Czas goni, świat ucieka czyli wielkopostna melancholia na odnawialnym blogu
Dzisiaj będzie smutno, wielkopostnie i żałobnie wręcz
, niejako w tradycji , bądź co bądź odnawialnego blogu
, ale też o tym, że nie tylko „energia tania już była”, ale i o przemijaniu i o tym że młodym też się już było i się jest tylko na zdjęciach (to tak jak z cenami energii; ‘niskie już byly’
.
Poza tym,że mamy rok Skłodowskiej-Curie (pewnie Pani Maria nie ze wszystkimi tezami na „odnawialnym” się zgadza?) obchodzimy też rok Milosza. Z blogu poświęconego pisarzowi przytaczam fragment dialogu o przemijaniu w adaptacji A. Poniedzielskiego: „Dziennikarka: Co sądzi Pan o przemijaniu? Mistrz: Jestem przeciw”, który oznacza że z upływem czasu można sobie radzić na i na smutno i na wesoło i w takim czarno-bialym duchu bedzie dalej.
Olga Tokarczuk w znanym dziele „Prawiek i inne czasu” napisała taką smutną (mimo pewnej obietnicy) mantrę: „Bóg widzi, czas ucieka ,śmierć goni, wieczność czeka”. Wiele lat temu słuchałem tego w teatrze i ciągle mi to pobrzmiewa i zmusza do refleksji o przemijaniu, z osobistej perspektywy i w wersji “zaadoptowanej-soft” użylem w tytule wpisu. Zmiana fizis uwidoczniona na zdjęciach to dowód wprost na to że czas upływa szybciej niż myślimy. Nie tylko jednak o doznania wizualne tu chodzi. Przemijanie można też zarejestrować patrząc jak się zmienia nasze myślenie. Znawca wina (przyznam że korzystam często
z jego dobrych porad), literatury i też pesymistyczny pisarz Marek Bieńczyk wybiera do publikacji zazwyczaj swoje czarno-białe, smutnawe zdjęcia, ale w tej swojej wrodzonej melancholii mówi w Dużym Formacie tak: “..starzenie się mężczyzny jest niekiedy pociągające dla kobiet. Ten szary zarost, …te bruzdy, a każda z nich jak wąwóz Somosierry, ta szyja z grdyką rozlataną jak winda biurowca, te siwe skronie … Gorzej gdy otworzy usta …”. No właśnie
.
W tym tygodniu dotarły ważne dla mnie opinie, ktore musialem przemyslec. Jedna z Brukseli: „martwi mnie, ze jest Pan tak pesymistyczny co do rozwoju OZE w Polsce”. Z drugiej strony też ważna dla mnie opinia dotarła z Warszawy: “twoim zdjęciem na blogu wprowadzasz osoby czytające twoje (kasandryczne) teksty w błąd”. Jak rozumiem jest (był do dzisiaj!) dysonans pomiędzy pesymizmem tekstu a nazbyt (mimo wszystko) ptymistycznym zdjęciem, pewnie tak duży jak pomiędzy polityką UE dot OZE i krajową.
Niestety nie mam żadnej poważniejszej przesłanki aby od razu zacząć pisać bardziej optymistycznie o energetyce odnawialnej w Polsce, choć ciągle mam taką nadzieję i obiecać mogę, że się będę starał. Wszak ponoć mogę zniechęcić świat finansów i pogorszyć koniunkturę w zielonej gospodarce w Polsce. Np. prof. Z. Bauman mówi że współczesny świat nie lubi pesymistów i stara się ich unikać jak niemalże jak zarazy. Ale jedyne co mogę szybko zmienić i zmniejszyć dysonans czytelników, to dopasować (czasowo) swoje zdjęcie, aby bardziej odpowiadało stanowi ducha. Wyszukałem odpowiednie zdjęcie w czerni, które nazwałem „nagrobkowym” i właśnie zamieniłem na witrynie blogowej z tym poprzednim, zdezaktualizowanym i ponoć „dobrodusznym”, nie licząc już specjalnie na względy kobiet (Markowi Bieńczykowi z zasady ufam, ale bez przesady
.
Skończę z tą “żałobą” (zmieniając znowu zdjęcie), jak tylko będzie uchwalona ustawa o odnawialnych źródłach energii. Wtedy też ruszą w górę indeksy giełdowe firm z zielonej gospodarki, wskaźniki sprzedaży i optymizmu, a zdjęcie powinno byc indeksem koniunktury wzrostu i pewnie dojrzalosci rynku zagrzewajacym do inwestyji. Niestety ja wtedy będę też inaczej wyglądał, ale może aż tyle czasu nie uplynie… W związku z końcem, już chyba na dobre ? żaloby narodowej (nie branzowej, ku jakiej sie poniekąd sklaniam) przeczytałem jak Biskup Pieronek powiedział: „niech żałoba trwa kilka miesięcy, rok, ale w końcu musi ją zastąpić normalne życie”. .. to i ja nie zamierzam być zbyt długo „świadomym męczennikiem”, bo „czas ucieka” …. Niech przy okazji ta koncowa mantra będzię też wielkopostną refelsksją dla tych co odpowiadają za krajową energetykę i gospodarkę.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Zero dotacji z UE dla Polski bez ustawy o odnawialnych źródłach energii
Tytuł wpisu zapożyczyłem ale twórczo
przetworzyłem z Rzeczpospolitej. To dobry tytuł artykulu “z dotacją” na eksponowanym miejscu; do jego tresci jeszcze wroce.
W Polsce magiczne słowo dotacja ma bardzo dobre i już nawet całkiem naturalne/codzienne skojarzenia. Słyszałem nawet, że rady miast, gmin i nawet wiosek występują z wnioskami o dowołanie odpowiednich organów wykonawczych, o ile te zdecydują się zbudować (zrobić) cokolwiek ze środków własnych, tzn. bez dotacji z UE. Stawiane są też ponoć zarzutu prawne: o “braku gospodarnosci”, a nawet używany jest paragraf o “działaniu na szkodę” własnej organizacji czy mieszkańców
. W tak ciekawym kraju i czasie żyjemy…
Sektor energetyki odnawialnej z magii słowa dotacja skorzystał i to nie tylko w bezpośrednim sensie finansowym. W okresie 2007-2013 mamy jako kraj szansę zainkasować ogólnie 67,3 mld Euro, z tego ok. 1 mld na OZE czyli ok. 1,5% (Komisja Europejska -KE zalecała minimum 2-4%, a jej ambicje na przyszlosć w tym zakresie rosną). Ale jeszcze bardziej chyba OZE skorzystało na tym, że trzeba było starać się te środki się wydać, a kara polityczna za niewydanie była najwyższa. Wszyscy się krzątali zatem aby każde Euro wydać, ale byłoby to trudne choćby bez najprostszych zrębów systemu prawnego i dzięki temu kilka ustaw dotyczących mniej lub bardziej OZE ujrzało światło dzienne lub zostało znowelizowanych. Jak już rząd zobaczył, że środki UE na energetykę i środowisko (skumulowane w olbrzymim programie PO IiŚ) przepołowił i że wydatkowanie środków jakoś idzie, zabrakło presji i woli kontynuowania dalszych prac legislacyjnych, czemu z kolei dałem wyraz w poprzednich wpisach i nie jest to bynajmniej dla mnie powód do satysfakcji.
Także wśród biorców dotacji (czyli wyborców) narasta przekonanie że „dotacja musi być”! To tak jak z „kordłą” naszego satyryka, twierdzącego w pierwszej osobie że „niektórzy bez niej mogą a ja nie”
. Doświadczyłem uczestnicząc niedawno w konferencji nt. kredytów z dotacją NFOŚiGW na kolektory słoneczne, na której padło stwierdzenie że „kredyt z dotacją znacznie lepiej się sprzedaje niż kredyt preferencyjny” (pomimo tej samej wartosci netto korzysci finanswych dla biorcy). Rzeczywiście zatem obecnie dotacja to swego rodzaju standard a brak dotacji to groźba wysokiego dyskomfortu, który w energetyce odnawialnej jeszcze przez kilka lat jest dyskomfortem uzasadnionym obiektywnie, ale juz przy budowie piekarni czy drogi może troche dziwić bo ma chyba tylko psychologiczne, a nie materialne podloże.
I teraz już wracam do meritum. Polska zamierza (nasza tegoroczna prezydencja w UE ma temu służyć) aby w okresie 2014-2020 uzyskać nie mniej niż kolejne 67 mld Euro. Ustalane są właśnie zasady wydatkowania tych środków i rząd RP zabiega m.in. aby w ramach oczywistego priorytetu na wsparcie „innowacji” do tej kategorii można było zaliczyć m.in. energetykę jądrową. Niestety KE zaczyna stawiać niewygodne dla nas warunki. Mianowicie KE będzie forsowała tzw. zasadę warunkowości. Jej wprowadzenie oznacza, że dany kraj otrzyma pieniądze dopiero po spełnieniu trzech głównych warunków. Pierwszym warunków ubiegania sie o dotacje UE będzie wdrożenie wszystkich niezbędnych dyrektyw wymaganych przez Unię, np. dotyczących ochrony środowiska…. Obecnie standardem jest, że kraje nie wprowadzają dyrektyw płynących z Brukseli na czas (Polska w obszarze ochrony środowiska doczekała się już kilkunastu postępowań z tego powodu, ale niewiele sobie z tego robiła, bo problemy będące efektem opóźnień pojawiają się dopiero na etapie kontroli i rozliczania dotowanych inwestycji… Teraz jest też mowa o tym, że „nici z dotacji” o ile (op. cit.)kraj nie posiada odpowiednich strategii rozwoju na poziomie krajowym i regionalnym. Tu brawo dla regionow, które w mozole takie zrównoważone strategie energetyczne dobrowolnie robią, bo z uwagi na pakiet klimatyczny OZE będą priorytetem przy programowaniu budzetu 2014-2020.
I tu dochodzimy do konkluzji także z poprzednich blognotek na odnawialnym. Jeżeli dyrektywa 2009/28/WE o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest jedną z ważniejszych obecnie detektyw uzasadniających pomoc publiczną w UE i o ile ta dyrektywa jest? w Polsce wdrażaną ustawą o odnawialnych źródłach energii i o ile realnie (nie chodzi tu o markowanie) tej ustawy rząd nie ma w planach legislacyjnych (por. też poprzedni wpis tu i tu) to oznacza, że prawdopodbnie także w okresie do końca 2012 roku (także z powodu przerwy w pracach legislacyjnych spowodowanych wyborami) ustawa nie nabierze mocy prawnej. Czyli wtedy gdy muszą zapaść końcowe decyzje w sprawie funduszy UE 2014 -2020, Polska nie spełni przynajmniej jednego kryterium ich absorpcji, przynajmniej na OZE (ale konsekwncje moga byc szersze) ktore moga stanowic minimum kilka procent calosci. W kraju rozkochanym w dotacjach to polityczna kara śmierci dla rządu, moze nawet w przypadku jego czlonkow do trzeciego pokolenia, bo więcej takich dotacji w UE nie będzie.
