wiceministrów odpowiadających za współpracę międzynarodową (czytaj ekspert technologii) w energetyce jądrową oraz odnawialnych źródeł energii, inne obszary energetyki były bezpośrednio reprezentowane przez szefów amerykańskich firm energetycznych.
Zrobiło na mnie wrażenie wystąpienie na sesji poświęconej OZE ministra Petera Pereza,z którym mialem przyjmnosc byc w tym samym panelu i który bezposrednio w obecnosci przedstaicieli rzadu RP, w interesujący i przekonujący sposob zaprezentował politykę administracji Baracka Obamy w zakresie zielonych technologii. Mówił m.in. że dla USA i dla wszystkich nowoczesnych gospodarek na świecie to niezwykle atrakcyjny biznes i miejsca pracy dla ludzi; „W najgorszych latach dla światowej gospodarki 2008/2009 (światowy kryzys) energetyka odnawialna jako w zasadzie jedyna branża zanotowała wzrost ok. 10%, a w 2010 roku obroty w tym sektorze gospodarki wyniosły 243 mld USD”. Podkreślił że rząd USA przeznaczył w ramach pakietu stabilizacyjnego 90 mld USA na rozwój OZE, w tym na RTD, wytwarzanie zielonej energii i na produkcję urządzeń dla OZE. Z tego ostatniego był w szczególności rad, bo sam przez wiele lat kierował koncernami wytwarzającymi urządzenia, (ostatnio był szefem najbardziej znanej na świecie wytwórni fortepianów Steinwaya). Wspominając o partnerstwie i współpracy z Polską i współpracy pomiędzy firmami uczciwie mówił, że zależy mu na eksporcie amerykańskich technologii OZE i na pomocy rządu USA w tym zakresie dla Polski (wiadomo że tylko w niektórych obszarach rząd może „pomóc”, na rynkach w pełni rozwiniętych firmy działają samodzielnie). Brzmiało to zachęcająco i wiarygodnie.

Niestety te oferty, zapowiedzi i deklaracje poszły w niwecz i ostatecznie Obama rozmawiał w Warszawie w zasadzie tylko o gazie łupkowym, a byl zaczepiany tylko o energetykę jądrową. W sprawie energetyki jądrowej, co nietrudno było przewidzieć, stwierdził on bez entuzjazmu że „Stany Zjednoczone są gotowe służyć konsultacjami dotyczącymi energii jądrowej, a jej eksploatacja musi się odbywać w sposób bezpieczny i przejrzysty”. Premier Tusk tylko jednostronnie próbował zachować w tej kwestii dobrą minę potwierdzając „pełną wolę strony polskiej do współpracy w sprawie energetyki jądrowej”, dodając „Amerykanie będą dla nas wyjątkowo cennymi partnerami jako kraj doświadczony i z dobrą wolą”…

W sprawie gazu łupkowego Obama poszedł trochę dalej, stwierdzając, że należy go (cytat za WNP) „wykorzystać, a złoża można zbadać i eksploatować w sposób bezpieczny dla środowiska” (ważna wydaje mi się ta druga część zdania Obamy). Pragmatyczni amerykanie nie poruszyli wspolpracy w zakresie CCS, a i Polska po niczym nie uzasadnionej euforii chyba powoli ten temat odpuszcza. Rozumiem, że efektywnsc energetyczna w USA to nie jest jeszcze modny temat, UE jest tu znacznie bardziej zaawansowana.
Ale dziwić powinno to, że przy polityce energetycznej administracji USA nie zaproponowaliśmy współpracy w energetyce odnawialnej, gdyż tu rzeczywiście moglibyśmy współpracując z Ameryką zaproponować też cos co jest jednczesnie w pełni zgodne i z racją stanu Ameryki i z polityką UE, a nie tylko deklaratywne na okolicznosć wizyty.

Co nam zatem zostało po naprawdę potencjalnie ważnej wizycie? Sięgnijmy do oficjalnych komunikatów. Prezydent Barack Obama i premier Donald Tusk podkreślili wagę współpracy obu krajów w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego. Chodzi o współpracę między rządami i firmami prywatnymi związaną z rozwojem niekonwencjonalnych źródeł energii, w tym szczególnie gazu łupkowego [mętene slowotwórstwo kwitnie; po "niskoemisyjnej" zamiast "niskoweglowej" gospodarce mamy "niekonwencjonalne" zasoby energii ktore traktowane sa niemalze jak "innowacyjne i odnawialne", a moze i "niewyczerpalne"? - przyp. aut.]. Wymiana doświadczeń i technologii będzie służyła tworzeniu sektora gazowego na zasadach zrównoważonych i przyjaznych dla środowiska. Donald Tusk nawiązał do kwestii Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości ustanowionego dwadzieścia lat temu przez Kongres Amerykański. Fundusz ten, o wartości 200 milionów dolarów, powstał w celu wspomagania budowy gospodarki rynkowej w Polsce. Teraz, szef polskiego rządu zaproponował powołanie Polsko-Amerykańskiego Funduszu dla Innowacyjności (…). Zadaniem Funduszu byłoby wspieranie współpracy naukowej pomiędzy najlepszymi ośrodkami naukowymi w USA w Polsce. Jak dodaje Bartosz Węglarczyk : „…jesienią odbędzie się okrągły stół, w którym udział wezmą przedstawiciele ministerstw gospodarczych i agend rządowych z obu krajów. Do 1 października uczestnicy tego spotkania otrzymają raport na temat najpotrzebniejszych zmian prawnych i proceduralnych, jakich domagają się biznesmeni w obu krajach; w trakcie spotkania przedyskutowane będą możliwości ściślejszej współpracy obu krajów w sektorze energetycznym, w tym także o kolejnych inwestycjach amerykańskich w Polsce, przede wszystkim w wydobycie gazu łupkowego”.

Moim zdaniem chodzi właśnie o to aby „nie przede wszystkim” o gazie łupkowym, bo niewiele jeszcze na ten temat wiemy i potrzeba dużo badań geologicznych i analiz ekonomicznych i środowiskowych i sporo czasu aby w tej sprawie rozpocząć ew. sensowną współprace. Poza tym jak mówi Piotr Woźniak: „Wiadomo, że właścicielami technologii poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego są amerykańskie prywatne firmy i nawet prezydent USA nie może ich zmusić do dzielenia się swoimi rozwiązaniami z kimkolwiek”.
Cały czas na jakikolwiek gest rządu RP czy inicjatywe międzynarodową czeka sektor energetyki odnawialnej który już dzisiaj może podjąć wspartą także rządowymi (też unijnymi) środkami współpracę, bo jest realnym, istniejącym i tu możemy współpracować bez ryzyka, wręcz na zasadzie non regret. Jest też sektorem rzeczywiscie innowacyjnym – tu nawiązuję do nazwy Funduszu jaki ma powstac (nie warto bowiem tworzyc takiego funduszu dla gazu lupkowego, bo tu problemy leżą gdzie indziej, ani nie czas na bilaterlany funusz badawczy w energetyce jądrowej jezeli nawet z unijnego ITER nie korzystamy, a np. naszych publikacji swiatowych nie dopatrzylem sie). Wlasnie w obszarze OZE moglibysmy też pozytywnie wykorzystać to co premier Tusk ogłosił jako rzekomą szansę dla nadchodzącej polskiej prezydencji w UE: „współpraca z USA [z kontekstu wypowiedzi wynika, że tylko gaz lupkowy ma premier na mysli, niestety] stanowić będzie dobrą okazją do wzmocnienia transatlantyckiego dialogu dotyczącego współpracy i energii”. Coś mi się nie wydaje bowiem, że jakakolwiek współpraca związana z gazem łupkowym polskiej prezydencji i w ogóle wzmocnieniu naszej obecności w UE będzie służyć, ale sprawę prezydencji zostawię na jeden z kolejnych wpisów.

Rację ma zatem cytowany na wstępie p. Lewicki mówiąc że rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA. Dodam, że moim zdaniem naszemu rządowi brakuje nawet trochę więcej – brakuje pomysłu jak rozwijać politykę energetyczną i ekologiczną, a to właśnie powoduje coraz większe problemy we współpracy nie tylko z USA ale i z UE, choć zbliża nas np. do Białorusi. Tu nie chodzi już o Europę dwu predkosci czy rozne predkosci Polski i USA, ale o to, że Polska porusza sie w innym kierunku i na drodze spotyka tylko to co gospodarki rozwinite porzucają (czasami chcą jeszcze na tym parę dolarów zarobic) lub porzucily znacznie wczesniej. Jak sie nie otrząsniemy, niedlugo tylko prezydent Lukaszenka bedzie nas w stanie zrozumiec.

