Mądry rolnik po… wypadku

Rolnictwo to branża, która charakteryzuje się dużą liczbą wypadków. I choć z roku na rok jest ich coraz mniej, to pośpiech, roztargnienie i brak myślenia wciąż zbierają żniwo w gospodarstwach i na polach.

Schodzenie z drabiny i ciągnika czy stąpanie po nierównej nawierzchni to sytuacje, w których najczęściej dochodzi do wypadków na wsi. Upadki są najliczniejszą grupą zdarzeń zgłaszanych do Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Do niebezpiecznych sytuacji dochodzi także podczas pracy maszyn polowych. A wielu wypadków można by uniknąć, gdyby tylko wcześniej… pomyśleć.


Dziura w podłodze, pęknięta czaszka

O tym, jak ważna jest umiejętność przewidywania przekonał się pan Kazimierz ze wsi Kuchary-Skotniki, położonej nieopodal Czerwińska n. Wisłą (woj. mazowieckie).

wypadki w rolnictwie, KRUS
Dziura w podłodze na strychu u pana Kazimierza jest już zabezpieczona, fot. K. Szałaj

2010 rok, środek lata. Pan Kazimierz wraz z ojcem zwożą do gospodarstwa siano. Robi się już późno, a bałdy trzeba jeszcze załadować na strych obory, bo w nocy ma padać deszcz. Więc się spieszą. Pan Kazimierz szybko wchodzi po drabinie na strych i otwiera drzwiczki. Ale jedno skrzydło jest zablokowane. Gospodarz próbuje je otworzyć od środka, szarpie mocno. W pewnym momencie drzwiczki gwałtownie puszczają, pan Kazimierz traci równowagę i upada prosto w wielką dziurę w podłodze, prowizorycznie zabezpieczoną bałdami siana. Razem z tym sianem leci kilka metrów w dół i ląduje w oborze. Traci przytomność.

Spadłem z wysokości trzech metrów. Miałem pęknięta czaszkę. Ojciec był przekonany, że już nie żyję, że się zabiłem. Ale po kilku minutach otworzyłem oczy. W szpitalu spędziłem parę tygodni, jednak wyszedłem z tego cało – opowiada mi pan Kazimierz.

Pierwsze, co robi po powrocie do domu, to zabezpiecza felerną dziurę. I od tej pory staje się bardziej uważny.

Nim zacznę coś robić na polu, w obejściu czy przy maszynach, to myślę, co może pójść nie tak. Zanim się dotknę np. do rozrzutnika czy bron, to wyłączam silnik w ciągniku. Staram się nie mieć ubrań ze sznurkami, które mogłyby się wkręcić np. w wałek przekazu mocy czy w elementy kombajnu. Wyrównuję też powierzchnię podwórka, by nie było dołów i dziur, przez które można się przewrócić. Wielu rolników tego nie robi, bo wiadomo – nie mają czasu, spieszą się. Ale o tragedię naprawdę nie trudno – mówi pan Kazimierz.

Dzięki tej ostrożności rok później udaje mu się wyjść cało z groźnej sytuacji, gdy zaatakował go rozjuszony byk.

KRUS, upadki w rolnictwie, choroby zawodowe rolników, wypadek, wypadki na wsi, wypadki w rolnictwie, Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, wypadki śmiertelne, bezpieczeństwo dzieci na wsi
Uchwyt nosowy uratował pana Kazimierza przed stratowaniem przez byka, fot. K. Szałaj

Poszedłem po niego na łąkę, żeby zaprowadzić do obory. A on zaczął muczeć tak dziwnie i w pewnym momencie rzucił się na mnie. Bódł mnie rogami przez około 10 minut. Już myślałem, że z tego nie wyjdę. Na szczęście założyłem mu wcześniej w nosie metalowe kółko. Jakimś cudem w tej szarpaninie zdołałem je złapać i dzięki temu poskromiłem rozjuszone zwierzę – opowiada pan Kazimierz.

I dodaje: – I w obejściu, i na polu ostrożności nigdy za wiele.