Słusznie w cytowanym artykule Pani Minister Bieńkowska zauważa: „Resort będzie się koncentrował na wszelkich zagadnieniach związanych z unijną polityką spójności, a głównymi będą walka o jej budżet i prestiż. – Nasze najważniejsze priorytety to .. uzyskanie co najmniej takiej samej kwoty w jej ramach dla Polski po 2013 r., jaką mamy obecnie, oraz podniesienie rangi politycznej tej polityki – wskazuje Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego”.
Szczerze chcąc pomóc Pani Minister w realizacji tych trafiających w społeczne i polityczne oczekiwania zamiarów, pragnę zasugerować przyjrzenie się omawianemu w poprzednim wpisie planowi prac legislacyjnych rządu i sprawdzenie czy w celu skorzystania z dotacji w warunkach forsowanych przez KE powinniśmy jako priorytetową (tak che rząd poz. 42 pod ww linkiem) potraktować np. ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej (jaka dyrektywa nas do tego obliguje, może cos przeoczylem?) czy może jednak warto nadać priorytet pracom nad ustawą o odnawialnych źródeł energii (poz. 64 pod ww linkiem), na której nie tylko opracowanie ale wejscie w życie bezskutecznie czeka caly swiat razem z KE od 5 grudnia ub.r. i jakos nie może sie doczekać… Wszak nie tylko o prestiż ale i o pieniądze tu chodzi, i o wybory chyba też?
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Strach się bać, czyli jak Rząd i Sejm “w obawie przed energetyką odnawialną” zgodnie dbają o bezpieczeństwo energetyczne i jądrowe
Zakończyły się konsultacje społeczne ogłoszonej pod koniec grudnia Strategicznej Oceny Oddziaływania na Środowisko (OOŚ) Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) – o samym programie już trochę było na „odnawialnym”, o OOŚ mniej. Organizacje ekologiczne wymogły, aby konsultacje tego dokumentu trwały dłużej niż miesiąc (tak proponował rząd) i teraz swoje stanowiska opublikował m.in. Instytut na rzecz Ekorozwoju i Fundacja Greenpeace Polska. Obie organizacje wytykają dokumentowi oczywiste i momentami rażące błędy, które zdecydowanie wpływają na bezpieczeństwo środowiskowe energetyki jądrowej. Obie zwracają uwagę także na brak przedstawienia rzetelnych alternatyw. Greenpeace pisze np. że „w dokumencie zupełnie brakuje analizy wariantów alternatywnych, w tym także tych, które zakładają brak potrzeby budowy elektrowni jądrowej. Dlatego decyzja o jej budowie może być podjęta na niepewnych przesłankach”.
Tymczasem Sejm 1 kwietnia (choć to nie jest śmieszne), „bez zbędnej zwłoki” powołał komisję nadzwyczajną, do której trafią rządowe, przyjęte w lutym projekty nowelizacji Prawa atomowego oraz tzw. ustawy inwestycyjnej. Rząd przyjął oba projekty w drugiej połowie lutego br. Jak zapowiada obecnie rząd, „w nowych proponowanych regulacjach największy nacisk położono na zapewnienie bezpieczeństwa w przyszłych elektrowniach”. W głosowaniu wzięło udział 386 posłów i wszyscy (!) opowiedzieli się za jej powołaniem. Nikt nie zastanowił się nad tym, że może warto poczekać z pracami legislacyjnymi aż zakończy się postępowanie z OOŚ, które może sporo wnieść w lepsze naświetlenie kwestii bezpieczeństwa, czy na wyniki inspekcji bezpieczenstwa pracy wszystkich elektrowni jadrowych w UE – jeżeli rzekomo o bezpieczeństwo tu chodzi, ani tym bardziej nikt nie czekał na analizy alternatywne związane w szczególności z OZE.
Starym zwyczajem (jeden z poprzednich wpisów ) przypomnę się w sprawie procedowania czy ściślej braku procedowania ustawy o odnawialnych źródłach energii – poz. 64 w harmonogramie pracy rządu na 2011 rok. Jak nietrudno zauważyć, choć dyrektywa o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest tu niezwykle precyzyjna co do wymaganego terminu uchwalenia ustawy (5-12-2010!) to ustawa ta w wykazie prac rządu nie ma klauzuli „priorytet”, tak jak niewymagające pośpiechu tylko szczególnej rozwagi, a teraz też zwykłej refleksji ustawy atomowe (np. poz. 42, 67).
Zdaję sobie sprawę z natłoku prac legislacyjnych i nie sądzę, że straszenie to najlepsza metoda przekonywania do czegokolwiek. Jednak przyjęta w tym natłoku kolejność prac, tempo i priorytety oraz prezentowana jakość pracy legislacyjnej Sejmu i Rządu w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego i jądrowego oznaczają że powinniśmy się jako obywatele naprawdę zatroskać o jedno i o drugie, a dodatkowo także o bezpieczeństwo naszych kieszeni. Chęć „robienia dobrze” wybranym z tłumu grupom interesów („zbawcze pomysły”) przy jednoczesnym parciu na kieszenie wszystkich podatników zawsze silnie wzrasta przed wyborami. Tak samo jak chęć zostawienia spraw ważnych ale trudnych tym co przyjdą po wyborach i będą rozliczani z tego co musiało być zrobione a nie zostało oraz naprawieniem tego co w pośpiechu zostało zrobione, choć nie było konieczne. Z dwu skierowanych do “speckomisji” projektow ustaw, pisane “na kolanie” Prawo atomowe bedzie musialo byc wielokrotnie zmieniane z uwagi na rownolegle procesy w UE, a jądrowa ustawa inwestycyjna to potencjalnie olbrzymi obszar ryzyka i kosztow, bo zdaniem jej autorow ma zapewnić “niezmienne warunki inwestowania” w atom, a te warunki z uwagi własnie na bezpieczeństwo na nowo są definiowane przez tych dla których energia jądrowa nie jest li tylko abstrakcją polityczną.
Ktos kto w obecnej sytuacji zwleka z ustawą o odnawialnych źrodlach energii naraża cały sektor na dryfowanie, a kraj na coraz bardziej dramatyczne “wybory”.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Energetyka trzeciej fali i nowoczesność, czyli czym różnią się Tusk i Kaczyński od Tofflera
W poprzednim wpisie blogowym, odnosząc się krytycznie do zatrzymania prac na ustawą dot OZE, anachronicznej polityki energetycznej i równie anachronicznych zachowań polityków, zwróciłem uwagę na tekst Premiera Tuska “Trzecia fala nowoczesności” odwołujący się znanej książki Alvina Tofflera „Trzecia fala”.
Jest to dla mnie osobiscie bardzo ważna książka, bo w znacznym stopniu wpłynęła na to, że przez niemalże ćwierć wieku zajmuję się tym czym się zajmuje, czyli energetyką odnawialną. Kończąc studia kupiłem bowiem pierwsze (okrojone, niektórzy mówią wprost – ocenzurowane) wydanie z 1985 roku. Czyli książka i koncepcje Tofflera mają w sobie „coś”, i generalnie czerpanie z nich przez liderów politycznych i szefów rządów (także przez Jarosława Kaczyńskiego, o czym dalej), nawet po tak odległym czasie, uważam za zjawisko niezwykle pozytywne. Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak późno i dlaczego jest tak potężny rozziew pomiędzy deklaracjami politycznymi a rzeczywistością.
Wpierw wypada jednak choć w skrócie sięgnąć do samego Tofflera (co mówi o energetyce), a potem do polskich polityków, uważających że w praktyce politycznej koncepcje Tofflera można traktować bardzo wybiórczo. Trzecia fala” to dzieło obszerne i nie ma sensu ani potrzeby robienia tu kolejnej recenzji, dlatego tylko zacytuję kilka zdań (np. z poswięconego energetyce rozdziału 10-go, zatytulowanego „Ku słońcu”), oddajanych jak mi się wydaje koncepcję Tofflera.
„W wojnie idei i pieniędzy jaka się rozszalała w krajach rozwiniętych wyróżnić można antagonistyczne strony (…). Są tam akcjonariusze starej bazy energetycznej drugiej fali. Obstają oni przy konwencjonalnych zasobach i technologiach – przy węglu, ropie i energii jądrowej. Im zależy na przedłużeniu status quo drugiej fali. (…) Właśnie rządzą kompaniami gazowymi i elektrowniami, komisjami nuklearnymi, korporacjami i działającymi w tych dziedzinach związkami zawodowymi. (…) Mimo, że reaktory atomowe czy zakłady do zgazowania (upłynniania) węgla i inne podobne technologie mogą wydawać się nowoczesne i przyszłościowe, to w rzeczywistości są one przestarzałymi (zacofanymi) wytworami drugiej fali, która utkwiła w potrzasku własnych nierozwiązywalnych sprzeczności” [Toffler mówi o „kryzysie technologii drugiej fali”, przyp. GW]. W odróżnieniu od nich, orędownicy tworzenia bazy trzeciej fali to przedstawiciele ruchu na rzecz ochrony środowiska, konsumenci [w szczególności Toffler zalicza do nich też „prosumentów”], naukowcy oraz przedsiębiorcy reprezentujący najnowocześniejsze gałęzie przemysłu. Są rozproszeni, niedofinansowani (…), a propagandziści drugiej fali zazwyczaj przedstawiają ich jako otumanionych technicznymi nowinkami naiwniaków, których nie obchodzi prawdziwa wartość dolara”.
Cztelnicy pewnie latwo mogą rozpoznać jaka (która) fala niesie polska energetyke. Pomimo, że retoryka ostatniego tekstu Donalda Tuska jest skierowana do orędowników trzeciej fali to praktyka polityki rządu wspiera jedynie drugą falę.
Patrząc cztery lata wstecz, nie sądzę aby ta właśnie książka towarzyszyła Premierowi Tuskowi w czasie jego obecnej posługi państwowej i bezpośrednio przed. Można zacząć od jego expose, które jeśli chodzi o energetykę nie zachwycało, nie było „tofflerowskie” ale „odnawialny blog” dał kredyt zaufania rządowi. Potem nawet obiecująco wyglądały prace nad Raportem „Polska 2030” (bo robili to młodzi ludzie spoza korporacji, a Premier zdawal sie ten powiew mlodosci firmowac) była rzeczywiście szansa na nowy paradygmat także w energetyce (jeżeli nie na trzecią falę), ale jeśli chodzi o energetykę to skończyło się na utrwalaniu tej drugiej, por. wniosek Raportu: „Ustalenie horyzontu czasowego udziału OZE w strukturze wytwarzania – na poziomie 20%, a później ew. 30% (do 2030 r.) z uwzględnieniem założenia, że w wypadku Polski węgiel jest cennym dobrem, należy go oszczędzać, choć po okresie inkubacji technologii „czystego węgla” (do lat 2020–2025 r.) może warto go wykorzystywać mniej (do 2040–2050 r.), czyniąc z węgla rezerwę strategiczną na II połowę XXI wieku”. Komentując tę “antyutopie” na „odnawialnym”, zauważyłem że rząd Tuska w coraz bardziej anachronicznych poglądach na przyszłość energetyki zbliża się do poglądów w tym zakresie swojego poprzednika i dyżurnego adwersarza.