PS. Z Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Srodowiska dostalem zdjęcia ze wzmiankowanego we wpisie Polsko -Amerykańskiego Stolu Energetycznego, który bedzie zgodnie z ustaleniami obu rządów kontynuowany. Zdjęcie z sesji OZE prowadzonej przez Pana Ministra Pereza, którego wystąpienie b. przypadlo mi do gustu i ktore na pamiątkę, za zgoda Izby, publikuję na “odnawialnym”.

Autor: Grzegorz Wiśniewski

Kłamstwa i przepowiednie energetyczne

Politycy lubią używać słowo „kłamstwo” w odniesieniu do wydarzeń z przeszłości:” kłamstwo oświęcimskie”,” kłamstwo katyńskie” i pewnie wiele innych kłamstw. Znaczną część kłamstw historycznych daje się w końcu wyjawić, ale znacznie łatwiej kłamać jest „na wyrost”, zwłaszcza jak chodzi o daleką przyszłość. Kto bowiem pociągnie do odpowiedzialności politycznej czy moralnej tych którzy fałszują przyszłość lub chocby tylko pomylą się co do przyszłości. Nikt, bo co najwyżej o takich “pomyłkach” czy naginanych przeinaczeniach kronikarze, biografowie i historycy będą wspominać tylko w przypadku wybitnych postaci historycznych i to też wybiórczo, a nikt z tego powodu nie będzie rozliczał „drobnych oszustów”. Zresztą mam takie poczucie że obecnie w Polsce nikt za przyszłość nie odpowiada, a to oznacza, że w sprawach przyszłości można mówić dosłownie wszystko, choćby na zasadzie „papier cierpliwy jest…”, bez konieczności uzasadniania.

Takie myśli mnie naszły czytając wywiad w kwietniowym (już post fukushimowskim) numerze miesiecznika Energia Gigawat z Panią Minister Hanną Trojanowską – pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, pt. „Europa dwóch fobii”, skrót w wersji dostępnej elektronicznej pt. „Jeśli nie atom to co?”. Pani Minister pytana o ew. alternatywę dla energetyki jądrowej w Polsce mówi tak: „Po prostu nie stać nas na to, by nie rozwijać energetyki jądrowej. Bo jeśli nie energetyka jądrowa, to co? (…). Potencjał energetyki odnawialnej mimo wspierania jej rozwoju przez państwo jest na tyle niski, że nie może stanowić substytutu czy alternatywy dla dużych systemowych elektrowni”.

Jestem ciekaw na podstawie jakich to, zapewne głębokich analiz, Pani Minister tak twierdzi. Jaka praca badawcza (nie pytam o ew. zanotowaną przez historyków czy biblistów wypowiedzi Kasandry lub Sybili – panie historycznie zawsze miały większe zdolności przewidywania) upoważnia Panią Minister do stwierdzenia, że „potencjał odnawialnych źródeł (w Polsce) energii jest niski …”. I dlaczego OZE muszą być alternatywą dla ‘dużych systemowych elektrowni” i kto powiedział że przyszłość do takich bohemotów należy ? Mógłbym wskazać wiele opracowań na podbudowie naukowej wspartych dodatkowo “zdrowym rozsądkiem” twierdzących coś wręcz przeciwnego, np. „Small is profitable” czy (przepraszam za nieskromność, ale to akurat rzeczywiście znam:), choć z łatwością mogę wskazać wiele innych) „Scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii w perspektywie długookresowej” (z modelu nie chce wyjć inaczej niż ponad 80% udzial zielonej energii elektrycznej w 2050 i obywamy sie bez elektrowni jądrowych) czy oceny potencjalów OZE możliwych do praktycznego wykorzystania już do 2020 r. Można by też zapytać, którą z opcji OZE czy Atom obecnie, wbrew logice “państwo bardziej wspiera” i czy anagazowanie państwa w Atom i jego promocję, choćby poprzez powolanie wlasnie Pani Minister Trojanowiskiej na pelnomocnika (wraz z calym aparatem i budztem) nie swiadczy o czyms wrecz przeciwnym… Dziwnym trafem, pomimo podjętych wysilkow, nie udalo sie zespolowi Pani Minister potwierdzić tezy o niskich kosztach energii jądrowej w Polsce, ale jakiż to problem powiedzieć, że “nie stać nas nas by (jej) nie rozwijać”.

Od razu dodam, że jesli chodzi o kwestie potencjalow to nie sposób też uzasadnić tezy Pani Minister Trojanowskiej jedynie Polityką energetyczną (PEP 2030), co jest tyle wątpliwym co i czesto bedyskusyjnie uzywanym argumentem, gdyż jedynym uzasadnieniem analitycznym co do udziału OZE w zużyciu energii wysokości 15% w 2020 roku był cel UE wyznaczony dla Polski i nikt nie klopotal sie innymi analizami. Z kolei w okresie do 2030 udział OZE (także bez uzasadnienia analitycznego) zostały dalej zheblowane (tłumaczę to chęcią zrobienia miejsca energetyce jądrowej, choć za rękę autora rządowej prognozy nie złapałem) do ok. 16% w bilansie energii finalnej), co jest ewenementem na skalę światową i dlatego cały świat zapewne czeka do tej pory na wyjaśnienie w tej sprawie.

Jeżeli jednak do znanych z historii Pań przepowiadających przyszłość, oprócz ww. Kasandry i Sybili dołączymy Panią Minister Trojanowską i wyjaśnimy śmiałość w formułowaniu hipotez kobiecą intuicją (mam autentyczny respekt to takich tez) to jak wytłumaczyć prognozę Pani Connie Hedegaard – nie mająca póki co dobrej prasy w Polsce – komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, która firmując projekt nowej „Mapy drogowej UE w kierunku niskowęglowej gospodarki do 2050 roku”(nb. z 8 marca …) podpisuję się pod stwierdzeniem, że nie tylko że spadną emisje CO2 w sektorze wytwarzania energii elektrycznej spadną w UE o 54-68% do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku) , to jeszcze zakłada, że w tym okresie udział energii elektrycznej z OZE sięgnie 75-80% (w 2050 roku do 100%). Nawet jeżeli w Polsce Pani Hedegaard traktowana jest jak zla czarownica, to raczej nikt nie podważa istoty jej tez, tylko co najwyżej twierdzi, że nie odpowiadają one naszym bieżcym interesom.

I kto tu zaklina rzeczywistość, a w szczególności przyszłość? Być może obie Panie, ale zdecydowana większosć prac badawczych, analitycznych, a także zdrowy rozsądek jest blizej Pani Hedegaard. Przy dostępnych potencjalach OZE i trednach kosztow atom-OZE oraz obecnym 30-40% tempie wzrostu energetyki odnawialnej (przy systemtycznym ubytku mocy jadrowych), w udział 17,7 % (wynika to z PEP 2030) energii elektrycznej z OZE zużyciu energii w 2030 roku w Polsce (prawie ten sam co w 2020 roku!) mogę uwierzyć tylko wtedy, gdyby w tym samym czasie dla równowagi w innym scenariuszu 80% transportu w naszym kraju miał stanowić transport konny (owies bowiem to w tym przypadku odnawialne paliwo, a Polska z takim udziałem owsa w bilansie energii w transporcie jest tak samo wiarygodna jak z przewidzianym w PEP 2030 udziałem OZE-E).

Pani Minister Trojanowska, odbiegająca w swoich poglądach znacząco od obecnego stanu wiedzy, jeżeli nie chcę wejść w rolę czarodziejki -od przepowiedni energetycznych lub hochsztaplerki – od klamstwa energetycznego, powinna ujawnić cóż to za nieznana szerzej wiedza tajemna za jej nader skromnymi w stosunku do OZE przepowiedniami stoi…

Kupno Energa przez PGE to też kolejny transfer publicznych zasobów na ATOM kosztem OZE i kolejne pole konfliktu

Poprawność polityczna i szkolne formułki sprawdzają się w poglądzie że „Polska potrzebuje wszystkich źródeł energii” . Blog „odnawialny” stara się nie wchodzić w obszary bardziej odległe od energetyki odnawialnej. Nie zawsze mu wszystko wychodzi, nieprzymierzając jak Kalinie Jędrusik, która wobec zarzutu spowiednika dot. sposobu jej życia towarzyskiego, zadając mu retoryczne pytanie: „Proszę księdza, a co ja jestem Jezus Chrystus?”. Odnawialny blog nie jest też świętoszkiem i, zgadzając się generalnie z tezą że potrzebujemy różnych źródeł energii, ostatnio czepia się i wcześniej czepiał się np. tutaj czy tutaj milutkiego, niewinnego oseska, ba, jeszcze nawet nienarodzonego, jakim jest w Polsce energetyka jądrowa. Odnawialny blog ma też na sumieniu (nie jest to bynajmniej powód do specjalnej dumy) krytykę matki (PGE) upragnionego i dobrze zapowiadającego się dziecka (niekwestionowanym ojcem jest tu rząd) i jej koleżanek (Tauron, Enion, Energa), ale na blogu i w dyskusji blogowej przeciwstawiane były sobie PGE i Energa, jeżeli chodzi o podejście do koncepcji rozwoju korporacji i miejsca w niej dla energetyki rozproszonej. Energa od strony deklaracji i np. ostatniej kampanii SmartEco, przynajmniej teoretycznie, do swojego modelu biznesowego energetyki rozproszonej (decentralizacja wytwarzania) i inteligentnej (tu nietety nic poza licznikami z możliwością zdalnego odczytu nie dostrzegłem) próbowała wprowadzić OZE. Patrząc na nieco abstrakcyjną (dla klienta) ofertę miałem wątpliwości czy to tylko PR przed prywatyzacją, ale generalnie można było to przyjąć jako dobrą monetę i za trochę powiedzieć ”sprawdzam”.

