Kto dopuścił się bestialskiej zagłady bydła?

Zatrucie środkiem chemicznym okazało się przyczyną śmierci ponad stu sztuk bydła, które padły w jednym z gospodarstw Zakładu Produkcji Rolnej w Kowrozie (gmina Łysomice). Znane są już wyniki badań przeprowadzonych w laboratorium we Wrocławiu – niewykluczone, że trująca substancja została podana zwierzętom celowo. Sprawę wyjaśnia kujawsko-pomorska policja i prokuratura. Na razie wiadomo jedno: zakład poniósł ogromne straty – informuje TVP Info.

"Obora gospodarstwa w Pigży jest częściowo pusta. Krowy i cielaki – w sumie prawie 130 sztuk bydła z nieznanych przyczyn padło w ciągu kilku dni. Zwierzęta nie zdychały w całym stadzie, tylko zdarzało się to w poszczególnych kojcach. Rolnicy z okolicznych wsi w gminie Łysomice obawiali się, że były chore.

– My naprawdę zastanawialiśmy się co mogło być tego przyczyną, przecież od grypy tyle bydła by nie padło! Na początku dowiedzieliśmy się pocztą pantoflową, że zdechły dwie, trzy krowy, ale potem jak się okazało, że tyle, to się przestraszyliśmy – tłumaczy Jerzy Broniecki, rolnik z Brąchnowa.

Badania laboratoryjne wykluczyły jednak, by przyczyną śmierci zwierząt była choroba zakaźna. Okazało się, że krowy zostały otrute środkiem ochrony roślin – chwastobójczym. Straty zakładu będą trudne do odpracowania.

– To trzeba policzyć na dwa sposoby. Jeśli chodzi o żywe mięso – straciliśmy około 500 tysięcy. Druga kwestia – krowy, które padły były cielne, więc w ciągu pięciu miesięcy byłby cielaki plus mleko. Firma ma dobry milion strat – wylicza Piotr Doligalski, prezes zarządu Zakładu Produkcji Rolnej w Kowrozie.

Prezes zarządu zakładu od początku sprawy obawiał się, że bydło mogło zostać otrute.
Dlatego zgłosił sprawę do prokuratury. Niewykluczone, że chwastobójczy środek podał bydłu któryś z pracowników, mógł być to także ktoś z zewnątrz.

– Jeżeli był jakiś problem w stosunku do mnie, bo tak mogę domniemać, to nie powinien był zabijać niewinnych zwierząt – dodaje Doligalski.

Prezes tłumaczy jednak, że nikogo oskarżać nie może i nie chce. Pracownicy zakładu, z którymi udało się porozmawiać, są wydarzeniem wstrząśnięci. Mówią, że do tej pory mają widok otrutych krów przed oczami.

– Wyglądały tak, jakby zasypiały, były osłabione, serce ściskało, jak się szczególnie na te małe cielaczki patrzyło… jak odchodzą – opisuje jeden z nich, po czym urywa wypowiedź i nie chce podać nazwiska.

– Nie wiemy, kto to mógł zrobić, tak bestialsko się zachować… Ale pani zobaczy, teren tego gospodarstwa to ogromna przestrzeń, wystarczyła chwila nieuwagi, ktoś przemknął do obory, dodał im coś pewnie do paszy… Teraz też nie jesteśmy w stanie upilnować krów przed czymś takim. Jak ktoś będzie chciał to zrobić ponownie, to może mu się udać… Stresujemy się. Chociaż my pilnujemy tu teraz wszystkiego jak możemy – zapewnia inny mężczyzna.

Odbudowa stada gospodarstwa w Pigży to kwestia co najmniej trzech lat. Dlatego zakład czekają reorganizacje, między innymi pracy w oborze. – To zatrudnienie, które było – musimy je przeorganizować, bydła jest przecież o wiele mniej – przyznaje Jan Wojtkiewicz, kierownik Zakładu Produkcji Rolnej w Kowrozie.

Kto jest sprawcą otrucia, ustalają śledczy. W Prokuraturze Rejonowej w Toruniu trwa postępowanie wyjaśniające. Ewentualny sprawca może usłyszeć zarzut złamania ustawy o ochronie zwierząt. Tymczasem w zakładzie panuje nerwowa atmosfera. Wszyscy obawiają się, że do otrucia zwierząt może dojść ponownie.

– Jest duża niepewność… Do tej pory nie został wykryty sprawca. Boimy się, że może się zdarzyć coś podobnego. W tej chwili wzmogliśmy czujność naszą, pracowników. Staramy się pilnować zakładu z każdej strony – tłumaczy kierownik zakładu" – informuje TVP Info.

Martwe zwierzęta z gospodarstwa w Pigży zostały zutylizowane. Pozostałe krowy, jak zapewniają właściciel zakładu i inspekcja weterynaryjna, są zdrowe, a mleko od nich bezpieczne.

Źródło: Maria Sikorska, TVP Info, www.tvp.info, fot. sxc.hu

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here