Teraz sądzę że premierzy Tusk i Kaczyński, jeśli chodzi o energetykę i nowoczesnosć w energetyce w zasadzie nie różnią się niczym. Niezależnie od starań i retoryki są typowymi apologetami i epigonami zarazem drugiej fali.
Paradoksem jest to że nawet z Tofflera i hasła „nowoczesności” czerpią i korzystają w tym samym czasie (czyli poniewczasie) i w poddobny sposob. Bo także Jaroslaw Kaczyński robiąc wlasnie wykładnię swoich poglądów gospodarczych w swoim wpisie blogowym „Nowoczesny patriotyzm gospodarczy” „faluje nowoczesnością” powołując się przy tym wprost na Tofflera.
Obu premierów łączy też to, że pewnie nie znając książki Tofflera, czerpią z jego frazeologii jedynie w celach li tylko marketingowych, a w realizowanej dotychczas polityce energetycznej robią wszystko na odwrót niż wskazuje ich rzekomy autorytet. Zdaje się, że jeżli już czytali to zakończyli lekturę na opisie drugiej fali (ok. 20% całości książki Tofflera „Trzecia fala”. Karą dla obu Panów
, zemstą Tofflera za nieuważne czytanie:) w refrenie piosenki “falowanie i spadanie” i jednocześnie paradoksem całej tej ich przelotnej przygody z amerykanskim badaczem spoleczenstwa i trednow gospodarczych może być to, że w końcu, szybciej niż myślą, trzecia fala przejdzie także przez Polskę i zmiecie nasze zmurszałe konstrukcje drugiej fali w sektorze energetycznym. Taka fala może też porwać chwiejne, sprzeczne wewnętrznie i niespojne “polityczne podpórki” krajowej energetyki. W związku tym, że wybory zapasem, proponuję obu Panom pilnie i znacznie bardziej dogłębnie przestudiować Tofflera, nawet jeżeli do tej pory tempo przemian bylo wolniejsze niż zakladal.
PS. 28-03-2011 Prawdopodobny, ale jednak nieoczekiwany komentarz do “kassandrycznego dla rządzących”
ostatniego akapitu powyższego wpisu napisali mieszkańcy Badenii-Wirtembergii, dzięki ktorym Zieloni niemieccy wygrali wybory do landu i pobili Kanclerz Angelę Merkel, króra za bardzo wsparla energetykę drugiej fali – glownie jądrową, za którą Niemcy nie przepadają. To energetyka wplynela na politykę, a na energetykę nowoczesne technologie. Toffler nie odżegnywal się od dialektyki i nawet od Marksa i nie zaprzeczal że byt ksztaltuje swiadomosc i zgodnie z jego kocepcjami Niemcy nie wystąpili by tak powszechnie przeciwko atomowi, gdyby energetyka odnawialna tamże nie byla wystarczajaco dojrzala (technologie, energia, bezpieczenstwo, miejca pracy, itd., czyli chyba ? “trzecia fala”). Scenariusz niemiecki, w ktorym kwestie energetyczne zdominowaly wybory do landu nie powtorzy sie w wersji 100% w Polsce, ale może stanowić dodatkową motywację do rozważań dla rządzących nt. koniecznosci rozpozanania która fala ich niesie i gdzie.
Jak to w szkole uczyla Pani: c.b.d.o. ![]()
Grzegorz Wiśniewski
Nie będzie ustawy o energii ze źródeł odnawialnych; będą ustawy atomowe i węglowe. Co na to Parlamentarny Zespół ds. Energetyki ?
Ostanie dramatyczna wydarzenia w Japonii dały nam okazję do choćby chwili zastanowienia się co jest ważne w energetyce i ponownego zastanowienia się jakie mamy alternatywy. Niestety nie wszyscy ten czas wykorzystali na refleksję i, przynajmniej w Polsce, cała wymagająca choćby zastanowienia sprawa służy rządowi i politykom (wypowiedzi premiera i wicepremiera oraz posłów) w zasadzie potwierdzeniu zaangażowania energetykę jądrową i obronie podjętych wcześniej, także bez należytej refleksji decyzji dotyczących budowy pierwszej elektrowni jądrowej. Wydarzenia w Japonii powinny służyć choćby krytycznemu spojrzeniu na „przygotowany na kolanie” „Prognoza oddziaływania na środowisko Programu Polskiej energetyki Jądrowej” (czas przygotowania dokumentu – 28MB! plus zalacznik z analizą lokalizacji – metodą „copy-paste”, jak skrupulatnie sprawdził prof. Ludwik Pieńkowski- to zaledwie … miesiąc). Program też zresztą byl przygotowanego na kolanie por. wpis na odnawialnym. Jak pogodzić zapewnienie Premiera że w energetyce jądrowej “bezpieczeństwo jest najwazniejsze” z takim tempem i niestrannoscią dzialania w tej obchodzącej ludzi sprawie? Skąd taka determinacja czasowa? Wbrew zwykłej logice mowa jest nawet o „przyśpieszeniu”, tak jakby chciano działać metodą faktów dokonanych i aby zdążyć z … „utrwaleniem efektów posiadania władzy” przed wyborami.
W czwartkowym wydaniu Rzeczpospolitej artykuł o tym jak to Sejm do wakacyjnej przerwy będzie pracował nad ustawami o „przełomowym” znaczeniu dla energetyki „Darmowe uprawnienia i program atomowy”. Cała para ma pójść w dwie ustawy: o handlu emisjami (aby się opłacało budować elektrownie węglowe) oraz w ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej „…aby inwestorzy nie byli zaskakiwani dodatkowymi wymaganiami”. Zapowiedziana w „Krajowym planie działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” mityczna ustawa o promocji energii ze źródeł odnawialnych, która (miała wejść w życie w grudniu ub. roku i rozwiązać ??? wszystkie narosle od lat, problemy energetyki odnawialnej, w tym stworzyć warunki do inwestycji, dalej pozostaje mitem. Wypadla z harmonogramu prac rzadu i sejmu i pewnie nie da sie jej uchwalić nawet w 2012 roku! Zastanawia i kłóci się ze zdroworozsądkowym „first things first”, bo „ustawa OZE” jest “twardym” zobowiązaniem wynikającym z Pakietu klimatycznego, obniżającym koszty jego wdrożenia o ile inwestycje w OZE dzieją się tu i teraz. Wybranie takich jak dotychczas priorytetów legislacyjnych świadczy o prymacie „polityki nad gospodarką” i „polityki nad zdrowym rozsądkiem”, ale faktem jest, że ustawy OZE nie będzie przed wyborami i nie wiadomo czy będzie w 2012 roku!
Oznacza to, że rozwój OZE wyhamuje, a nawet najmniej sensowne inwestycje węglowe i jądrowe będą rozwijane jako „bezalternatywne”. Wyraźnie to pokazuje, że w kwestii OZE póki co na polityków nie ma co liczyć oraz że dziesiątki branżowych organizacji OZE są bezradne i nie potrafią dopilnować spraw naprawdę kluczowych dla całego sektora, rozdrabniając się w zmaganiach o przysłowiową pietruszkę (np. złudna/wirtualna wartość certyfikatu na określoną technologię). Przy takiej polityce państwa, sojusznikiem OZE może być … kapitał, który nie zaakceptuje stawiania na jedną czy dwie technologie należące do przeszłości, o ograniczonych perspektywach. Sądzę też, że społeczeństwo w końcu będzie miało dość podrzucania mu gotowych „nibyrozwiązań” (na zasadzie -rzucamy haslo, podejmujemy deczyzję, a potem sie zobaczy) w stylu Atom, CCS, gaz łupkowy i w końcu zapyta polityków co zrobili w sprawie najbardziej obecnie naturalnego rozwiązania jakim jest OZE. Ludzie powinni też zapytać posłów którzy uznali energetykę za ważny temat i którzy poświęcają mu czas, ale anachronicznie, wąsko i stadnie podchodzą do problemu.
Priorytetu i harmonogram prac nad różnymi obszarami regulacji w energetyce wynika z priorytetów rządu, ale w znacznej mierze ustalany jest w ramach prac/spotkań Parlamentarnego zespołu ds. energetyki – jego skład można zobaczyć tutaj. Aż 71 posłów i senatorów z różnych klubów/partii w Zespole to sukces, ale dlaczego kwestie OZE to temat tylko do seminariów, spotkań wyjazdowych i posłuchania jak stowarzyszenia OZE ponarzekają i pocieszą się, że są zapraszane „na pokoje” aby wypłakać swoje prywatne „gorzkie żale”. Jak wytłumaczyć to, że Przewodniczący Zespołu składa mało realistyczne obietnicę w sprawie pilnego uchwalenia jeszcze w tej kadencji niewątpliwie godnej poważnego rozważenia ustawy o inteligentnych sieciach, a nie podejmuje tematu ustawy o promocji energii ze źródeł odnawialnych ? Znowu można powrócić do „first things first”, a nie do albo patrzenia wstecz albo „inteligentnie” daleko do przodu, podczas gdy sprawy naprawdę ważne leżą pod nogami?
Jeżeli ktoś by mnie zapytał, w którym kraju w UE inteligentne sieci (prawdziwie inteligentne) będą wdrożone na końcu, pewnie wskazałbym na Polskę. Nie tylko z uwagi na stopień monopolizacji energetyki, ale głównie dla tego że nie mamy mikróźródeł, a w szczególności małych źródeł OZE, działających w rozproszeniu i mogących tworzyć lokalne grupy bilansujące. Czyli trudno o inteligente sieci (nie piszę o licznikach) jeżeli mamy centralne elektrownie węglowe i do tego chcemy centralne elektrownie jądrowe. System służyć będzie tylko operatorom jako instrument pozwalający „na skuteczniejszą walkę z nielegalnym poborem energii”. A odbiorca końcowy na niskim napięciu , po zakończeniu operacji, jeżeli nie będzie promocji małych OZE, poniesie tylko wyższe, jak w artykule powyżej, o 16% (pewnie więcej) opłaty za usługę dystrybucyjną. Dlaczego rząd i Zespół Parlamentarny nie widzą niestosowności w tym że w skład zespołu doradczego ds. związanych z wprowadzeniem inteligentnych sieci energetycznych w wchodzą osoby wyznaczone przez ministra gospodarki, prezesa URE , PSE Operator, PTiREE, TOE, a nie przez organizacje OZE i „niezależni” (w Polsce to ciągle brzmi dziwnie) producenci zielonej energii oraz stowarzyszenia konsumenckie? Dlaczego Minister Gospodarki nie powołał zespołu ds. “ustawy OZE”?