Dzieci pod szczególnym nadzorem

Na wsi, zwłaszcza w okresie letnim na niebezpieczeństwa narażone są szczególnie dzieci. Wie coś o tym pani Danuta, rolniczka z okolic Płocka, babcia pięcioletniego Witusia i ośmioletniej Marysi. Niewiele brakowało, a wnuków mogłoby już nie być.

wypadki w rolnictwie, KRUS
Chwilę po wykonaniu tego zdjęcia, wnuczek pani Danuty omal nie spadł z tura, fot. Danuta Adamiak

Mąż zostawił przy śliwie ciągnik z wyciągniętym turem. Ja akurat poszłam z wnuczkiem na pobliski warzywnik po cebulę i marchew. Gdy wyrywałam warzywa, Witek po drabinie wszedł na tura i zaczął  zrywać śliweczki. Widziałam co robi, nawet mu zdjęcie telefonem pstryknęłam. Bo do głowy mi nie przyszło, że coś złego może się stać. Tymczasem Wituś stanął na paluszki, żeby dosięgnąć owoc i w tym momencie się zachwiał. Zamarłam, byłam pewna, że zaraz spadnie. A to było ze trzy metry do ziemi! Na szczęście przewrócił się do tyłu, na pupę i został w łyżce. Ale strachu najadłam się co niemiara. Dziś wiem, że bezpieczeństwo dzieci na wsi zależy w dużym stopniu od dorosłych. To my musimy uzmysłowić sobie zagrożenia, które mogą wystąpić w gospodarstwie i je wyeliminować – tłumaczy pani Danuta.

Niebezpieczną przygodę przeżyła także jej wnuczka Marysia. Podczas zbioru porzeczek jeździła z dziadkiem na kombajnie. Pogoda była kiepska, co chwilę kropił deszcz. Niby niewielki, ale wystarczył, by górna platforma kombajnu zrobiła się bardzo śliska. A dziewczynka miała na sobie gładkie od spodu tenisówki. Nie trudno sobie wyobrazić, co się dalej wydarzyło.

wypadki w rolnictwie, KRUS
Przebywanie dzieci w pobliżu pracujących maszyn może skończyć się tragedią, fot. Danuta Adamiak

– W pewnej chwili obsunęła się jej nóżka i niewiele brakowało, a wpadłaby w otrząsacze kombajnu. Mogła zginąć, bo cóż by z takiego dziecka zostało, gdyby przemieliła je maszyna? – pyta babcia, której na wspomnienie tamtych chwil łzy napływają do oczu.

Dziś jej wnuczki nie zbliżają się do maszyn rolniczych.

Dbam, aby wejścia do pomieszczeń, w których znajdują się maszyny, głównie te wysokie, jak kombajn czy ciągnik, były zawsze zamknięte, tak by dziecko nie mogło samodzielnie do nich wejść. Chcę uniknąć w ten sposób m.in. upadku z maszyny. Zwłaszcza wnuczka, bo on uwielbia zeskakiwać z wysokości – mówi pani Danuta.

Chwile grozy przeżyli także rodzice dwuletniej Anieli. Trzy lata temu, w pewien letni dzień, syn gospodarza wraz z żoną postanowili zrobić malutkiej córeczce przyjemność i przewieźć ją do sadu na przyczepie podpiętej do ciągnika.

Chodziło o to, żeby mała mogła sobie zerwać czereśnie prosto z drzewa – wyjaśnia ojciec.

Sad był oddalony dosłownie o 100 metrów od gospodarstwa, więc rodzicom wydawało się, że niczym nie ryzykują, przewożąc dziecko na przyczepie. I rzeczywiście. Do drzewek czereśniowych dotarli bezpiecznie, ale nie zauważyli, że burta od przyczepy była niedomknięta. Córeczka oparła się o nią rączkami i banda w tym momencie się otworzyła. Tylko szybki refleks ojca uratował ją przed upadkiem – w ostatniej chwili zdążył chwycić dziecko za bluzkę, zapobiegając wypadnięciu.

wypadki w rolnictwie, KRUS
Rodzice dwulatki nie zadbali o prawidłowe zamknięcie burty w tej przyczepie. Cudem uniknęli nieszczęścia, fot. Sylwia Kamińska

To były straszne chwile. Dziś w ogóle nie ma mowy o tym, żeby nasze dzieci podchodziły do sprzętów rolniczych. Opowiadam tę historię, by przestrzec innych rodziców. Musicie włączyć myślenie, musicie uruchomić wyobraźnię. Tylko tak jesteście w stanie uchronić Wasze dzieci przed wypadkami w gospodarstwie. Pamiętajcie, że najczęstszą przyczyną kalectwa w rolnictwie jest rutyna, pośpiech i brak myślenia. Nasza córeczka ma już 5 lat, więc dużo rozumie. Tłumaczę jej, czemu nie należy zbliżać się do sprzętów rolniczych, zwłaszcza, gdy są podpięte do ciągnika. Wyjaśniam, dlaczego nie warto wchodzić na maszyny i drabiny, by z nich skakać – mówi młoda mama.