Ostatnia stricte polityczna decyzja rządu o „sprzedaży”, pomimo ostrzeżeń UOKiK, grupy Energa w ręce maga grupy PGE, pod hasłem … dalszych ułatwień w realizacji programu budowy energetyki jądrowej, w zasadzie skazuje ide takie jak SmartEco, nawet jeżeli to był tylko PR, na niebyt. Oznacza to też, że z rynku ubędzie trochę środków na inwestycje OZE, a przybędzie zasobów (infrastrukturalnych i organizacyjnych ale też finansowych, w postaci np. zwiększonej zdolności kredytowej) na inwestycje w energetykę jądrową. Mało tego, budowie programu energetyki jądrowej sprzyjać będzie też to, że odbiorcy energii obsługiwani w przyszłości przez nowego giganta nie będą mieli praktycznej możliwości zmiany (z pewnością z powodu budowy elektrowni jądrowych jeszcze bardziej drogiego) sprzedawcy energii i także w ten sposób „opodatkowany dodatkowym monopolem” cały naród będzie budował elektrownie jądrowe i w “atomowych taryfach” splacal zaciagniete kredyty. Jak za “dobrych czasów” socjalizmu i poprzedniej próby budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu w latach 80-tych.

Za całkowicie nielogiczną uważam wypowiedź Ministra Grada mówiącego że w efekcie przejęcia Energii przez PGE, odbiorcy energii mogą liczyć na … niższe ceny prądu, bo jeżeli „polskie” (podkr. aut.) podmioty będą w stanie zrealizować inwestycje w nowe moce wytwórcze, to będzie więcej prądu, a jak będzie więcej prądu, to będą niższe ceny” . Nie traktuję też poważnie zapowiedzi Ministra, który chcąc uspokoić pomorskich polityków zaniepokojonych zniknięciem jednej z największych firm regionu, powiedział, że Energa zachowa swoją siedzibę i odrębność organizacyjną, PGE ma też zainwestować w nią 5 mld zł i wprowadzić jej akcje na giełdę”. Moim zdaniem nie tylko na wchłonięciu grupy Energa przez PGE, ale i na całej koncepcji budowy na Pomorzu (tak zasobnym w odnawialne zasoby energii) elektrowni jądrowej (jądrowych) region tylko będzie tracił. Nie miejsce tu na rozwodzenie się na ten temat, odsyłam tylko do materiałów z jednego seminariów IEO na ten temat. Co do “korzyści z siedziby”, to zbytnią trywialnością byłoby tez powoływanie się na zapowiedzi PGE z czasów konsolidacji i planowania swojej siedziby w Lublinie. Śmiem jednak twierdzić, że Energa sama mogłaby się bowiem wprowadzić na giełdę i nawet z bardziej atrakcyjna ofertą i bardziej atrakcyjnym wizerunkiem. A skoro ma być zachowana rzekomo odrębność organizacyjna, to połączenie tylko zwiększy koszty a nic nie wniesie, ani rozwiązań organizacyjnych ani nowych technologii, etc.

Zainteresowanych ogólną analizą sytuacji po decyzji rządu odsyłam do krótkiego i moim zdaniem b. dobrego artykułu Konrada Niklewicza i Rafała Zasunia „Rząd na prąd”.

Wracając do OZE, to nie mam pewności na ile silna w sektorze energetyki odnawialnej jest świadomości faworyzowania przez rząd energetyki jądrowej kosztem OZE i wypaczania idei Pakietu klimatycznego UE wspartego na dyrektywie 2009/28/WE a nie na programach budowy elektrowni jądrowych, ale moim zdaniem tu już na spokojną argumentację nie ma czasu. Red. Niklewicz i Zasuń, komentując sam fakt sprzedaży jednej państwowej grupy innej, stwierdzili: „w starciu logiki z polityką zazwyczaj, niestety, wygrywa ta ostatnia”. Biorąc pod uwagę jak kontrowersyjnie i niesprawiedliwie rząd prowadzi sprawy OZE i ATOMU, dodam że to stwierdzenie może mieć zastosowanie też do moim zdaniem nieuchronnej konfrontacji energetyki jądrowej i odnawialnej w walce o te same, będące w ręku rządu i przedsiębiorstw energetycznych, zasoby. Warto mieć świadomość, że pomimo pakietu klimatycznego i jasnej strategii UE w sprawie OZE, w Polsce logika i ekonomika mogą przegrać z polityką po raz kolejny.