Rząd z uwagi na wcześniejsze niezbyt przemyślane decyzje (też poprzedniego rządu) będzie grał w sprawie OZE na zwłokę, “szedl w zaparte”, ale dlaczego żaden z 71 parlamentarzystów nie pyta konkretnie i nie przywołuje rządu do publicznego wyjaśnienia jak głęboko od strony bezpieczeństwa, ochrony środowiska przeanalizował kwestie energetyki jądrowej ? W końcu dlaczego nikt z parlamentarzystów konkretnie nie pyta co z wdrażaniem dyrektywy 28/2009/WE? Panie i Panowie Parlamentarzyści, samo pokazywanie się na konferencjach OZE i na otwieraniu instalacji („wśród dzieci i kwiatów”…) nie wystarczy, bo nikt za Was potrzebnej i koniecznej, konkretnej roboty nie wykona. Dobrze rozumiecie korporacje, związki zawodowe, ustalenia koalicyjne ale opacznie rozumiecie energetykę , żywotne potrzeby ludzi i wyzwania współczesnego państwa. Zaniechania i opóźnienia w sprawie OZE będą wyjątkowo drogo kosztować, także dlatego trzeba będzie do nich dodać koszty w innych sektorach energetyki jakie ustawodawca lekkomyślnie generuje.
PS. Dzisiaj też ukazal sie w Wyborczej tekst Premiera Tuska – kolejna syteza manifestu wyborczego – “Trzecia fala nowoczesnosci“. Ogolnie czyta sie dobrze, ale jednak zgrzyta mocno tam gdzie Tusk probuje pogodzic stanowisko Polski i jego rzadu w sprawie Pakietu klimatycznego UE z innowacyjnoscią, decentralizacją (rola gmin), miejscami pracy dla mlodych czy takim stwierdzeniami jak “źródlem energii jest nasza obecnosc w UE”, czy (skrot) “nie chcemy być specjalistami od wywolywania kryzysow w UE”. Jeżeli już Premier chce odwolać się do frazeologii Alvina Tofflera, to warto zauważyć, że w kwestii energetyki okopuje się w “drugiej fali”, skąd nawet grzbietu trzeciej fali nie widać. Byloby latwiej korzystać z retoryki Tofflera i jego klasycznego dziela “Trzecia fala” i takie tezy glosić nie narażając się na zarzut braku wiarygodnosci, gdyby Pan Panie Premierze inaczej myslal o OZE i chocby odrobinę wiecej w tej sprawie zrobil(proponuję przeczytać leciwe dzielo Tofflera i zobaczyć co pisze i OZE, węglu i Atomie). Wątek wiąże się z powyżą blognotą, ale rozwinę go w kolejnym wpisie.
Autor: Grzegorz Wiśniewski
Ocena wdrożenia dyrektyw dot. OZE: jak zachwyca jeśli nie zachwyca ?
Ocena wdrożenia dyrektyw dot. OZE: jak zachwyca jeśli nie zachwyca ?
Komisja Europejska (KE) 31 stycznia opublikowała raport o postępach we wdrażaniu celów OZE na 2020 r. i wdrażaniu nowej dyrektywy 2009/28/WE dot. OZE, który na tym etapie jest w zasadzie raportem z wdrożenia celów na 2010 r. wynikających z dwu poprzednich dyrektyw : 2001/77/WE dot. zielonej energii elektrycznej i 2003/30/WE dot. biopaliw. Hojnie obdarowała przy tym uśmiechniętymi buźkami Polskę w tabeli podsumowującej dokonania krajow (dolna część ww. linku). Polska w zestawieniu z innymi krajami UE wychodzi na prymusa, nawet jeżeli KE zaznacza, że dane za 2010 rok to „tylko” prognozy z krajowych planów działałań do 2020– tzw. KPD. W jednym z plików towarzyszących raportowi zaznacza nawet, że np. Polska ale też Litwa czy Portugalia (optymistycznie) stwierdzają w swouch KPD że cele na 2010 r. osiągą, choć dotychczasowe statystyki (za 2008 i 2009) na to nie wskazują. A inne kraje jak Szwecja czy Belgia odnotowują znaczące postępy w dotychczasowych statystykach, ale twierdzą w swoich KPD że celów nie osiągną. Krajowe media za press realise KE oraz za PAP przyjęły jednak cały raport za dobrą monetę i za dowód na to, że Polska sobie dobrze radzi (taka jest zresztą ogólna wymowa raportu).
Czujność zachowało tylko PSEW publikując na swojej stronie komentarz w sprawie części raporty KE dot. dyrektywy 2001/77/WE oraz stawiając nie tyle nawet prawdopodobną co pewną tezę, że Polsce jednak nie udało się osiągnąć celu w zakresie OZE na 2010 r. Bazując na wstepnych danych z URE, mówiących o tym, że w 2010 r. OZE-E wygenerowały ok. 9,3 TWh energii elektrycznej oraz na szacunkach PSE że zużycie energii elektrycznej brutto na poziomie 155 TWh, PSEW wykazało że udział OZE-E na koniec roku 2010 wyniósł 6%, zamiast wymaganego 7,5%. Nawet jeżeli URE w niektórych komunikatach szacuje produkcję OZE w 2010 r. na poziomie 10 TWh, a zużycie energii brutto może być trochę niższe (w KPD przyjęto 140-150 TWh, co jednak jest niedoszacowaniem) to po uwzględnieniu ostatecznych danych statystycznych udział OZE nie przekroczy 6.5% czy 7%. PSEW co do spraw zasadniczych ma całkowitą rację prostując fakty i komentując reakcję krajowych mediów na raport KE.
Mam jednak chyba po raz pierwszy tak poważne zastrzeżenia do raportu KE. Komisja jest zobowiązana do rzetelnego monitorowania wdrażania dyrektywy a nie snucia przypuszczeń i preferowania w efekcie krajów huraoptymistycznych czy mniej wiarygodnych w swoich spekulacjach. Trudo też brać nazbyt poważne dane deklarowane bez krytycznego komentarza dotyczącego szerszego kontekstu dot. efektywności i specyficznych uwarunkowań . W przypadku Polski jest to szczególnie istotne bowiem: a) w całej 10-latce wykorzystywane są proste rezerwy zarówno po stronie efektywności energetycznej (mianownik) jak i OZE (licznik), b) bardzo pomogły nam fundusze UE na OZE, które właśnie się kończą, c) udało nam się przejść przez kryzys z image „zielonej wyspy”, ale pewnie (odpukać) dotrze on jednak do nas, nawet jak z mniejszą siłą, trochę później. Poza tym „sukcesy” wdrożenia ww. starych dyrektyw na 2010 r nie przekłada się jak 1:1 na sukcesy we wdrożeniu nowej. Dlatego te uśmiechnięte buźki odbieram nie tylko jako niezasłużone ale jako nieco drwiące, a nawet groteskowe i mogę je w związku z tym skwitować gombrowiczowskim odniesieniem do wspanialosci narodowego wieszcza: „jak zachwyca jeśli nie zachwyca?”.
Generalnie jednak mam sam, a może także niektóre środowiska OZE (?) większy problem z tym raportem. Po pierwsze, niezależnie od ogólnej wymowy raportu KE, bije z niego pewna bezradność. Buźki się uśmiechają od (deklarowanego) poziomu osiągnięcia celu już i jedynie na poziomei 67% (obniżona poprzeczka) i rocznego wzrostu udziału energii z OZE o 1% (to mizerne tempo wzrostu jak na nowe technologie). Drugi problem to fakt, że niezależnie od niepewnych lub naciąganych danych, Polska rzeczywiście na tle innych krajów wypada dobrze. Nie wiem czy środowiska związane OZE, w tym skromny autor „odnawialnego” potrafią społeczeństwu wytłumaczyć dlaczego tak jesteśmy krytyczni wobec polskiej polityki wobec OZE, skoro Polska i tak – patrząc po liczbach- jest lepsza od innych krajów, w tym także krajów „piętnastki” (nawet jesli uwazględnić że so one bardziej dotkniętej kryzysem). Czy uzasadnione jest zatem skarżenie się do KE w tej sprawie skoro KE chwali rząd obecny i poprzednie? Czy KE ma argumenty aby naciskać na rząd RP w sprawie KPD, nawet jest nie jest dokument satysfakcjonujący? W przypadku zielonej energii elektrycznej obawiam się jeszcze innego problemu wynikającego z „sukcesu”. System wsparcia nie jest zapisany w dyrektywie tylko w Prawie energetycznym w postaci celu 10.4% na 2010 r. oraz bez zmian (podniesienia) do 2012 r. ! (chodzi o udział OZE-E w bilansie sprzedaży energii elektrycznej). Oparte na prostych rezerwach i współspalaniu „sukcesy” bez zmian w systemie wsparcia spowodują przekroczenie tego konserwatywnego celu już na koniec 2011 (resztówka funduszu UE wesprze ostatnie domykające się inwestycje), a to oznaczałoby załamanie systemu wsparcia. Czyli „sukces” w postaci spełnienia celu oznaczać może katastrofę. Niebezpieczeństwo zdaje się zauważać PSEW w swoim stanowisku: „osiągnięcie w 2020 r. krajowego celu w zakresie udziału energii odnawialnej w finalnym zużyciu energii elektrycznej brutto, określonego w KPD na poziomie ponad 19% może okazać się całkiem niemożliwe”. Problem polega jednak także na tym, że nowa dyrektywa nie podaje celu wiążącego na zieloną energię elektryczną(cel wiążący jest ogólny i dotyczy całości OZE), a tylko szacunkową ścieżkę dojścia i dlatego w zakladanym systemie wsparcia nowa dyrektywa nie chroni sektora zielonej energii elektrycznej jeśli chodzi o ew. kary za odejście od ścieżki i nie daje tu silnych podstaw do wprowadzania innych (poza kwestiami proceduralnymi i dostępu do sieci) instrumentów wsparcia. Wiele zatem tu zależy od rządów narodowych.