Jak sama przyznaje, po tym incydencie na przyczepie stała się dużo bardziej ostrożna. W zapewnieniu bezpieczeństwa w gospodarstwie pomogły jej także publikacje Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, która kładzie duży nacisk na prewencję.

W tych broszurach w przystępny sposób opisane są proste zasady, które pozwalają na bezpieczną pracę. Dowiedziałam się z nich, jak dbać o prawidłowy stan nawierzchni podwórzy i ciągów komunikacyjnych, jakich butów używać, jak prawidłowo wchodzić i schodzić z maszyn rolniczych. Ale przede wszystkim zrozumiałam, że zapewnienie bezpieczeństwa przy pracy i w obejściu nie wymaga wielkich nakładów finansowych. Tak naprawdę to kwestia zdrowego rozsądku, przewidywania i myślenia – mówi młoda gospodyni.


Urwany palec, trwałe kalectwo

Upadki są najczęstszą przyczyną wypadków na wsi. Ale sporo nieszczęśliwych zdarzeń ma miejsce także na polu podczas pracy z maszynami rolniczymi. Do takiej sytuacji doszło we wsi Grodziec (woj. mazowieckie).

Jest ciepłe wiosenne popołudnie. Jak na tę porę roku przystało, w gospodarstwie pani Bogusi praca wre. Właśnie trwa sadzenie ziemniaków, zasadniczo to już końcówka – tylko mały klin ziemi został do wysadzenia. Razem z mężem i synem w pole ponownie rusza tuż po obiedzie. Tego dnia nie ma odpoczynku, chodzi o to, żeby szybko skończyć pracę i mieć z głowy sadzenie, bo przecież czeka jeszcze tyle innych obowiązków: a to opryski, a to pielenie. Pani Bogusia jedzie na sadzarce podczepionej do ciągnika. Jej zadanie jest w sumie proste – patykiem strąca ziemniaki z taśmy, żeby ich za dużo nie wpadło do ziemi. Praca monotonna, więc odbiega myślami. Zastanawia się, co podać na kolację, co trzeba kupić w sklepie. I nagle czuje mocne szarpnięcie i przeszywający ból. Ręka wpadła między łopatki sadzarki. Krzyczy bardzo głośno i przeraźliwie. To ostatnie, co pamięta, bo za chwilę traci przytomność.

Ten krzyk mnie uratował, a właściwie fakt, że ciągnik był bez budy, bo traktorzysta od razu usłyszał, że coś się stało i wyłączył maszynę. Gdyby sadzarka pracowała chwilę dłużej, urwałaby mi rękę, a tak straciłam tylko część palca – mówi pani Bogusia.

Sadzarka urwała pani Bogusi część palca u ręki. Dziś gospodyni mówi, że można było uniknąć tego nieszczęścia, fot. K. Szałaj

Dziś jest już pogodzona z kalectwem i zdaje sobie sprawę, że wypadek ten mógł mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Ale wtedy w szpitalu była przerażona. Straciła sporą część palca, a skóra z całej ręki była zerwana „do mięsa”.

Jak zdjęli mi opatrunek w szpitalu, to zamarłam. Ręka była cała czarna, w dodatku bez palca. Ból nie do opisania. Także ten psychiczny. Długo nie mogłam sobie udarować, że nie przewidziałam konsekwencji wkładania tego patyka, że nie byłam bardziej ostrożna. To chyba z tej radości, że pole już prawie obsadzone, przestałam trzeźwo myśleć – wspomina pani Bogusia.

Narobiłam sobie problemu na całe życie. Mam stwierdzone 15 proc. trwałego kalectwa. A ręka cały czas daje o sobie znać: staw jest rozwalony, miejsce po urwanym palcu latem puchnie, a zimą marznie. Nie wspominając już o tym, że przez wiele lat po prostu krępował mnie brak znacznej części palca – wylicza pani Bogusia.

Dziś gospodyni wie, że wypadku można było uniknąć. Jak sama mówi: Wystarczyło pomyśleć.