Polskie piekło czyli jak dotacje do kolektorów słonecznych budzą śpiące demony

Mógłbym zacząć wprost, że „każde stowarzyszenie społeczne, a zwłaszcza niedoinwestowane stowarzyszenie OZE, reprezentuje głównie interesy swojego założyciela i głównego sponsora, a nie interesy ogółu…”, ale zaczną inaczej.
Kolektory słoneczne do podgrzewania wody użytkowej jako najprostsza i będąca w zasięgu w zasadzie każdego gospodarstwa domowego technologia OZE, odpowiadają indywidualizmowi i wrodzonej przedsiębiorczości Polaków i mają bardzo dobrą prasę. Także poprzez szeroko promowany ostatni program dotacji NFOŚiGW adresowany bezpośrednio dla osób fizycznych (wczesnej program polotowy tzw. projektów grupowych) i programy UE, społeczeństwo dowiaduje się coraz więcej o możliwościach samej energetyki słonecznej i tworzy się masowy rynek wart parę miliardów złotych w najbliższych kilku latach. Masowy rynek to też szansa na obniżkę kosztów i innowacje.
Istnieje jednak sporo zagrożeń. Dotacje psują rynki i w branżach gdzie nie ma silnej konkurencji wpływają na podniesienie cen. Wydaje się jednak, że w sektorze termicznej energetyki słonecznej w Polsce panuje silna konkurencja i to zagrożenie można ominąć. Dobrze byłoby jednak gdyby dzięki dotacjom na rynku pojawiły się nowi gracze, nowe technologie. Inne zagrożenie to brak, mimo dotacji, poprawy jakości urządzeń, a zwłaszcza jakości i ich montażu. Rynek termicznej energetyki słonecznej w Polsce rozwijał się do tej pory w sposób organiczny, był otwarty na rynek światowy (nie tylko w sensie importu, ale także eksportu!) i należy wierzyć że dostawcy technologii i usług nie doprowadzą, przy przejściowo szerszym niż dotychczas dostępie do dotacji i bezpardonowej czasami walce o klientów, do obniżenia jakości, jak to miało np. miejsce w Hiszpanii przy wprowadzeniu powszechnego (na dużą skalę) tzw. „obowiązku solarnego”. Można i tu także być optymistą, ale wypada zdawać sobie sprawę z faktu, że odbiorcy końcowi w Polsce mają ciągle zbyt małą wiedzę nt. technologii, jej użytkowania i rynku, a w zasadzie zbyt mało informacji na ten temat i to stwarza największą okazję dla amatorów szybkiego dorobienia się na „słonecznych dotacjach” i do ew. psucia rynku oraz podważania głębokiej sensowności zaoferowanych programów wsparcia budowy kolektorów słonecznych.
Paradoksalnie największe zagrożenie dla sektora termicznej energetyki słonecznej stwarza dla siebie sama branża w bezpardonowej walce o bieżące udziały na rynku, bez patrzenia na bardziej długookresowe cele. Walka na rynku wzmaga się wraz ze skalą oferowanych dotacji i odbywa się pod różnymi hasłami. Najczęściej, przy określonej polityce cenowej (niestety rynek kolektorów słonecznych do w Polsce dalej głównie rynek ceny), chodzi o „jakość”, znacznie rzadziej o „efektywność”, a najrzadziej o pełną wartość dodaną dla klienta – odbiorcy końcowego (w całym cyklu użytkowania produktu) oraz dla podatnika (koszty i efekty ekologiczne) i gospodarki (konkurencyjność i innowacyjność).
Skoro firmy posługują się argumentem „jakości”, to warto zauważyć, że nie ma w tej chwili obiektywnych kryteriów oceny jakości słonecznych systemów ogrzewania cwu. Dotychczas przyjęte normy światowe, a w szczególności nas obowiązujące normy UE (np. PN-EN 12975-1:2007 Słoneczne systemy grzewcze i ich elementy. Kolektory słoneczne: cz. 1: Wymagania ogólne (oraz cz. 2: Metody badań) dotyczą najbardziej banalnego elementu instalacji słonecznej – samego kolektora słonecznego. Efektywność inwestycji (uzysk) znacznie bardziej zależy od prawidłowego doboru elementów i sposobu użytkowania instalacji. Kolektory słoneczny są produkowane seryjnie, a jeden egzemplarz podlega badaniom na stanowisku badawczym (zgodnie z normą, niestety niektóre z rodzajów kolektorów słonecznych, np. koncertujących energię promieniowania słonecznego, śledzących, itp. nie mają „swojej” normy) i to staje się podstawą do wydawania certyfikatu, który wobec klienta/inwestora użytkownika jest świadectwem „jakości”. Można powiedzieć „dobre i to”, ale problem polega na tym, że to tylko jeden z elementów instalacji, badany w określonych/umownych warunkach, a wyniki badań dostarczają odbiorcy jeszcze mało praktyczną informacją. Jej odpowiednikiem w języku kierowców jest np. informacja o zużyciu paliwa przez dany silnik, w „uogólnionym” samochodzie, bez informacji jaki to samochód i jakie są jego inne cechy, np. liczba pasażerów, amortyzacja, pojemność bagażnika itp.. Jeszcze większy problem jest z interpretacją przez klientów wyników badań przedstawionych w postaci tzw. znormalizowanej i zlinearyzowanej charakterystyki cieplnej kolektora słonecznego. Wynika z faktu, że jedyny „łatwy” do odczytania parametr takiej charakterystyki to punkt jej przecięcia z osią pionową, zwany (maksymalną) sprawnością optyczną kolektora słonecznego. Interpretacja w języku kierowców brzmiałaby tak: jakie zużycie paliwa miałbym „uogólniony” samochód z danym/przebadanym w laboratorium silnikiem, gdyby jechał bez obciążenia, ze stałą prędkością, po poziomej autostradzie, na idealnym paliwie, bez wiatru itd., a wiadomo że w praktyce 90% jeździmy w ruchu miejskim, wożąc dzieci do przedszkola. Klient i użytkownik kolektora słonecznego sprawnością optyczną nie powinien się w ogóle zajmować ani przejmować. Dodatkowym problemem jest też to, czy zdaniem uczestników rynku wystarczające są badania zgodnie z ww. normami potwierdzonymi przez krajową jednostkę certyfikująca, czy też rzeczywiście niezbędny jest np. znak handlowy Solar Keymark dotyczący przede wszystkim charakterystyki cieplnej samego kolektora słonecznego.

Niestety, walka o kontrakt pod sztandarem niezwykle wąsko rozumianej „jakości” utożsamianej ze współczynnikiem sprawności optycznej i innymi trzeciorzędnymi cechami instalacji słonecznej o praktycznie zerowym znaczeniu dla odbiorcy, mało nie wywróciła pierwszy prawdziwie duży „projekt grupowy” w Szczawnicy, finansowany jako pilotaż przez NFOSiGW. Osoby zainteresowane „walką” odsyłam do rzeczowego (na ile to wydaje się być możliwe) opisu spraw „około przetargowych”. Zwracam tylko uwagę, że dyskusja nie dotyczyła istoty sprawy – największych korzyści; ekonomicznych dla użytkownika i ekologicznych dla podatnika w całym cyklu użytkowania instalacji, ale zabaw słownych (np. „trybu akredytacji” konkurencyjnych wyrobów) i podważania jakości badań którymi posługiwali się różni oferenci. Całego programu mało nie wywróciła, skądinąd bardzo zasłużona w Polsce firma Hewalex, która nie mogła pogodzić się z przegraną w przetargu, a być może także z utratą palmy pierwszeństwa na krajowym rynku. W takich okolicznościach trudno wymagać od instytucji finansującej NFOSiGW ochoczej kontynuacji „programów grupowych”. Na podobne problemy natrafił EkoFundusz w przypadku finansowania dużego, złożonego projektu dla spółdzielni mieszkaniowej w Łodzi i rozstrzygnięcia przetargu na niekorzyść firmy Hewalex. Z obawą należy przyglądać się przetargom na wiele innych grupowych projekty które będą organizowane tym razem w ramach RPO w okresie 2010/2011. Są to bowiem od strony organizacyjnej bardzo skomplikowane projekty, wybór technologii i dostawcy ma skutki wielokrotnie większe niż w przypadku pojedynczej inwestycji, a gra o wysoką wygraną zawsze sprzyja emocjom i budzeniu demonów.
Nie chcę sam demonizować ww. przypadków (rynek i jego uczestnicy to wszak nie „Baranki Boże”), ani też niezadowolonej (raz jednej, raz innej firmy). Chciałbym jednak zwrócić uwagę na nieoczekiwane następstwa „walki”, przeniesionej w niejasny sposób poza bezpośredni rynek na pole instytucji badawczych, certyfikujących, finansujących i administracji publicznej, które moim zdaniem jest zdecydowanie szkodliwe dla całego sektora termicznej energetyki słonecznej. W wyniku przegranej w przetargach „grupowych”, a jeszcze przed uruchomieniem przez NFOSiGW obecnego programu dotacji dla osób fizycznych, firma Hewalex rozpoczęła dwie kampanie. Jedną na rzecz ustanowienia jako powszechnie obowiązującej zasady bezwzględnego wymogu stawianego przez fundusze posiadania przez oferenta instalacji słonecznej znaku handlowego Solar Keymak. Natrafiając na pewien opór w tej sprawie, rozpoczęła kampanię dyskredytacji w mediach i w donosach do instytucji finansujących i do polskiego centrum akredytacji (PCA) na jedyne w Polsce akredytowane laboratorium badań kolektorów i jedynej w Polsce jednostki certyfikującej, które działają jako jednostki organizacyjne w instytutach resortowych IPiEO i IBMER i które prowadziły badania i wydawały zgodnie z prawem i wymogami norm, ale bez dodatkowego certyfikaty Solar Keymark. W tej drugiej sprawie zarzuty Hewalexu dotyczyły, zdaniem tej firmy, zawyżonych wyników badań sprawności kolektorów słonecznych w IPiEO (dowodow na to swiat nie zobaczył) i np. „rolniczego” rodowodu IBMER (argument bez znaczenia), więcej – więcej. Zarówno IBMER jak i IPiEO przechodzą obecnie bardzo trudny czas restrukturyzacji i głębokich zmian organizacyjnych. W efekcie kontroli i audytów PCA oraz koniecznosci odpowiedzi na zarzuty, od marca do chwili obecnej IPiEO nie wykonuje badań kolektorów słonecznych (ponoszac niebagatelne koszty utrzymania laboratorium), a niewiele brakowało, aby IBMER (obecnie ITP) przestał odnawiać wydane wcześniej i wydawać nowe – tak potrzebne obecnie dla krajowych firm wchodzących na rynek – certyfikaty. Pod hasłem walki o „jakość”, na okres „górki dotacyjnej” 2010/2011 znaczna część firm została wyeliminowana, bo certyfikaty są “zwyczajowo” wymagane, a ich zdobycie zagranicą oznacza duży koszt dla krajowej firmy i znaczny czas oczekiwania na dokumenty potwierdzające spełnienie wymogów na same kolektory słoneczne.