Dlatego tak trudno i tak niebezpiecznie jest oceniać wdrożenie dyrektyw bezkontekstowo i dlatego raport KE uważam za nieprzemyślany, uśmiechnięte buźki za niezasłużone, demotywujące i złowieszcze. Wiem że rząd musi szukać oszczędności i efektywności i byłoby wysoce niestosownym realizować zbyt wysoką i zbyt kosztowną z uwagi na energy mix ścieżkę dojścia dla OZE do 2020 r. Dlatego cała ta sytuacja wywołania raportem KE z Polską w roli wręcz lidera zielonych technologii w UE wymaga wyjątkowej odpowiedzialności w komunikacji rządu i środowisk związanych z OZE z opinią publiczną i najważniejszym organem władzy jakim jest Sejm.
Z tym już i tak wystarczająco skomplikowanym problem wiąże się podobny i także trudno przekładalny na język zrozumiały dla opinii publicznej problem wdrożenia czy braku wdrożenia rządowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. Wyznaczyła one cele na 2010 r. liczone jako udziału energii z OZE w bilansie produkcji energii (7,5%) i 2020 (14%) . Jeżeli bowiem mało skuteczne może się okazać w najbliższych latach (choćby z uwagi na ww. „sukcesy”) dopingowanie Polski przez KE do bardziej aktywnego wdrażanie dyrektyw OZE, to brakiem wdrożenia krajowej Strategii powinien nie tylko z poczucia obowiązku zająć się Sejm (już wcześniej sprawą wdrożenia Strategii zajmowała się NIK i właśnie Sejm). Strategia w wielu przypadkach realistycznie wyznaczyła cele cząstkowe dla technologii OZE na 2010 roku (np. kolektory słoneczne, fotowoltaika, biogaz, choć już takiej nieefektywności jak współspalanie dokument nie przewidywał). Ale jednak jeżeli popatrzymy na całość, to w najmniej ofensywnym scenariuszu dot. zielonej energii elektrycznej dokument ten przewidywał osiągnięcie ponad 14 TWh energii elektrycznej produkowanej z OZE. Osiągnęliśmy ok. 10 TWh czyli o niemalże 30% mniej. Zobowiązane tym dokumentem naczelne organa administracji państwowej nie zrealizowały szeregu przypisanych im obowiązków, w tym np. nie opracowały sektorowych programów wykonawczych dla poszczególnych rodzajów OZE oraz nie przyjęły kompleksowej ustawy dot. całego sektora OZE. Czy Sejm zobowiązując swoją uchwała z 2001 rząd Jerzego Buzka i następne do wdrożenia Strategii nie powinien go teraz z zadania rozliczyć? Nie tylko formalnie, ale faktycznie przyjrzeć się szerzej sposobowi i efektom pracy ostatnich rządów? Bez rzetelnej oceny dokonań i analizy przyczyn niepowodzeń lub zbyt wysokich kosztów w okresie 2001-2010, zarówno w przypadku dyrektywy jak i Strategii (a może nawet głównie tej ostatniej, bo dotyczyła całości sektora), trudno będzie nam bowiem planować następna dekadę.
Pytanie gombrowiczowskiego Gałkiewicza powinno być zadane na sali sejmowej, a odpowiedź powinna byc poważna, kompleksowa i zakonczona szeroką debetą publiczną.
Inwestycje w odnawialne źródła energii 2011-2020: 27 mld Euro do sfinansowania
W tym roku nie zacznę od prognoz. Przyjmę z pokorą to co mówił jeden z prześmiewców Mark Twain lub bardziej wspolczesny Woody Allen, lub być może inny przedstawiciel show bussinesu Samuel Goldwyn czy nawet bejsbolista Yogi Berra (nie udało mi się nigdy ustalić kto byl pierwszy ponad wszelką wątpliwość), że „Prognozowanie jest zawsze trudne, zwłaszcza, gdy dotyczy przyszłości”. Sektor OZE w Polsce i polityka w tym zakresie, pomimo przyjęcia 7-go grudnia przez rząd Krajowego planu działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD), są bowiem wyjątkowo trudno przewidywalne. “Trudna przewidywalność” w języku bankowców oznacza ryzyko. Ryzyko – “zawsze, a zwłaszcza” (używając ww. slów klasyka:)w kryzysie-to drogi pieniądz lub jego brak lub przesunięcia strumienia pieniędzy do innych obszarów (np. razem z rządowym programem rozwoju energetyki jądrowej – osobiście nie polecam, ew. do innych krajów, które w zakresie OZE są bardziej przewidywalne – szkoda). Niedobór pieniędzy “z rynku” na inwestycje jest groźny w szczególności dlatego, że kończą się środki UE (2007-2014) na ochronę środowiska i explicite na OZE.
Na Nowy Rok zatem i na kolejne należałoby życzyć sektorowi OZE inwestorów potrafiących pozyskać kapitał, mimo braku ustawy czy innych instrumentów prawnych wdrożenia KPD. Ale na to aby pozyskać grosz na taki zbożny cel trzeba ciężko pracować i same życzenia nigdy nie są wystarczające. Na początek warto jednak pokazać perspektywę finansową.
Cały ubiegły rok to licytacja kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego UE jakie energetyka chce wystawić do pokrycia w znacznej mierze podatnikom i konsumentom energii. To dobrze że ta dyskusja się odbyła i tu ukłon w stronę prof. Krzysztofa Zmijewskiego, z którym dwa lata temu przyszło mi polemizować na odnawialnym i z wzajemnością
na jego blogu, a który w ub. roku stał się jedynym moderatorem (animatorem) szerszej krajowej dyskusji na ten temat. I tu, pomimo wczesnieszych kontrowersji związanych z nadmierną moim zdaniem “troską” o energetykę korporacyjną, trzeba prof. Zmijewskiemu oddać chwałę i za konsekwencję, i za umiejętność stąpania po terenie pełnym sprzecznych interesów i pułapek. Wiem, że w podbarwionej nutą patriotyczną dyskusji nt. kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego chodzi o roszczenie finansowo-prawne energetyki korporacyjnej wobec rządu (pomoc publiczna i polityczne zabiegi w UE aby Pakiet rozmyć), a nie aby go wdrożyć efektywnie. Ale efektem tej histerii jest oszacowanie pełnych kosztów realizacji Pakietu w sposób „tradycyjny” (liczenie energetyki korporacyjnej), prowadzące do absurdalnie wręcz wysokich kwot. To z kolei zmuszają do refleksji, do poszukiwania alternatyw i otwierają drogę dla OZE, które też kosztują ale mniej na początku i znacznie mniejszy rachunek wystawiają “per saldo”.
Efekty ogólnokrajowej dyskusji moderowanej w 2010 r. przez Prof. Zmijewskiego w ramach działań Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji SRNPRE (i innych jego inicjatyw – polecam materiały z debat i konferencji z jego udziałem) doprowadziły do sformułowania „Plan Marshalla” dla energetyki. Plan ten ma kosztować 320 mld Euro do 2030 roku (w tym elektroenergetyka 100 mld Euro, z 26 mld Euro na OZE-Elektryczne), co oznacza wydatki (inwestycje?) rzędu 15 mld Euro/rok.
Można mieć wątpliwości czy Polsce w tym momencie powinno zależeć na Planie Marshalla (pieniądze na infrastrukturę – teraz to chyba juz tylko od „wujka z Ameryki”) czy bardziej na „nowym ładzie” prezydenta Trumana, a w szczególności obecnie nawiązującym do niego koncepcjom europejskich zielonych, a nawet krajowym inicjatywom nazywanym „Zielonym Nowym Ładem” mających oparcie w zielonych pakietach stymulujacych. Świat finansów patrzy na te kwoty raczej chłodno i z dystansem (por. wystąpienie Prezesa Krzysztofa Pietraszkiewicza ze Związku Banków Polskich), z zainteresowaniem (interes do zrobienia) ale i sceptycznie z uwagi na skalę ew. srodków i ryzyko rynkowe i polityczne).
Ale bez tego typu zgrubnych ale szerokich analiz byłoby mi też dzisiaj trudno pisać o inwestycjach w OZE i środkach na ten cel. Moja nieśmiałość
w prezentacji skali inwestycji w OZE wynika z tego, że KPD, być może z powodu “nieśmiałości” ministerstwa gospodarki (MG) wobec ministra finansów (MF), nie zawiera kosztów ani konkretnych instrumentów. Uważam to za poważny błąd i bynajmniej nie mam tu dużych pretensji do MF, bo to rolą MG jako autora było pokazanie wprost i obronienie zoptymalizowanych (!) kosztów wdrożenia KPD jako szansy (koszty i korzyci alternatywne) dla budżetu państwa.
Sądzę jednak, że obecnie trzeba uznać, że KPD, przy wszystkich jego mankamentach, którymi „odnawialny blog” zajmował się w ub. r.) jest dokumentem przyjętym przez rząd i trzeba go wdrażać w obecnej wersji i potem korygować. To też przy okazji moja odpowiedź na zapytania niektórych czytelników “odnawialnego”, czy teraz dzialać jeszcze na rzecz zmiany KPD czy próbować skuteczne oddziaływać już na rzecz ustawy dot. OZE, która ma służyć właśnie jego wdrożeniu, także z perspektywy pozyskania niezbędnego kapitału. Bazując na „technologicznej ścieżce rozwoju OZE” (planie) podanej w KPD dokonałem oceny wstępnej skali potencjału inwestycyjnego w tym sektorze do 2020 r.
Rysunek poniżej podaje wysokość nakładów inwestycyjnych (bazowałem na prognozach DLR i KE) dla technologii OZE przewidzianych w polskim KPD. 
Rysunek kolejny podaje skalę inwestycji w poszczególne technologie OZE do 2020 r. 
Na największe inwestycje może liczyć energetyka wiatrowa (na trzech rynkach; farm wiatrowych lądowych, morskich i małych elektrowni wiatrowych), termiczna energetyka słoneczna (razem kolektory słoneczne płaskie i próżniowe) oraz biogaz i CHP na biomasę stalą (o ile wspolpalanie – tu w sensie inwestytcjnym nie uwzglednione -jej nie pochlonie). Wynik tej analizy (przy pewnych założeniach upraszczających) to w sumie ok. 24 mld Euro na inwestycje w OZE (energia elektryczna i ciepło) do 2020 r. plus ok. 3 mld na biopaliwa. Jest to o ok. 30% wiecej niż zakladalem na “odnawialnym” dwa lata temu, w momencie publikacji projektu dyrektywy 2009/28/WE (ostatecznie inna jest struktura “energy mix”, z większym udzialem droszej energii elektrycznej i “najdroższego” biodiesla). Ale nie ulega watpliwosci ze jest to olbrzymi rynek zielonych technologii(!) i trzeba nim zainteresować świat finansów i biznesu, też malego. Ale nie jako “kosztem do poniesienia” (tak to próbuje przedstawić energetyka korporacyjna zarowno w przypadku ETS jak i OZE), ale jako jednym z bardziej perspektywicznych obszarów do inwestowania w obecnej dekadzie.