Gdybym trochę ruszyła głową, nie doszłoby do tego wypadku. Przecież mogłam przewidzieć, że patyk może wkręcić się w łopatki, że ręka może się zaklinować. Ale, jak mówi przysłowie, chytry dwa razy traci. Po co ja strząsałam te ziemniaki? A niechby i po dwa wpadały! Zwłaszcza, że tylko malutki kawałek pola został do obsadzenia, dosłownie jedna skrzynka sadzeniaków. Od tamtej pory wszystkim rolnikom powtarzam: myślcie i przewidujcie, bo najkrótszy moment nieuwagi może zaważyć na naszym życiu – mówi.


100 metrów pod siewnikiem

Taka chwila nieuwagi zdarzyła się także panu Kazimierzowi, który prowadzi gospodarstwo w powiecie płońskim.

Kilkanaście lat temu, też wiosną, obsiewał pole. Siewnik podczepił do konia, bo wtedy w gospodarstwie jeszcze pracował z tymi zwierzętami. Była piękna pogoda, słonko przyświecało, a pan Kazimierz szedł za koniem i wesoło pogwizdywał. Pech chciał, że zerwało się kółko w orczyku. Trzeba je było ponownie przyczepić, aby siać dalej. No ale przecież nie było czasu, żeby wracać do gospodarstwa i zdejmować orczyk. Więc pan Kazimierz, niewiele myśląc, wszedł między konia a siewnik, by naprawić zepsutą część. Niestety, w tym momencie z malin, które rosły nieopodal, wyskoczył zając. Wypadki potoczyły się bardzo szybko.

Po wypadku pan Kazimierz zaczął poważnie podchodzić do kwestii bezpieczeństwa w gospodarstwie, fot. K. Szałaj

Koń się zląkł i ruszył do przodu. Wtedy oberwałem w głowę rękojeścią siewnika. Uderzenie było tak silne, że upadłem na ziemię, pod siewnik. A zdenerwowany koń przeciągnął mnie pod tym urządzeniem ponad 100 metrów. Leżałem zakrwawiony na polu, nieprzytomny, aż zobaczyli mnie sąsiedzi. To oni udzielili mi pierwszej pomocy i zwieźli do szpitala. Tam uratowali mnie lekarze – wspomina pan Kazimierz.

Do dziś nosi pamiątkę po wypadku – siedem szwów na głowie. A jak robi się chłodno, czuje w miejscach szycia skóry nieprzyjemne mrowienie.

Na moje pytanie, czy można było tego zdarzenia uniknąć, odpowiada bez zastanowienia: Oczywiście, że tak.

Wystarczyło przez chwilę pomyśleć. Przecież koń to żywe zwierzę, w każdej chwili może się spłoszyć. A ja bez zastanowienia wszedłem w tę pułapkę. Mogło się to skończyć nawet śmiercią. Do dziś o tym pamiętam i staram się przewidywać konsekwencje sposobu wykonywania prac w gospodarstwie. Np. drabiny w moim gospodarstwie są prawidłowo skonstruowane i zabezpieczone przed przesunięciem. Poza tym używam odpowiedniego obuwia z atestem, z ciągnika wychodzę tyłem, a nie skaczę, a maszyny ustawiam tak, żeby nie przeszkadzały w chodzeniu po obejściu, żeby się o nie nie potknąć. To są proste rzeczy, ale mogą uratować życie i zdrowie – mówi pan Kazimierz.


Bezpieczeństwo to kwestia myślenia, nie portfela

Przytoczone przeze mnie historie łączy jeden mianownik: poszkodowani rolnicy zaczynali dbać o bezpieczeństwo dopiero po wypadku. Każdy z nich w rozmowie ze mną przyznawał, że „za późno włączył myślenie”.

Przez pryzmat tych opowieści chciałam Wam, Drodzy Czytelnicy, pokazać, jak ważne i proste jest zapobieganie wypadkom na wsi.

Bezpieczeństwo jest wartością bezcenną i wcale nie wymaga dużych nakładów finansowych. Żeby uniknąć tych najczęstszych wypadków, a więc upadków, wystarczy utrzymać porządek w obejściu, usunąć nierówności na podwórku, odśnieżać i posypywać śliskie miejsca po przymrozkach, tyłem schodzić z ciągnika i drabiny, dobrać odpowiednio odzież czy korzystać ze stabilnych podestów przy pracy na wysokościach. A przede wszystkim należy zacząć myśleć i przewidywać. To nic nie kosztuje, a może uratować zdrowie, a nawet życie. Pamiętajcie, upadek to nie przypadek. To zawsze wynik jakiegoś zaniedbania albo braku ostrożności.

Kamila Szałaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

10 + six =