Ale czy tu naprawdę chodzi o „jakość” z punktu widzenia wartości dla klienta i użytkownika końcowego? Wątpię. Pan Leszek Skiba, prezes firmy Hewalex komentując propozycje programu dotacji NFOSiGW dla właścicieli domów, narzekając że Fundusz nie precyzuje gdzie w instalacjach dotowanych zaleca stosowanie ciepłomierzy, wyśmiewa samą (sprowadza do absurdu i kwituje także w innych, podobnych do wyzej cytowanego artykułu wypowiedzi „jako kompletny bezsens” ) ideę instalowania ciepłomierzy. Podważa też brak precyzji w ramowym opisie programu pomiarów w określenia miejsc gdzie urządzenia pomiarowe mają być zainstalowane tak jakby nie wiedział o dziesiątkach (jeśli nie setkach) konfiguracji budowy domowych instalacji słonecznego podgrzewania wody użytkowej i że tu bardziej chodzi o ideę której praktyczna realizacji zależy od konkretnej lokalizacji, świadomości i wiedzy nabywcy system/użytkownika nt. tego czego może wymagać od dostawcy technologii/instalatora. A chodzi o pomiar który pozwala zweryfikować jakie rzeczywiste efekty energetyczne (pośrednio ekologiczne) i ekonomiczne w dłuższym okresie uzyskuje użytkownik, coś znacznie ważniejszego niż zadeklarowana (i niesprawdzalna w trakcie eksploatacji) sprawność optyczna czy nawet cała charakterystyka cieplna kolektora. Czasami aby się zorientować jak (i czy?) pracuje instalacja słoneczna łatwiej byłoby np. wykonać pomiar dodatkowego zużycia energii z paliw kopalnych na przygotowanie cwu i mierzyć całkowitą energię zużytą, a niekoniecznie dokonywać bezpośredniego pomiaru wkładu energii promieniowania słonecznego w zużycie energii do przygotowania cwu. Ale pomiar/monitoring to jedyna rozsądna metoda dbania o interes odbiorcy końcowego. Zupełnie niezrozumiałe z punktu widzenia interesu odbiorcy końcowego jest podważanie przez Hewalex idei monitorowania wskazań ciepłomierzy (zgodnie z propozycją NFOŚiGW – wyrywkowego) kosztem fetyszyzowania jako jedynego miernika faktu posiadania certyfikatu Solar Keymark ,przyznawanego przez skądinąd także zasłużone w UE stowarzyszenie ESTIF, którego w członkiem (aby zostać członkiem trzeba wnieść stosowną do wielkości firmy składkę członkowską) w tym roku stał się, jako jedyna polska firma, właśnie Hewalex. Chyba dobrze się stało, że jak dotychczas NFOSiGW nie uległ presji i zostawił w swoim najnowszym programie pewną dowolność w tym zakresie.

W całym tym sporze wynikającym z bezpardonowej walki o rynek lub bronienia zdobytej na nim pozycji, nie tylko ginie z oczu interes odbiorcy końcowego, ale też żywotny interes całego sektora energetyki słonecznej w Polsce. Polska jako jedyna w Europie Środkowej miała, zbudowane pod koniec lat 80-tych, w ramach rządowego programu badań podstawowych, laboratorium badań kolektorów słonecznych wyposażone w symulator promieniowania słonecznego. Dysponentem tego laboratorium była Politechnika Warszawska i potem Instytut Podstawowych Problemów Techniki PAN i skądinąd też zasłużone dla początków termicznej energetyki słonecznej osoby związane z Polskim Towarzystwem Energetyki Słonecznej PTES, którego członkiem jest firma Hewalex, a Prezes Skiba członkiem zarządu (jako jedyny, wywodzący się z przemysłu i jedyna z firm „słonecznych” będąca członkiem.
Laboratorium, symulator i włożone w niego środki publiczne zostały zmarnowane. Nie było modernizowane i nikomu nie zależało aby szerzej służyło firmom w rozwoju technologii i badaniom, nie mówiąc już o badaniach w trybie akredytacyjnym” na rzecz uzyskania wymaganych certyfikatów. W 2001 roku IBMER podjął wysiłek budowy najpierw zewnętrznego laboratorium (do badań kolektorów słonecznych w warunkach naturalnego promieniowania słonecznego), a potem IPiEO zbudowało ze środków UE 2004-2006 na badania i rozwój (SPO WKP) za niebagatelną kwotę stanowisko do badań kolektorów słonecznych strumieniem światła symulującym promieniowanie słoneczne wg norm EN (novum nawet jak na kraje „starej UE”). Byłem sam jednym z inicjatorów tej, obliczonej na długookresowy efekt idei, ale myślę że wszystkim łatwo sobie wyobrazić jak trudne jest uruchomienie badań na symulatorze spełniającym normy EN, przy istniejących ograniczeniach budżetowych i jeszcze podówczas ciągle słabym rynku krajowych producentów konkurencji oraz zagranicznych laboratoriów. Osoby i instytucje odpowiedzialne doprowadziły jednak inwestycję do końca w 2007/2008r. W pierwszym okresie eksploatacji mogą pojawić się ew. błędy pomiarowe, ale jeżeli do błędów by doszło, trzeba byłoby je konkretnie określić i wskazać ich przyczyny oraz wyeliminować w zwykłym trybie utrzymania jakości i nadzoru. Zamiast jednak ew. wskazań rzekomych błędów czy wątpliwości pojawiły się donosy do organów administracji państwowej i nieudokumentowane niczym paszkwile prasowe. Prowadzi to wprost do upadku tego unikalnego w skali kraju i Europy Środkowo-wschodniej laboratorium. Wszystko wskazuje na to, że do tego zmierzały zarówno działania Hewalex jak i wspierającego go „w imieniu sektora i odbiorcy końcowego” PTES i że są one niestety bliskie „sukcesu”.

Po dwu latach działalności laboratorium, które wsparło przemysł i nadało rangę Polsce na arenie międzynarodowej, byłaby to olbrzymia strata dla krajowej termicznej energetyki słonecznej. To utrata potencjału rozwoju innowacyjności (w badaniach prototypów poza system certyfikacji) i szans na szybkie wprowadzania na rynek urządzeń wchodzących do produkcji seryjnej. To strata środków publicznych na budowę laboratorium i zahamowanie tworzenia konkurencji na rynku oraz znaczące osłabienie szans na wchodzenie na rynek krajowy i zagraniczny nowych rodzimych firm. Zdecydowanie nie służy to ani odbiorcy końcowemu, ani podnoszeniu konkurencyjności gospodarki ani interesowi polskiego podatnika. Trudo wymagać od uczestnika rynku jak Hewalex, że będzie patrzył dalej niż na koniec własnego nosa. Nawet jeśli uznamy destrukcyjne działania medialne uczestnika rynku za „próbę ochrony przed nieuczciwą konkurencją”, oraz że uprzykrzające laboratoriom i jednostkom certyfikującym życie indywidualne donosy do organów administracji i agend płatniczych to dopuszczalna forma dokuczania konkurentom, to dobrze jednak wiedzieć, że o taką właśnie perspektywę chodzi. Można tylko zapytać, co się stało, że jeden z uczestników rynku (zasłużonym historycznie, ale bynajmniej nie największym) może być tak skuteczny w walce o własne cele? Czy ma wsparcie znaczącej części innych uczestników rynku, czy tylko „swojego stowarzyszenia”?

Dlatego gorzej jest z oceną postawy zaangażowanego w jednostrinny loobing (np. pisma do organów administracji) PTES, które odbierane przez organa administracji jako reprezentant całego sektora, powinno patrzeć znacznie dalej, nie być lobbystą na rzecz jednej firmy produkcyjnej, której de facto reprezentuje i nie odreagowywać porażek „badawczych” na członków zarządu i założycieli. Jak pogodzić cel główny stowarzyszenia prezentującego się za naukowe („celem jest wspieranie działalności naukowej i technicznej” z nieponoszeniem odpowiedzialności za negatywne skutki swych działań w tym właśnie priorytetowym obszarze? Bezsensowna, odwieczna wręcz walka założycieli PTES (też mimochodem PW i IPPT) z budującym laboratoria IBMER, potem IPiEO (jako rzekomymi konkurentami) na swoją długie tradycję i niczemu konstruktywnemu obecnie nie służy.

Jest tyle ważnych spraw do rozwiązania w sektorze termicznej energetyki słonecznej jak np. kwestie wdrożenia nowej dyrektywy 2009/28/WE, w tym określenie miejsca energetyki słonecznej w krajowym planie działań w zakresie OZE (por. rozrzut stanowisk w tej sprawie stowarzyszeń OZE i milczenie innych, w tym PTES), szkoleń dla instalatorów zgodnie z wymaganiami dyrektywy (niedługo nie będą mogli instalować systemów, o ile stosownego certyfikatu nie uzyskają), niezbędnych kampanii informacyjnych dla odbiorców końcowych, wsparcia dla krajowego przemysłu, w tym MŚP. Tymczasem w ostatnim wywiadzie dla miesięcznika Czysta Energia, Prezes PTES – Pani Prof. dr hab. inż. Dorota Chwieduk zajmuję się promowaniem Solar Keymark, zrzeszającym obecnie jedyne zagraniczne laboratoria, jako rzekomo jedynym panaceum na „jakość” w Polsce i kwestiami … terminologicznymi energetyki słonecznej (nb. niepoprawnie zresztą używając niektórych z nich, typu: „energia cieplna”). Nie widać w tym żadnej poważniejszej refleksji nad diagnozą sektora termicznej energetyki słonecznej, ani szerszej perspektywy pracy na rzecz tego sektora w Polsce, w tym koniecznych innowacji, których nie da się wdrążać bez własnych laboratoriów. Ostateczna rekomendacja Pani Profesor brzmi: „Konieczne jest … aby cały sektor energetyki słonecznej – cieplnej i fotowoltaicznej – występował wspólnie, tworząc silne lobby „słoneczne”. Moje skromne pytanie brzmi czy o to rzeczywiście chodzi odbiorcom końcowym i czy na tym powinno państwu zależeć?