Wobec braku większych środków UE aż (praktycznie) do 2016-2017 roku, niezwykle ważna będzie tu rola instrumentów rynku bankowego i kredytowanie długookresowe (zabezpieczenia). Dobrze jakby te inwestycje dało się realizować w przejrzystej formule „project finance” , a nie formie nieprzejrzystych „inwestycji korporacyjnych”. Będziemy musieli nauczyć się korzystać z instrumentów rynku kapitałowego (pierwsze firmy „biogazowe, słonecze, wiatrowe i biomasowe” trafiły już na giełdę, w tym na NewConnect i skutecznie pozyskały środki na rozwój). Przyciągnięcie inwestorów strategicznych i finansowych to poważne zadanie do realizacji którego nie wystarczy „zwyczajowa aktywność PAIiIZ”, tu jest wymagana aktywna postawa rządu, przynamniej tak samo jak w zakresie szukania środków na inwestycje w energetykę jądrową. Jeżeli chodzi o instrumenty krajowe, to olbrzymią, wręcz nie do przeceniania, rolę ma do odegrania NFOŚiGW (zwraca też na to uwagę cytowany wcześniej Prezes Pietraszkiewicz). Jest to obecnie jedyne źródło finansowania, które może być użyte “strategicznie” i samodzielnie, bez oglądania się już na środki UE (częściowo zmarnowane lub nieefektywnie wykorzystane, np. dotacje w wys. do 70% nakladów inwestycyjnych) i bez czekania na ciagle mityczną ustawę dot. OZE. W tym celu NFOSiGW potrzebuje jednak wieloletniej strategii inwestycyjnej zbieżnej z KPD. NFOSiGW nie dźwignie sam problemu, ale (z wkladem siegającym 10%) może inspirować i być „języczkiem u wagi”.
Skończył się zatem łatwy ale “niezdrowy” czas w którym o powodzeniu w inwestowaniu w OZE decydowała umiejętność zdobycia (wcześniej alokowanych) dotacji, czasami na co najmniej wątpliwe projekty. W dobie spowolnienia gospodarczego i deficytu budżetowego liczyć się będzie jakość „deweloperki” i umiejętność współpracy sektora OZE ze światem finansów i przekonanie świata finansów (najlepiej dobrymi projektami), że nie warto ryzykować i tracić środków na takie „niby technologie” jak CCS i tak przestarzałe niezwykle drogie koncepcje XX wieczne jak energetyka jądrowa. Wobec zaniedbań legislacyjnych po stronie OZE i mimo wszystko przyspieszeń ustawodawczych po stronie energetyki jądrowej, czasu na przyciągniecie kapitału na OZE mamy niewiele.
PS. po przeczytaniu komentarza Pana Pawła Kosińskiego, ktory slusznie zauwazyl, ze nic nam po zielonych iinwestycjach jezeli wszystko co innowacyjne trzebaby (tak jak w przypadku energetyki jadrowej) trzebaby kupić zagranicą, zdecydowalem sie dolozyc jeszcze jeden wykres pokazujacy, ze na inwestycjach w OZE moze zarobic kilkaset firm produkujaych urzadzenia dla OZE w Polsce (specjalnie nie pisze “polskich”).
Powyższy rysunek bazujacy na wstępnych wynikach jednej z ostatnich prac Instytutu Energetyki Odnawialnej przedstawia liczbę firm produkujących urządzenia dla poszczególnych technologii OZE. Jak widać, na szczęcie
w znacznej mierze struktura zielonych tehcnologii produkowanych w kraju pokrywa sie w znacznym zakresie z zielonym “energy mix” w KPD. Dodam, że nie są to np. firmy zarabiajace ogolnie na realizacji inwestycji w calej gospodarce, ale silnie ukierunkowane na OZE, o dużym potencjale eksportowym. Potrafią zwielokronic każdą zarobioną dzięki inwestycjom w OZE zlotowkę i w czasie i w przestrzeni.
PS’. Niepotrzebnie sumaryczne naklady inwestycyjne, z uwagi na zalozenia dotyczace bioetanolu, zaokraglalem w gore. Poki co chodzi o kwote 27 (24+3-biodiesiel) mld Euro.
Umowa gazowa i współpraca z Rosją to niewykorzystana szansa dla OZE
Nikt w zasadzie nie wie o co chodzi w umowie gazowej z Rosją, poza tym, że przedłużona została do 2022 roku i że gaz będzie (ilość wzrośnie z 9 do 11 mld m3) ale nie stanieje (płacimy 350 $/1000m3). To generalnie dobre informacje dla OZE, bo w okresie przejściowym (zanim sieci zmądrzeją i będą inteligentne i zanim lepiej potrafimy zbilansować podaż energii z OZE z potrzebami) gaz jest dobrym uzupełnieniem dla niestabilnych źródeł – por. scenariusz Energy Revolution dla Polski. Gaz jest też dobry dla mało elastycznych atom czy węgiel.
Ale opinia publiczna, a nawet ponoć KE (asystująca w negocjacjach), nie wie za dużo o szczegółach technicznych samej umowy ani tym bardziej o dodatkowych ustaleniach wychodzących poza umowę. Przypomina to trochę też tajne negocjacje premierów Tuska i Sarkoziego przez ostateczną akceptacją Pakietu klimatycznego z których jak z kapelusza wyskoczyła energetyka jądrowa w Polsce. Można zatem domniemywać także i tym razem, że z gazem wpłynie do Polski energia elektryczna z budowanej w Kaliningradzie elektrowni jądrowej. Jak donosi Wyborcza: wicepremier Sieczin powiedział też, że zaproponował Pawlakowi budowę sieci elektroenergetycznych do importu prądu z elektrowni atomowej, którą Rosja chce zbudować w Kaliningradzie…
Powstaje zatem pytanie co z Polski wypłynie, poza strumieniem pieniędzy i co dodatkowo wplynie poza ew. rosyjskim „know-how” atomowym. W sieci zauważyłem spekulacje że wypłyną być może odpady radioaktywne jeżeli elektrownie jądrowe rzeczywiście miałyby powstać w Polsce. Rosja pozostanie poza UE i wprost nie dosięgną jej restrykcyjne przepisy unijne w tym zakresie. Pewnie z takiego rozwiązania z p. biznesowego można by się cieszyć, ale z p. widzenia odpowiedzialności społecznej trudno takie ew. gangsterskie biznesy zaakceptować. Ale gdzie mnie maluczkiemu się na “odnawialnym” o tym wypowiadać, wszak to wielka polityka a zabawa w piaskownicy, za jaką strony umowy (z zachowaniem proporcji) zapewne uważają OZE.
Sądzę jednak, że jeżeli umowa zasadnicza i dodatkowe porozumienia miałaby w jakiekolwiek sposób poprawić bilans handlowy w szeroko rozumianej energetyce z wielomiliardowych kontraktów (to chyba coś odpowiedniego na offset?) to właśnie w energetyce odnawialnej. Rosja nie ma technologii w tym zakresie. Zgoda, że w Polsce też z tym nie jest najlepiej, ale tu też chodzi o proporcje. Rosja, pomimo olbrzymich odnawialnych zasobów jest technologiczną pustynią. Ocenia się, że na koniec 2010 r. pomimo rzek syberyjskich (jedyna stosowana technologia OZE) udział zielonej energii w konsumpcji energii elektrycznej w Rosji nie przekroczy 1,5% (w Polsce będzie to 5 x więcej). Czyli Rosja jest w zielonej energetyce 20 lat za Polską, a Polska w energetyce jądrowej 50 lat za Rosją; ot możliwa synergia na zasadzie niósł ślepy kulawego
, ale lepsze to niż brak synergii.
Prawie 2 lata temu (zaraz po przyjęciu Pakietu klimatycznego UE) Putin podpisał dokument (po raz pierwszy w Rosji) dotyczący rozwoju OZE z planem zwiększenia udzialu tych ostatnich do 2,5% w 2015 r. i do –4,5% w 2020 r. Choc to malo, ale nieuchronne i dlatego Rosja to też dobre potencjalne miejsce to eksportu takich wyrobów naszego rosnącego zielonego przemysłu jak kolektory słoneczne, kotły na biomasę, brykieciarki do biomasy itp. Są to technologie wyselekcjonowane przez ministerstwo środowiska w ramach programu GreenEvo do wsparcia eksportu.
I tu moje drugie pytanie, czy sektor energetyki odnawialnej był brany pod uwagę w dyskusjach o umowie gazowej z Rosją? Jestem przekonany, że Rosja sama na taki pomysł by nigdy nie wpadła ale może dlatego że do OZE nie przywiązuje aż wiekszej wagi, mogłaby pójść łatwo na dodatkowe koncesje dla Polski otwierając bardziej skromny rynek dla polskich technologii OZE ale też obecnie tanio (wręcz za darmo) otwierając furtkę do dalszej współpracy ? Po komentarzach sądząc taka myśl nawet naszym negocjatorom umowy nie przyszła do głowy czyli stali się przy okazji rozmów o gazie ambasadorem jedynie interesów energetyki jądrowej a nie odnawialnej, dodam – ambasadorem wirtualnego jedynie sektora, a nie sektora z obrotami na rynku urzadzen i biomasy juz rzedu 5 mld zl rocznie i zatrudnieniem 20 tys osob…
W tym upatrywalem niewykorzystaną szansę na rodzaj offsetu i współprace z Rosją w takich obszarach gdzie jednak mamy przewagę i cokolwiek więcej poza pieniędzmi do zaoferowania.
Ale ze współpracy energetycznej z Rosją mogą też wyniknąć poważne zagrożenia dla OZE, trochę na zasadzie „trafił swój na swego”.
W rozmowach z Rosją Putina w każdej sprawie trzeba oczywiscie (trywializm) uważać, bo co innego podpsuje, co innego mówi a jeszcze co innego robi i nie zrobi nic co poważnie zagroziłoby interesom Gazpromu i Rosnieftu (dlatego ew. współpracę warto zacząć drobnymi kroczkami i ofertą małych technologii). Poglądy Putina są niestety w wielu przypadkach zbieżne z poglądami polskich polityków, bo oni też nie zdradzą interesów państwowych monopoli PGE, PGNiGE czy Orlenu, czego nie można zawsze powiedzieć o interesach niezależnych dostawców energii czy jej konsumentach. Wielokrotnie od wysokich urzedników rządu RP i prezesow polskich panstwowych championow energetycznych słyszałem wypowiedzi niezbyt daleko odbiegające od tego co ostatnio Putin mówił dziennikarzom o OZE , w tym np. o energetyce wiatrowej (przepraszam za brak tłumaczenia): You must also know that global energy experts predict a steady growth in consumption. However, the structure of consumption will remain practically unchanged. There may be a very insignificant change despite all the efforts to develop alternative fuels. You can’t convert large power plants to wind generators, although the idea is certainly tempting. You won’t be able to do that for several decades because it’s impossible. Impossible! …. German government has decided against closing nuclear power plants. Why? Because there is no alternative, that’s why, because nuclear power generation is the only available alternative to oil and gas today. These projects exist. They are viable alternatives. All other ideas are just for fun now.