Sądzę, że trudno będzie o integrację sektora w samym sektorze termicznej energetyki słonecznej, bo bieżące interesy uczestników rynku przeważają nad myśleniem o przyszłości. Bezpośrednio można to było zaobserwować przy próbie zainicjowania (zresztą skutecznie storpedowanej) dyskusji nad utworzeniem przemysłowego stowarzyszenia termicznej energetyki słonecznej. Nisko należy oceniać szanse na szersze porozumienie w sektorze termicznej energetyki słonecznej w sprawie uzgodnienia kryteriów formalnej i rynkowej oceny kolektorow słonecznych w instalacjach cwu uwazgledniajacych prawdziwą wartosć dla klienta, Np. wyeliminowanie z walki o klienta poslugiwania się jako kluczowym kryterium optycznej sprawnosci, ktora jest sprawnoscią pozorną, na rzecz rzeczywistych uzysków z 1 m2 instlacji i z zainwstowanej złotówki. To drugie wymaga jednak ciezkiej organicznej pracy, opomiarowania, wziecia na siebie ryzyka, zmiamy modeli (zalecane wzory) umów na montaż instalacji, itp. W komitecie CEN trwają prace nad normami dotyczacymi wymagan dla całosci instalacji nie tylko kolektora słonecznego. Idąc w tym kierunku sami możemy cos sensownego dla krajowego rynku zaproponować. Normy i standarty UE są dla mądrych i przewidujących i aktywnie uczestniczących w ich tworzeniu i stosowaniu (rola PKN, nauki i przemyslu). Ale jak aktywnie uczestniczyć gdy Polska pozostanie krajem bez własnego laboratorium? Bez tego jedyna korzysc dla Polski z normalizacji sprowadzi sie do wierszowek za tłumaczenie norm EN na PN, a reszta będzie kosztem społecznym.

Sądzę zatem, że tymczasem należy skupić się nad rzetelnym informowaniem (nawet nie paternalistycznej edukacji czy tym bardziej “promocji” rozwiązań) odbiorców końcowych o uwarunkowaniach technicznych, ekonomicznych ale i rynkowych termicznej energetyki słonecznej, tak aby klienci wiedzieli o co pytać i czego oczekiwać i wymagać od dostawców usług i urządzeń. Tego typu dyskusje odbywają się na dedykowanych forach internetowych (dobrze jak nie są związane z konkretną ofertą) np. można tam napotkać takie niezwykle rozsądne opinie, np.: „Obecna sytuacja jaka panuje na rynku kolektorów jest bardzo niekorzystna zwłaszcza dla konsumentów. Ciężko przebrnąć przez gąszcz instytucji certyfikujących, certyfikatów, zasad certyfikacji. Każdy producent powołuje się na badanie które są akurat korzystne dla sprzedawanych dla niego produktów… Szkolenia (dla instalatorów) bardziej nastawione jest na propagandę=promowanie firmy niż na fachowe podejście do tematu instalacji solarnej optymalizacji zysków i redukcji kosztów. Dlatego twierdzę że podstawą unormowania tej sytuacji w pierwszej kolejności będzie wprowadzenie minimalnych wymogów/standardów gwarantujących użytkownikowi poprawność działania instalacji. Standardy takie należy wprowadzić oczywiście dla całej instalacji a nie jedynie kolektorów…. Propaganda która idzie od samej góry czyli producentów poprzez dystrybutorów, sprzedawców i instalatorów. Coraz bardziej popularne testowanie kolektorów i certyfikaty SOLAR KEYMARK niewiele tu pomagają. Tego typu praktyki są nagminne gdyż nie ma sprawdzonych systemów kontroli która w przypadku instalacji solarnych nie jest łatwa. Producenci dobrze o tym wiedzą, przecież zawsze można zrzucić winę na warunki atmosferyczne i wiele innych czynników które są niezależne od producenta kolektora. Dodatkowo prawo zbyt słabo chroni w tym przypadku konsumenta nie ma żadnych wypracowanych szybkich mechanizmów dochodzenia swoich praw a wizja wieloletniego i kosztownego procesu sądowego większość skutecznie odstraszy…”

Niezwykle pozytywnie należy ocenić takie kampanie informacyjne jak Kibicuj Klimatowi, oderwane od interesu jednej firmy słonecznej, nawet jeśli związana z interesem dostawcy gazu. Wśród firmowych blogów firm słonecznych, pod względem wartości informacyjnej wyróżnia się SolarBlog firmy Viessmann. Jak zwykle niezależne opinie i komentarze można uzyskać na blogu Solaris. Zrealizowane zostały regionalne kampanie informacyjnej, jak np. na Podkarpaciu, Instytut Energetyki Odnawialnej właśnie uruchomił stronę internetową dla odbiorców końcowych, ale to wszystko kropla w morzu potrzeb i nigdy nie ma pewności na ile najważniejszy jest tu interes społeczny. Potrzebna jest ogólnopolska, rządowa i nie skromniejsza od jądrowej ale uniezależniona od jednego gracza (por. poprzedni wpis) kampania informacyjna aby rynek energetyki słonecznej stał się rzeczywiście rynkiem świadomego użytkownika końcowego. To o i jego długotrwały interes muszą walczyć firmy oraz o niego i interes krajowego przemysłu musi walczyć państwo. W takim otoczeniu na nie będzie demonów, a i polskie piekło będzie bardziej znośne :) .

Intymne sprawy energetyki jądrowej w sezonie ogórkowym

Co może być bardziej intymnym tematem w energetyce jądrowej i o czym dżentelmeni nie rozmawiają ? Oczywiście pieniądze i koszty, chciałoby się powiedzieć – pełne koszty w rachunku ciągnionym . Ale w sytuacji gdy chodzi o pieniądze publiczne i o koszty działalności aparatu rządowego , a te w energetyce jądrowej odgrywają znaczącą rolę, o tym nie tylko wypada, ale chyba trzeba rozmawiać.

Z początkiem wakacji chyba nawet bardziej niż na „odnawialny KPD” (kilka poprzednich zagajeń na odnawialnym) czekałem na wyniki opracowania “Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. Takie bowiem opracowanie na koniec czerwca 2010 roku zapowiada rządowy harmonogram działań na rzecz energetyki jądrowej z lipca 2009 i byłem przekonany że właśnie to drugie opracowanie wezmę ze sobą na nadbałtycką plażę, razem z książką Jacka Dukaja “Lód” (jak bardzo gorąco i “klimatycznie” ), Jerzego Sosnowskiego „Instalacja Idziego” (jak leniwie, coby z oddali popatrzeć na zostawioną zepsutą “warszafkę”) lub Muraki Hurakami “O czym mówię jak mówię o bieganiu” (jak pogoda taka, że tylko biegać wzluż plaży i powiedzieć sobie: “sprawdzam cię stary”). Co do KPD, to od pewnego już czasu wiedziałem, że raczej nie będzie to wielkie dzieło. Tak naprawdę, to wiedziałem o tym w momencie przeczytania innego “ciężkiego” opracowania jakim jest PEP’2030, z którego wynikało że pisarz – Ministerstwo Gospodarki na opracowania i „grę wstępną” zarezerwowało 350 mln zł do 2012 roku, a na OZE max 0,2 mln zł, co zrazu, jak przystało na właściwą mi i wymaganą przez czytelników (?) „czujność rewolucyjną” oprotestowane zostało na odnawialnym.