Słownictwo Putina zwlaszcza wtedy gdy sprzedaje gaz, ropę i reaktory jądrowe jest wręcz przykładem perfekcyjnego denializmu jeśli chodzi o OZE: Russia’s Prime Minister Vladimir Putin again insists that nuclear energy is the only alternative to fossil fuels – and calls renewable energy trifling business.
Wobec tej siły argumentów i głębi analizy muszę chyba uznać że reprezentuję “blachy i śmieszny” biznes
.
Przy całej śmieszności i zagrożeniem że współpraca z Rosją odciągnie Polskę od innowacyjności i wesprze atom, sądzę jednak że przy negocjacji umowy gazowej przegapiliśmy szansę aby wyjść z przemysłem energetyki odnawialnej na zewnątrz, tam gdzie jeszcze możemy spróbować. Byłoby bowiem chichotem historii jakbyśmy za 20 lat importowali z Rosji także zieloną energię i tu także się uzależnili…. Na razie powoli ale systematycznie, dzieki polityce rządu, rzekomo walczącego o bezpieczenstwo energetyczne, od rosyjskiej biomasy uzależniają sie nasze energetyczne championy wspolpalajce ją z weglem.
PS. Szersza analiza sektorów OZE (i atomu) w Rosji przedstawiona jest na stronie Bellony (polecam)
O naturze sporów resortowych o biomasę wokół krajowego planu działań zakresie energii ze źródeł odnawialnych
Minęło dokładnie pół roku od opublikowania pierwszej wersji Krajowego planu działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD). Już chyba tu nie czas na wspominanie o kulisach półrocznych prac nad KPD przed publikacją jego pierwszego projektu (można by tu długo o tym dlaczego źle zaczęto, od razu z widokiem nieniechlubny koniec), ale zajmijmy się tym co było potem. Pierwotnie KPD miał już 30czerwca, zgodnie z wymogiem dyrektywy 2009/28/WE o promocji OZE, trafić do Komisji Europejskiej (KE). Najdelikatniej mówiąc projekt nie wzbudził zachwytu. Pojawiło się wiele krytycznych opinii. Nie obyło się też bez wypowiedzi piszącego słowa nt samego dokumentu jak i bezpośrednio na „odnawialnym” i nt. rozstrzelonych stanowisk w tej środowisk związanych z OZE. W efekcie Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało, że będzie 2- miesięczne opóźnienie w stosunku do wymogów dyrektywy i KD będzie gotowy na koniec sierpnia. Po 3 miesiącach oczekiwania, kiedy 23 kraje UE przesłały swojej plany na na platformę przejrzystości i tylko Polska i trójka innych maruderów tego nie zrobiły, KE wszczęła posterowanie przeciw Polsce za niedotrzymanie terminu z dyrektywy. Pierwszym krokiem było pismo ponaglające z KE przesłane 30 września do rządu. Już od pewnego czasu rząd nie przejmuje się w biciu kolejnych rekordów pod względem liczby pozwów przed Trybunał e Sprawiedliwości w Strasburgu (warto policzyć ile nas to kosztuje i ile bedzie) ale odpowiedzialna za energetykę wiceminister Joanna Strzelec-Łobodzińska podpisała oświadczenie, że przyczyną opóźnień były „liczne zmiany w KPD, których wprowadzenie wymagało wielu konsultacji eksperckich” (jak się dalej okaże, zmian aż tak glebkich nie bylo, a i niekoniecznie o “ekspertow” tu chodzi tylko o polityke). Ministerstwo poinformowalo, ze 15 października KPD został „zatwierdzony” przez Komitet ds. Europejskich rządu i skierowany został „do rozpatrzenia” przez Radę Ministrów (RM), choć wydawało się że trafi bezpośrednio do KE, bo po pierwsze RM może niewiele wyczytać z dokumentu (najwięksi eksperci też nie wiedzą
, który nie ma harmonogramu i budżetu czy też konkretnych propozycji legislacyjnych (to największy mankament projektu majowego), a po drugie opóźnienie zaczęło przyjmować rozmiary niepokojąc dla wszystkich. Można było się tylko domyślać, że chodzi o konflikty resortowo-polityczne, ale wszystko odbywało się poza zasięgiem opinii publicznej czy też tych najbardziej zainteresowanych środowisk związanych z OZE. Dopiero 16 listopada nowa wersja dokumentu pojawiła się na stronie internetowej ministerstwa.
Zanim napiszę o kulisach resortowych, kilka zdań o samym dokumencie. Akurat dzisiaj nie jest moją intencją analiza kolejnego (dalej tylko) projektu KPD dlatego odeślę do syntetycznej informacji o zmianach w stosunku do poprzedniej wersji podaną przez CIRE( link wraz z komentarzami, które rzeczywiście świadczą o zamęcie jaki KPD wywołuje w głowach). Dodam od siebie tylko tyle, że w nowym KPD nastąpiła pewna zmiana od strony bilansu energii, choć tylko część tych zmian uważam za w pelni zasadne, a część mnie nawet zaskoczyła. Problemem pierwszej wersji była „monokultura biomasowa” wewnątrz OZE na skalę znacznie większą niż monokultura węglowa w całym bilansie kraju, z tą różnicą, że węgiel mamy, a biomasy energetycznej tyle nie mamy i staje sie coraz drozsza (nawet odpady). Pozytywnie należy przywitać pojawienie się w miejscu deficytowej biomasy zwiastuna morskiej farmy wiatrowej 500 MW w 2020 r. (tu trudno dyskutować, bo to wręcz cywilizacyjna sprawa) oraz małych wiatraków 550 MW (to rodzaj higieny w systemie, bo bez mikróźródeł w postaci PV – na co w Polsce trzeba będzie dłużej poczekać, nie bylibyśmy w stanie zmienić umyślania ludzi, energetyków, mysleć o “net meteringu” czy wdrażać inteligentnych mikrosieci, a małe wiatraki to kropla, która będzie drążyć skałę, czy zwykły beton). Widzę tu jednak pewną „zagrywkę”, bo małe wiatraki pojawiły się w bilansie poprzez uszczknięcie mocy dużym farmom wiatrowym, a nie wprost biomasie, co byłoby bardziej naturalne wobec przyjętego kierunku zbilansowania zasobów). Jeżeli chodzi o udział biomasy w generacji energii elektrycznej to praktycznie nie spadł (ponad 14 TWh) i do tego jeszcze wrócę. Okazało się że udział biomasy spadł wyraźniej w zielonym cieple o 230 ktoe, a zyskały wyraźnie pompy ciepła (wzrost aż o 75 ktoe), ale widać że za tym nie kryją się jakieś większe analizy bo autorzy nie byli w stanie przypisać pomp ciepła do określonego rodzaju (geotermalne, czy np. aerotermalne- iście nieszczęśliwa nazwa, w które wobec wymogów efektywnościowych dyrektywy trudno mi uwierzyć). Z zadowoleniem należy przyjąć pojawienie się zielonej energii elektrycznej w transporcie ze zwiastunem tylko 50 ktoe, ale -co znamienne kosztem biodiesla. Aby domknąć bilans i spełnić postulaty budowniczych wielkich zapór w bilansie energii elektrycznej z OZE, dokładnie w 2020 r. (strzał w dziesiątkę!) pojawiła się częsć Kaskady Dolnej Wisły w postaci drobnych 100 MW. To z jednej strony mnie zaskoczyło, a drugiej jakoś nie mogę dać wiary i sądzę, że to „rezerwa” dla innych do wypełnienia.
Pomimo generalnie (nie wchodzę w widoczny brak modelu, może nawet dobrego arkusza kalkulacyjnego i brak narzędzia optymalizacji ekonomicznej) logicznego kierunku zmian (aczkolwiek niewielkiego zakresu) w sferze bilansowej, zmiany w sferze werbalnej tego ponad 200 stronicowego opracowania są nadzwyczaj skromne. Potwierdza to tylko brak symulacji i korelacji pomiędzy liczbami a opisanymi instrumentami wsparcia. Jedyna naturalna korekta (nie związana z bilansami) to potwierdzenie w nowej wersji KPD nader oczywistej sprawy jaką jest przyznanie (str. 133) że „ podjęte zostaną starania w celu ustanowienia odpowiednich mechanizmów umożliwiających przeprowadzenie transferów statystycznych z innymi państwami”, choć to w rzeczy samej nazbyt ogólnikowe stwierdzenie. Pogłębiła się też niespójność pomiędzy wstępnymi deklaracjami na rzecz optymalizacji wsparcia z kosztami wdrożenia polityki wsparcia w zakresie zielonej energii elektrycznej, które (bez ew. dotacji) sięgać mają do 2020 roku aż … 70,5 mld zł. Brzmi to wyjątkowo ciekawie w zestawieniu z utrzymanym na wstępie dokuemntu, niezmiennym założeniem, że „przewiduje się także zachowanie tzw. współspalania jako stosowanej w Polsce do 2020 r. formy OZE”.