Okazało się jednak, że Ministerstwo Gospodarki nie opublikowalo żadnego z zapowiadanych tegorocznych hitów wydawniczych na wakacje. I dalej nie wiemy czy OZE czy ATOM są bardziej opłacalne na 2020, 2030 i 2050 i dalej. Różnica jest taka, że KPD poszło do recenzji (konsultacji społecznych) i póki co nie wrócilo…, a „analiza porównawcza kosztów …” nie. Jedynie fragmenty tej wykonanej jednak analizy zostały „wykradzione przez SEP” i pojawiły się w sieci w postaci podsumowania, z której wynika że koszty wytwarzania energii elektrycznej w EJ „przewidzianej do uruchomienia około 2020 r.” wynoszą ok. 57 Euro/MWh!!! (Komisja Europejska, uwzgledniając takze zamortyzowane jądrówki szacuje te koszty rednio w calej UE na 55-90 Euro/MWh). Szkoda, że cały naród nie może powszechnie cieszyć się z tych niezwykle optymistycznych informacji i wyników na zasadzie “Polak potrafi”. Czyli nici z zajmującej lektury plażowej :) .

Jedyna szansa na ciekawą lekturę w tym, że jako nieświadomy kosztów i z natury sceptyczny obywatel zaraz po wakacjach stanę się tzw. grupą docelową” zapisanej też w cytowanym powyżej „rządowym harmonogramie” kampanii informacyjnej na temat energetyki jądrowej, a w zasadzie korzyści a nawet konieczności dziejowej jej rozwoju w Polsce. Celem tego działania jest bowiem “przedstawienie społeczeństwu wiarygodnej i rzetelnej informacji na temat energetyki jądrowej oraz poprzez działania edukacyjne podniesienie w społeczeństwie wiedzy w tym zakresie”. Jak twierdzi dyrektor departamentu energii jądrowej w Ministerstwie Gospodarki Mirosław Lewiński „za 22 mln zł zadba o to jedna z grup PR-owskich, które wygra przetarg za 22 mln zł do końca 2012 roku (w br. „tylko” 6 mln zł). Widać, że rządowe wydatki na energetykę jądrową są sztywną pozycją z budżecie państwa, niezależnie od kryzysów gospodarczych i deficytów budżetowych i nie wymagają uzasadnienia ekonomicznego. Dodam tylko że w założeniach do projektu KPD ministerstwo napisało, że do 2012 roku, z ww. powodów żadnych nowych instrumentów wsparcie dla OZE nie będzie. Autorzy KPD wyraźnie też napisali że OZE nie może liczyć na rządową kampanię informacyjną, wsparcie organizacyjne szkoleń dla instalatorów OZE czy jakikolwiek program badawczy.

Kończąc z sarkazmem, wszak letnia kanikuła wymaga więcej optymizmu i pozytywnego myślenia, chciałbym krótko odnieść się krótko wlasnie do budżetów na badania naukowe (B+R) w energetyce jądrowej. Tego typu środków, co do zasady, należy zawsze bronić. Wypada tylko patrzeć na sensowność ich wydatkowania. W ww. rządowym harmonogramie jest przewidziane ciekawie pomyślanie (prowadzone ponoć od 2009 roku) działanie na rzecz rozwoju zaplecza naukowo-badawczego, które przewiduj utworzenie Narodowego Laboratorium Badań Jądrowych, „stanowiącego strukturę organizacyjną dla instytutów wyspecjalizowanych w dziedzinach badań i zastosowań jądrowych”, które byłoby finansowane przez dotacje na wspólną infrastrukturę. Niestety, nie wiadomo tu nic nt. kosztów, na które jednak musimy być przygotowani i które (tu słusznie?) nie powinny obciążać (przynajmniej w całości biznes planu na pierwszą polską elektrownię jądrową. Pytanie tylko, czy są to wydatki sztywne i na jakie cele badawcze zostaną przeznaczone. Odwołam się tu do budżetów UE na badania w zakresie energii.
Obecnie środki na B+R w UE są w kwocie 53,2 mld Euro na lata 2007-2013 zgromadzone na koncie tzw. 7 Programu Ramowego. W tym 2,35 mld Euro przeznaczone jest na energetykę (w tym OZE) oraz w oddzielnej linii i na razie tylko do 2011 roku – 2,75 mld Euro w ramach Eurotom, w tym na badania w zakresie fuzji jądrowej (o czym dalej) 1,95 mld euro, tzw. program ITER. Widać, że na poziomie UE budżety B+R na Atom trzymają się dobrze, ale są jednak porównywalne z OZE. Pełniejszy przegląd struktury tych kosztów w ostatnich latach jest tutaj. Jak widać, są to środki niebagatelne, ale okazuje się, że nie wszystkie.

Ostatni The Economist w ciekawym artykule o chwytliwym tytule „Expensive ITERation” odsłania kulisy finansowania prac nad fuzją (syntezą) termojądrową. Dla mniej zorientowanych i dla porządku dodam, że w Polsce planowana jest oczywiście „tradycyjna elektrownia jądrowa bazująca na procesie rozszczepienia a nie syntezy jąder atomowych. Ale poruszony temat jest bardzo ciekawy, nawet jak cześć zawartych w nim informacji jest powszechnie znana. Naukowcy od lat 50-tych ubiegłego wieku w sposób ciągły obiecują że za 20-30 lat uda się opanować i wdrożyć technologię fuzji termojądrowej do produkcji energii elektrycznej i trochę na zasadzie „never solve a good problem” nabijają swoje budżety na badania w tym zakresie. W tej chwili mówią, że jeżeli badania te w sposób ciągły i intensywny będą finansowane to może ok. 2050 roku cel zostanie osiągnięty. Obecnie badania te są prowadzone w ramach programu ITER. UE ponosi ok. 45% tych kosztów i jest tzw. „większościowym sponsorem”; inni donatorzy to: USA, Chiny, Indie Japonia, Rosja, Korea Płd. Ale cierpliwość podatnika europejskiego i instytucji UE (Parlamentu i Komisji -KE) powoli ulega wyczerpaniu. Szacunki kosztów ITER z 2006 r. opiewające na kwotę 10 mld Euro (w tym 5 mld na etapie budowy), zostały już na etapie bodowy 3-krotnie przekroczone. KE zwróciła się do krajów członkowskich o wysupłanie 1,4 mld Euro z własnych kieszeni na ten cel do 2013 roku, a te entuzjazmu nie wykazaly. Pod wpływem już poniesionych kosztów, KE proponuje aby środki na kontynuacje programu zabrać ze wspólnej polityki rolnej (CAP). Jestem ciekaw co na to rząd RP? Koalicją to pewnie nie zatrzęsie, ale :)

Są to pewnie niezbyt reprezentatywne przykłady, ale skłaniają do postawienia tezy, że w procesach planowania w energetyce jądrowej wszystko jest drogie, a w realizacji znacznie bardziej. Dlatego o kosztach i pieniądzach w tej branży należy rozmawiać w sposób ciągły i, inaczej niż w świecie „normalnego” biznesu, od tego zaczynać każdą rozmowę, a nie na tym kończyć. Na każdym etapie trzeba pokazywać wszystkie koszty. Inaczej naszym dzieciom zostawimy niezapłacone rachunki, a fakt że będziemy wyedukowani jak dobry jest ATOM za państwowe pieniądze nic tu nie zmienia, bo jak zwykle tak naprawdę nauczymy się dopiero na własnych błędach czy przemilczeniach. Pewnie też od tego trzebaby zacząć “wiarygodną i rzetelną” kampanię informacyjną.

3 lipca 2010, 11:43przed południem
OZE:
by grzegorzwisniewski

1 comment

Na krajowy plan działania w zakresie OZE przyjdzie nam poczekać , tylko czy odłączany od kroplówki pacjent wytrzyma?

Odnawialny blog postanowił ten rok poświęcić na monitorowanie tworzenia Krajowego planu działania na rzecz energii ze źródeł odnawialnych (KPD) i wdrożenie dyrektywy 2009/28/WE. Ale miałem nadzieję, że jadąc na tegoroczne wakacje w zasadzie wszystko będzie już jasne, w szczególności to na co mogą liczyć inwestorzy. Wypada zatem aby czytelnikom „odnawialnego” przedstawić raport okresowy – półroczny, tym bardziej że wywróciły się wszystkie harmonogramy i za chwilę energetyka odnawialna znajdzie się na długim zakręcie, za którym mogą być następne i zamiast oczekiwanego przyśpieszenia sektor może całkiem wyhamować.

W dość optymistycznym wpisie noworocznym pisałem że (zgodnie z wytycznymi KE) rządy przygotowują KPD które MUSZĄ być znane do końca czerwca 2010 r., a założenia (wstępne prognozy) do KPD POWINNY być przesłane przez rządy do Komisji Europejskiej do 31 grudnia 2009”. Mając perspektywę całego roku, nawet mi do głowy nie przyszło, że dyrektywa może nie być wdrożona prawnie (wymóg formalny) do końca 2010 roku.
Wiedziałem bowiem, że sytuacja oczekiwania na zmiany jest najgorsza z możliwych sytuacji na rynku, podnosząc ryzyko inwestorskie, koszty pozyskania kapitału i wydłużanie tego okresu doprowadzi do zamrożenia inwestycji, bez których kraj tak zapóźniony w rozwoju sektora OZE (sektora o anachronicznej strukturze i spadającym tempie rozwoju) skazuje się dobrowolnie na nieosiągnięcie celu na 2020 r. i poważne konsekwencje. Nie trudno zauważyć, żenawet nie osiągając celów już na 2010 r., Polska wykorzystała wszystkie proste (nie znaczy że tanie)rezerwy, nie rozwinęła rynku nowych, efektywnych technologii OZE, a system wsparcia OZE to przykład niegospodarności, nieefektywności i braku wyobraźni. Można do tej kolekcji dodać jeszcze że 2010 rok,to w zasadzie ostatni rok dostępu inwestorów do kończących się właśnie środków pomocowych z funduszy UE na OZE, a na następne trzeba będzie poczekać w praktyce do przełomu 2015/2016.
Miesięczne spóźnienie się Polski ze wstępną prognozą rozwoju OZE do 2020 r. nie było jeszcze dramatem(co prawda tylko 3 z 27 krajów UE miały większe spóźnienie, ale jedynie 15 wykonało pierwsze zadanie w terminie), bardziej dramatycznie wyglądał brak uzasadnienia prognoz i podówczas tylko podejrzenie o swego rodzaju „sufitologię stosowaną” jako przyjętą metodę pracy nad KPD; por. tutaj i tutaj.
W dniu opublikowania (25 maja) już właściwego, nadzwyczaj długo oczekiwanego projektu KPD jasne się stało że do końca czerwca trudno będzie rządowi przesłać spełniający wymogi dokument do Brukseli, a już chyba nie było nikogo z sektora OZE kto wierzył, że to będzie dobry dokument. Dałem wyraz pesymizmowi i już wtedy, pomimo zachęt ze strony dziennikarzy, trudno mi było znaleźć jakikolwiek pozytywny wariant dalszego rozwoju wypadków , przynajmniej w Polsce.

Teraz nie ma już wątpliwości, że kroczymy drogą czarnego (a nie zielonego, bynajmniej) scenariusza, ale też już dużo bardziej wyraźnie widać, że „czarna zaraza” się rozprzestrzenia po UE. Tylko 2 kraje UE dostarczyły do Brukseli swoje KPD na czas (do 30 czerwca): Dania i Holandia. Widać, że rządy krajów UE nie radzą sobie z opracowaniem swoich KPD. Dania i Holandia mają swoje powody aby być liderami w tych działaniach. Należą one bowiem do krajów, które mają stosunkowo największą drogę do pokonania aby osiągnać swoje cele na 2020 r.: Dania musi podnieść swoje udziały o 12,8% (więcej ma do zrobienia tylko Wielka Brytania –o 13,5%) , Holandia o 11,3%, podczas gdy średnia w UE to 10,8% (aby dojść do 20% w 2020 roku), Polski to 7,5 % (najkrótsza drogę do celu mają Czechy – 6,5%). Warto jednak pamiętać, ze Polska to kraj zacofany pod względem rozwoju technologii, prawa, instrumentów wsparcia i instytucji i nie ma tu ani chwili do stracenia.

Ministerstwo Gospodarki, odpowiedzialne za KPD, przyznało ,że wystąpiło do KE o przedłużenie terminu dostarczenia KPD do końca sierpnia. Przyznało, że konsultacje międzyresortowe nie zostały zakończone (skądinąd wiadomo, że największe obiekcje zgłasza nie tylko ministerstwo środowiska – odpowiedzialne za cały Pakiet klimatyczny UE, ale i ministerstwo finansów) oraz że trwają konsultacje społeczne. Niestety konsultacje dotyczą dokumentu z 25 maja, który nie posiada (por. poprzednie wpisy) potencjału do rzeczywistej poprawy. Jestem przekonany, że czas do końca sierpnia byłby lepiej wykorzystany gdyby ten dokument opracowany został od początku, bo dalsza wiwisekcja i analizowanie „zupy pomidorowej” (termin z poprzednich wpisów) przez resorty i organizacje pozarządowe nie ma sensu.

Na ww. problemy stricte merytoryczne i terminowe nakłada się jeszcze jeden, w tej sprawie niezwykle tu ważny problem natury formalnej, który będzie miał swoje konsekwencje zarówno merytoryczne jak i czasowe. Racje mają organizacje ekologiczne (Koalicja Klimatyczna oraz takie organizacje jak Instytut na rzecz Ekorozwoju, Greenpeace) że taki dokument jak KPD powinien podlegać strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko (OOŚ). Inwestorzy w OZE wiedzą, że OOŚ to procedura długa i wypada mieć nadzieję, że rząd ma tego świadomość. Wykonanie strategicznej OOŚ dla KPD i uzgodnienie przez końcem sierpnia nie jest możliwe, także dlatego że KPD nie ma zawiera informacji niezbędnych do przeprowadzenia OOŚ (dane z sufitu i brak „wariantowania i nawet najmniejszej próby optymalizacji struktury wykorzystania odnawialnych zasobów energii w układzie przestrzennym), a poddanie obecnej wersji KPD (z 25 maja) moim zdaniem doprowadzi do znaczącego zmniejszenia udziału biomasy i przeznaczenia jej z obszarów nieefektywnych (biopaliwa pierwszej generacji i współspalanie) do obszarów znacznie bardziej zrównoważonych środowiskowo. Tak czy inaczej trzeba będzie opracować nowy KPD. Czy warto zatem czekać, analizować i uzgadniać dokument który nie spełnia wymogów formalnych KPD, wymogów merytorycznych krajowego programu i nie spełni wymogów OOŚ?
Polska potrafi blokować i opóźniać wdrażanie pakietu klimatycznego UE, walczyć o derogacje dla wielkiej energetyki i to zarówno jeśli chodzi o CO2 jak i o emisję zanieczyszczeń powodujących kwaśne deszcze i pyłów; wywalczyła prawo do trucia własnych obywateli do 2025 roku) ale nie potrafi działać pozytywnie. Właśnie dlatego rząd nie może liczyć na taryfę ulgową w KE jeśli chodzi o akceptacje tak słabego KPD, nawet jeżeli inne kraje UE też się spóźniają. Trudne do przewidzenia opóźnienia w przygotowaniu KPD (wersja zatwierdzona przez KE) uniemożliwią wdrażanie dyrektywy 2009/28/WE (tu czekają nas kolejne sankcje) ani przygotowanie i przeprowadzenie takich inicjatyw legislacyjnych jak już niemalże „mityczna” ustawa o odnawialnych źródłach energii.

KPD miał dać OZE ochronę immunologiczną i trochę witamin. Czy jednak tak nieudolnie leczony, coraz bardziej chory pacjent – osierocony wcześniak – wytrzyma ? Sektor OZE potrzebuje pilnej pomocy, a nawet reanimacji, bo jest niszczony od wewnątrz (kanibalizm w sektorze biomasy, kosztowny w leczeniu rak w postaci płacenia certyfikatami za zieloną energię ze zamortyzowanych dużych elektrowni wodnych i zatruwanie organizmu biopaliwami, co powoduje wysokie koszty terapii) i jest podgryzany z zewnątrz przez żarłocznego i nienasyconego bobasa z apetytem na środki – energetyką jądrową i przerośniętego oraz zazdrosnego starszego brata , który podkrada biomasę, truje produktami spalania, zabiera tlen i podwyższa koszty leczenia…

Trudno o terapię po takiej diagnozie… Uważam, że powinna zostać opracowana pilnie (prace ropoczętę niezwlocznie i niezależnie od “poprawiania” KPD i czekania aż taki dokument uzyska akceptację KE) krajowa strategia rozwoju energetyki odnawialnej do 2030 roku z programem wykonawczym do 2020 roku. Program wykonawczy powinien miec cel krajowy ‘2020 znacząco wyższy niż 15% i zawierać te dzialania, które są niezbędne dla jego wdrożenia w Polsce, a nie tylko dzialania o ktore pyta KE w swoich wytycznych sprzed roku. Do KPD przeniesć należaloby tylko te wyniki programu wykonawczego, które są wymagane przez KE. KE nie odpowiada bowiem za wdrożenie celów tylko za monitorwanie ich wdrażania i ew. karanie (za pomocą instrumentu ETS lub bezporednio korzystając z zapisów traktatowych), tych którzy celów nie realizują. To Polska musi mieć taką swoją strategię i program, aby cele dyrektywy osiagnać, a KPD ma być tylko tego wyrazem, przedstawionym w formie porównywalnej z innymikrjami i w języku zrozumialym dla KE, calej UE i np. międzynarodowych inwestorów.