I tu dopiero wracam do problemu – skutków ubocznych- niewielkiego zmniejszenia roli biomasy w (drobnym) ciepłownictwie i jednoczesnego utrzymania jej współspalania na niewyobrażalną wręcz skalę w elektroenergetyce oraz uszczknięciem biodiesla jako prawdopodobnego źródła „walki pod dywanem”, w którą uwikłane są ministerstwa gospodarki i rolnictwa. Z MRiRW dochodziły już od pewnego czasu pomrukiwania, że np. trzeba silniej wesprzeć mikrobiogazownie oraz wyhamować współspalanie (zwłaszcza jak idzie do kotła biomasa z lasu a nie z rolnictwa) i energetykę wiatrową (choć na niej – dzierżawach, rolnicy znacznie więcej zarabiają niż na biomasie energetycznej). Ale chyba najlepiej sprawę przedstawił wczoraj Minister Marian Zalewski (cytat za WNP) „…Współspalanie to najmniej efektywny sposób wykorzystania energii biomasy. …Przyczyny [rozwoju wspolspalania] wynikają z [przyjętych] zasad wsparcia OZE, które nakierowane są wyłącznie na realizację zobowiązania wynikającego z pakietu klimatyczno-energetycznego bez względu na sposób realizacji innych ważnych celów. …Krytycznie ocenić trzeba regulacje prawne umożliwiające określanie zaporowych warunków przyłączenia do sieci niskiego i średniego napięcia rozproszonych źródeł energii zwłaszcza o niewielkiej mocy. …W odróżnieniu od rozwiązań w innych krajach wsparcie w Polsce nie jest zróżnicowane w zależności od nośnika energii odnawialnej jak też poziomu zainstalowanej mocy…”. Generalnie trudno z tym się nie zgodzić, może poza jednym tylko drobiazgiem: współspalanie zdecydowanie nie służy realizacji pakietu klimatycznego 3 x20%, służy tylko doraźnie państwowym zużytym elektrowniom i ew. krótkookresowej dywidendzie, a spalana tam biomasa zmniejsza możliwości redukcji emisji CO2 w skali calego kraju (można ją znacznie lepiej wlasnie z tego p. widzenia ochrony klimatu wykorzystać). „Walka o ogień z biomasy” (bynajmniej nie słomiany) przeniosła się na korytarze ministerialne (choć to korytarze we władaniu tego samego koalicjanta) i obecnie blokuje dalsze procedowanie KPD. Walczą o to „pod dywanem” dwa największe w Polsce lobbies: tradycyjnej korporacyjnej energetyki i agrobiznesu. Do tej pory interesy wokół biomasy ich łączyły, ale czym jest jej mniej, wraz ze zniesieniem dopłat UE (CAP) do plantacji energetycznych i mniejszą pula korzysci do podzialu, lobby rolnicze poczuło się zapewne oszukane i w znacznej mierze ze słusznymi postulatami wyraziło swój gniew. Chodzi głownie o mikrobiogazownie, chodzi też o warte poparcia zdecentralizowane/lokalne wykorzystanie biomasy, ale też chyba o to, że energia elektryczna zacznie stopniowo wypierac biodiesel za którym stoi silne lobby rzepakowe (uksztaltowalo ustawe biopaliwowa w ramach dyrektywy 2003/30/WE, a przeciwko tym interesom działają kryteria zrównoważoności biopaliw w nowej dyrektywie 2009/28/WE).
Można by się temu wszystkiemu przyglądać pozytywnie oczekując efektów zgodnie z heglowską dialektyką teza-antyteza-synteza, gdyby nie fakt, że tu moim zdaniem za mało chodzi o cele ogólne, a za bardzo o cele branżowo-korporacyjne i gdyby nie zagrożenie, że efektów spóźnionego sporu nie będzie, a sektor OZE jeszcze długo może działać (coraz słabiej, w chorym otoczeniu) w zawieszeniu „bez planu”. Sądzę, że do tego dyskursu pomiędzy „chłopem” i „panem”, powinien się włączyć ten trzeci – Minister Środowiska, jako ten który odpowiada za Pakiet klimatyczny i powinien patrzeć znacznie szerzej niż resortowo. Dyrektywa 2009/28/WE jest elementem tego pakietu. Kryterium wyboru zielonego energy mix (a tylko cały mix i jego struktura liczy się w OZE, a nie jeden zasób czy jedna określona technologia) powinny być bowiem minimalne koszty redukcji emisji CO2, bo tu wszyscy poniesiemy mniej lub bardziej solidarnie olbrzymie koszty, przy zapewnieniu (tu Polska nie moze ryzykowac, takze z powodow ekonomicznych) że sam cel dla OZE będzie w sposób niezagrożony i zrównoważony osiągnięty. Marginalne koszty redukcji CO2 (także z uwzglednieniem cyklu zycia produktu) da sie wyliczyć, a kryterium to pozostaje pozatechnologicznym, podczas gdy “inne wazne cele”, jako trudno wymierne i narażone na wąski lobing, powinny byc jedynie dodatkową okolicznoscią przy decydowaniu o energy mix, o ile ktos przedstawi wiarygodnie uzsadanienie. W potrzebnym tu podejsciu rodowiskowym i systemowym zarazem, może się też przydać “profesorskie” przywiązanie do rozwiązywania równań, a nie zabawy w zgadywanki czy grania w podwórkowego „dupniaka” (nie wiemy kiedy, z ktorej strony i za co oberwiemy, np. z uwagi na “inne wazne cele”). Panie Profesorze Kraszewski, co Pan na to? chciałoby się zawołać
. Poza tym warto zapytac “co z tą Nieszawą” (jako zapewne wstepem do kaskady), bo tu potrzebna jest refeksja jezeli państwo decyduje się wesprzeć kolejną ekologicznie watpliwą centralną inwestycje na północy polski.
OZE energetyka jądrowa: elektrowania jądrowa Energii przez PGE OZE pakiet klimatyczny
by grzegorzwisniewski
leave a comment
Kupno Energa przez PGE to też kolejny transfer publicznych zasobów na ATOM kosztem OZE i kolejne pole konfliktu
Poprawność polityczna i szkolne formułki sprawdzają się w poglądzie że „Polska potrzebuje wszystkich źródeł energii” . Blog „odnawialny” stara się nie wchodzić w obszary bardziej odległe od energetyki odnawialnej. Nie zawsze mu wszystko wychodzi, nieprzymierzając jak Kalinie Jędrusik, która wobec zarzutu spowiednika dot. sposobu jej życia towarzyskiego, zadając mu retoryczne pytanie: „Proszę księdza, a co ja jestem Jezus Chrystus?”. Odnawialny blog nie jest też świętoszkiem i, zgadzając się generalnie z tezą że potrzebujemy różnych źródeł energii, ostatnio czepia się i wcześniej czepiał się np. tutaj czy tutaj milutkiego, niewinnego oseska, ba, jeszcze nawet nienarodzonego, jakim jest w Polsce energetyka jądrowa. Odnawialny blog ma też na sumieniu (nie jest to bynajmniej powód do specjalnej dumy) krytykę matki (PGE) upragnionego i dobrze zapowiadającego się dziecka (niekwestionowanym ojcem jest tu rząd) i jej koleżanek (Tauron, Enion, Energa), ale na blogu i w dyskusji blogowej przeciwstawiane były sobie PGE i Energa, jeżeli chodzi o podejście do koncepcji rozwoju korporacji i miejsca w niej dla energetyki rozproszonej. Energa od strony deklaracji i np. ostatniej kampanii SmartEco, przynajmniej teoretycznie, do swojego modelu biznesowego energetyki rozproszonej (decentralizacja wytwarzania) i inteligentnej (tu nietety nic poza licznikami z możliwością zdalnego odczytu nie dostrzegłem) próbowała wprowadzić OZE. Patrząc na nieco abstrakcyjną (dla klienta) ofertę miałem wątpliwości czy to tylko PR przed prywatyzacją, ale generalnie można było to przyjąć jako dobrą monetę i za trochę powiedzieć ”sprawdzam”.
Ostatnia stricte polityczna decyzja rządu o „sprzedaży”, pomimo ostrzeżeń UOKiK, grupy Energa w ręce maga grupy PGE, pod hasłem … dalszych ułatwień w realizacji programu budowy energetyki jądrowej, w zasadzie skazuje ide takie jak SmartEco, nawet jeżeli to był tylko PR, na niebyt. Oznacza to też, że z rynku ubędzie trochę środków na inwestycje OZE, a przybędzie zasobów (infrastrukturalnych i organizacyjnych ale też finansowych, w postaci np. zwiększonej zdolności kredytowej) na inwestycje w energetykę jądrową. Mało tego, budowie programu energetyki jądrowej sprzyjać będzie też to, że odbiorcy energii obsługiwani w przyszłości przez nowego giganta nie będą mieli praktycznej możliwości zmiany (z pewnością z powodu budowy elektrowni jądrowych jeszcze bardziej drogiego) sprzedawcy energii i także w ten sposób „opodatkowany dodatkowym monopolem” cały naród będzie budował elektrownie jądrowe i w “atomowych taryfach” splacal zaciagniete kredyty. Jak za “dobrych czasów” socjalizmu i poprzedniej próby budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu w latach 80-tych.
Za całkowicie nielogiczną uważam wypowiedź Ministra Grada mówiącego że w efekcie przejęcia Energii przez PGE, odbiorcy energii mogą liczyć na … niższe ceny prądu, bo jeżeli „polskie” (podkr. aut.) podmioty będą w stanie zrealizować inwestycje w nowe moce wytwórcze, to będzie więcej prądu, a jak będzie więcej prądu, to będą niższe ceny” . Nie traktuję też poważnie zapowiedzi Ministra, który chcąc uspokoić pomorskich polityków zaniepokojonych zniknięciem jednej z największych firm regionu, powiedział, że Energa zachowa swoją siedzibę i odrębność organizacyjną, PGE ma też zainwestować w nią 5 mld zł i wprowadzić jej akcje na giełdę”. Moim zdaniem nie tylko na wchłonięciu grupy Energa przez PGE, ale i na całej koncepcji budowy na Pomorzu (tak zasobnym w odnawialne zasoby energii) elektrowni jądrowej (jądrowych) region tylko będzie tracił. Nie miejsce tu na rozwodzenie się na ten temat, odsyłam tylko do materiałów z jednego seminariów IEO na ten temat. Co do “korzyści z siedziby”, to zbytnią trywialnością byłoby tez powoływanie się na zapowiedzi PGE z czasów konsolidacji i planowania swojej siedziby w Lublinie. Śmiem jednak twierdzić, że Energa sama mogłaby się bowiem wprowadzić na giełdę i nawet z bardziej atrakcyjna ofertą i bardziej atrakcyjnym wizerunkiem. A skoro ma być zachowana rzekomo odrębność organizacyjna, to połączenie tylko zwiększy koszty a nic nie wniesie, ani rozwiązań organizacyjnych ani nowych technologii, etc.
Zainteresowanych ogólną analizą sytuacji po decyzji rządu odsyłam do krótkiego i moim zdaniem b. dobrego artykułu Konrada Niklewicza i Rafała Zasunia „Rząd na prąd”.
Wracając do OZE, to nie mam pewności na ile silna w sektorze energetyki odnawialnej jest świadomości faworyzowania przez rząd energetyki jądrowej kosztem OZE i wypaczania idei Pakietu klimatycznego UE wspartego na dyrektywie 2009/28/WE a nie na programach budowy elektrowni jądrowych, ale moim zdaniem tu już na spokojną argumentację nie ma czasu. Red. Niklewicz i Zasuń, komentując sam fakt sprzedaży jednej państwowej grupy innej, stwierdzili: „w starciu logiki z polityką zazwyczaj, niestety, wygrywa ta ostatnia”. Biorąc pod uwagę jak kontrowersyjnie i niesprawiedliwie rząd prowadzi sprawy OZE i ATOMU, dodam że to stwierdzenie może mieć zastosowanie też do moim zdaniem nieuchronnej konfrontacji energetyki jądrowej i odnawialnej w walce o te same, będące w ręku rządu i przedsiębiorstw energetycznych, zasoby. Warto mieć świadomość, że pomimo pakietu klimatycznego i jasnej strategii UE w sprawie OZE, w Polsce logika i ekonomika mogą przegrać z polityką po raz kolejny.